Stefania Zduńska

Data urodzenia: 20.03.1932 r.
Miejsce urodzenia: Zduńska Wola (pow. Łódź).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Konikowo (od 1953r.).
Zawód: nauczyciel.
Zawody rodziców: robotnicy.
Zawody dziadków: nie wiem.
Kontakty z obcymi językami:.


 

 

 

Stefania: Poznaliśmy się w Zduńskiej Woli. Przedstawienie było. Na tym przedstawieniu byliśmy i jakoś się tak zapoznaliśmy.

Józef: Ja tam przebywałem w Zduńskiej Woli, a później wróciłem z powrotem na Dębowo. Żona dostała nakaz pracy do Szczecina. Ja byłem nauczycielem już w Konikowie i po prostu ściągnąłem ją tu.

Stefania: Tam były gruzy w Szczecinie. Przecież to był rok 53. Zbombardowane to wszystko, okropne. Po lekcjach jakieś zakupy, jeszcze dzień był, ale z domu baliśmy się wychodzić. Tak było z nakazem pracy, jak wysyłali w takie dalekie strony, jak to się mówiło „na zachód”. Dlatego żeśmy postanowili ślub wziąć i żebym ja mogła przeniesienie dostać, bo inaczej nie można było.

Józef: Ja chodziłem do liceum ogólnokształcącego w Golubiu i po skończonym roku szkolnym w 50 roku, sześcioro nas, mężczyzn, postanowiliśmy wyjechać na zachód, aby wesprzeć ten zachód, jeśli chodzi o zaludnienie. Wszyscy podjęliśmy pracę w zawodzie nauczycielskim, jako nauczyciele niewykwalifikowani na terenie powiatu koszalińskiego.

Najpierw dostałem skierowanie do Kłanina i tam rok przepracowałem. I po roku czasu, byłem w pociągu, już dojechałem do Białogardu i komunikat z wojska, że Zduński ma się zgłosić. I się zgłosiłem, i mnie odroczyli, bo nauczycieli było mało i już do wojska mnie nie wcielili. Chociaż tylko na rok czasu miałem to odroczenie. No i tutaj jako niekwalifikowany nauczyciel pracowałem w Kłaninie. Później moje miejsce zostało zajęte, więc skierowali mnie do Świeszyna. No i w latach 51-53 byłem nauczycielem w Świeszynie. Tam warunki były też trudne, jakoś tam trochę wytrzymałem. I poprosiłem o przeniesienie do Konikowa, bo jak raz etat był wolny. Bo tu nauczyciele się zmieniali, po roku, po dwóch i już nowi przychodzili. Ja zapoczątkowałem stabilność nauczycielską tutaj w tej miejscowości. Warunki były bardzo trudne. Szkoła była tam, gdzie teraz jest sklep. Na dole były dwie duże sale, a u góry dwie małe. Przeważnie było trzech nauczycieli, klasy były z początku łączone.

Żona nadal była nauczycielką w Konikowie, a ja zostałem kierownikiem Referatu Oświaty Dorosłych w Powiatowej Radzie Narodowej w Wydziale Oświaty. Wyprowadziliśmy się na okres mojej pracy w Powiatowej Radzie do Dzierżęcina i żona została zatrudniona w szkole jednoklasowej.

Później w 58 roku została wybudowana nowa szkoła w Konikowie. Pierwsza taka szkoła w województwie powstała. Ten typ fasadowy, wielki, ale niefunkcjonalny. Trzeba było różne przeróbki robić. Centralne ogrzewanie robiliśmy. Ale szkoła teraz funkcjonuje i sprawuje się dość dobrze. W latach 73-81 pracowałem jako gminny dyrektor szkół w Świeszynie.

Także tam moje ślady w tej szkole są dość poważne. Sporo rzeczy tam zrobiłem jako gminny dyrektor. Szkołę w Dunowie wybudowałem, prowadziłem wszystkie sprawy związane z budową. Dom Nauczyciela w Świeszynie, ten który jest naprzeciw szkoły. Tam była stara szkoła, więc przystosowaliśmy na mieszkania nauczycielskie. No i szum się zrobił, bo wszyscy chcieli mieszkania. Powstało wiele nieporozumień. Ja chciałem, żeby te mieszkania były dla nauczycieli, którzy rzeczywiście mieli trudne warunki mieszkaniowe i dla tych, którzy powinni przyjść w wysokimi kwalifikacjami. I powstał szum wokół mnie i całej dyrekcji. Musiałem opuścić szkołę. Poszedłem na roczny urlop zdrowotny i potem dostałem pracę w Zespole Szkół Rolniczych w Boninie. Tam pracowałem do emerytury. Pierwszy rok jako nauczyciel zawodu, a następnie trzy lata jako zastępca dyrektora Zespołu Szkół Rolniczych. Stamtąd poszedłem na emeryturę, a w międzyczasie, jako emeryt, zatrudniłem się prawie na cały etat jako kierownik internatu Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 w Koszalinie. Tamten internat był dziewczęcy. Tam się tak fajnie pracowało.

Ja tam zdyscyplinowałem to bractwo. Ale później mi podziękowały, bo matury pokończyły. Zaczęły interesować się nauką. I stamtąd później zostałem zaangażowany na pół etatu w Wojewódzkim Wydziale Rolnictwa jako wizytator szkół rolniczych. No i tam moja kariera się skończyła wraz z rozwiązaniem województwa.

W czasie pracy podnosiłem swoje kwalifikacje zawodowe. Byłem w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku, ale z różnych powodów jej nie skończyłem. Rozpocząłem też studia na biologii w Łodzi. Ale dojazd z Koszalina był kłopotliwy i ze względu na rodzinę musiałem zrezygnować. Później w Koszalinie powstał zaoczny Wydział Zootechniki i ten kierunek udało mi się skończyć. Potem uzyskałem tytuł magistra na Akademii Rolniczej w Poznaniu.

W międzyczasie dostałem trochę odznaczeń, m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. To był rok 1980. Później medal Komisji Edukacji Narodowej, to był rok 74, Odznaka Honorowa za Zasługi Rozwoju Województwa w siedemdziesiątym ósmym. I wiele innych odznaczeń.

Stefania: Po ukończeniu szkoły średniej nigdzie nie mogłam dostać pracy. A w Zduńskiej Woli nie było żadnych uczelni. Jedynie Łódź. Wtedy dowiedzieliśmy się, że w Łodzi tworzą takie pomaturalne przygotowania do zawodu nauczycielskiego. I tam z koleżanką żeśmy pojechały. Trzeba było do Łodzi jeździć, zima, nie zima, wstawać o 5 rano i na pociąg, a potem jeszcze tramwajem. Ale żeśmy były uparte i żeśmy skończyły. Były praktyki w Łodzi w różnych szkołach. I po ukończeniu, niektóre zostały w Łodzi na miejscu, a nas rozsyłali właśnie po różnych miastach, m.in. do Szczecina 6 osób. W Szczecinie pracowałam 2 lata. Dostałam od razu taką liczną klasę, och! I później przeniesienie ze Szczecina do Konikowa. Klasy łączone były. Później do Dzierżęcina przeniosłam się, ale tam była jednoklasówka i klasy łączone. Pierwsza klasa była z czwartą, a druga z trzecią. Dlatego, że czwartej klasie można było dać zadania do wykonania, wypracowanie, czy jakieś inne i zajmować się tymi młodszymi. A tam trzeba było na zmianę. To tu podejść, to tu. No i tam byliśmy 3 lata. Potem żeśmy tutaj wrócili do szkoły, bo była już wybudowana. Mieszkanie było dla nauczycieli. Pracowaliśmy razem z mężem przez parę lat.

Józef: W 73 roku dostałem już angaż na gminnego dyrektora i tam już organizowałem zbiorczą szkołę gminną.

Stefania: A ja wtedy dostałam funkcję kierownika szkoły. Aż później przeszłam na emeryturę w roku 87. Po przejściu na emeryturę jeszcze chodziłam na zastępstwa, bo było brak nauczycieli, przez dwa lata. I prowadziłam wcześniej jeszcze schronisko młodzieżowe dla obozów wędrownych. Jak wakacje się zaczynały, rozkładaliśmy łóżka, były przygotowane sale. We wszystkich klasach były sale takie z łóżkami. Na dole kuchnia była też udostępniona, żeby mogli sobie tam ciepłą herbatę zrobić. Przychodzili po południu na nocleg, rano odchodzili i trzeba było po nich pościel pozmieniać, wszystko trzeba było po nich posprzątać, odkurzyć, gdzie się tylko dało, bo jak to młodzież, ruch wszędzie.

Przez 9 lat prowadziłam to schronisko. W starszych klasach uczyłam języka rosyjskiego, bo to wtedy jeszcze było i zajęcia praktyczne były. Gospodarstwo domowe, godzina gospodarstwa domowego.

Józef: Uczyli się tam gotować.

Stefania: Nieraz niektóre mamy wspominają: „Jak to fajnie, że pani uczyła mojego syna gotowania i pieczenia, bo tak mnie wyręczy zawsze w domu”. A chłopcy nie chcieli. Bo mieliśmy na przykład maszyny do szycia. Chłopcy mieli się nauczyć szyć. Powiedzieli, że chłopaki nie będą szyć, bo to baby muszą. A ja pytam się: „A kto szyje garnitury? Mężczyźni. A widzisz? Kobiety nie szyją garniturów, tylko krawcy”. No i wtedy zaczęli uczyć się szycia. Po prostu lubiłam z młodzieżą pracować. Zwłaszcza z tymi starszymi i z młodszymi też. Młodsza klasa, pierwsza klasa, fajne te dzieciaczki takie. Wiadomo, że jak człowiek ich nauczy, to jest szczęśliwy, że się nauczyli, że zdali wszyscy. Bo to podejście musi być takie, nie?

Józef: Nauczycielska ręka prowadzi rękę dziecka.

Stefania: Albo język rosyjski był wprowadzony pierwszy rok. A ja się go uczyłam w szkole średniej jeden rok. I nic, wszystko się zapomniało. Więc żeśmy się podzielili. Ja wzięłam klasę 5 i 8, koleżanka wzięła 6 i 7. Ona to trochę lepiej umiała, bo już w Koszalinie się uczyła. Miałam do podręczników płyty, te płyty były na adapter i przy pomocy tych właśnie płyt nauczyli się akcentu. I rozmówki różne. Bardzo fajna klasa była. Bo było ich 21 – 14 dziewczyn, 7 chłopców. I ja mówię: „Wiecie co? Ja w średniej szkole tyle lat wstecz uczyłam się przez jeden rok rosyjskiego, to ja zapomniałam, więc się nauczymy razem”.

To trzeba umieć, mieć podejście, mieć to zamiłowanie do młodzieży, żeby ich nauczyć, żeby ich wychować jednocześnie. A nie, jak później chodziłam na zastępstwa, to jak przyszły, to mi się biły na lekcji, w czwartej klasie. Nie można było uspokoić, taka zawziętość. A wtedy jak ja uczyłam, to nie było tego.

Józef: No, myśmy dla pieniędzy nie poszli do tego zawodu. Poszliśmy, bo raz, że podobał się nam ten zawód, a poza tym, lubiliśmy kontakty z młodzieżą i czuliśmy się w tym środowisku dobrze. Dawało nam to satysfakcję. No i w tej chwili, jak tak przelecimy myślą tą naszą pracę zawodową i to, co myśmy zrobili, to możemy powiedzieć, że myśmy życie spędzili, te zawodowe i oczywiście te prywatne, chyba raz, że uczciwie, a po drugie, że z określonymi efektami, tymi pozytywnymi efektami.

Jeżeli jest nauczyciel związany ze środowiskiem, to wiadomo, że na rzecz tego środowiska musi jakieś tam czynić usługi. Mnie jakoś dość dużym zaufaniem darzyli mieszkańcy tego Konikowa, mimo że ci mieszkańcy nie byli jednolici.

Bo ci ludzie z różnych okolic, z różnych stron świata w zasadzie. I zza Buga, i z Ukrainy, i z Białorusi.

Stefania: Dużo.

Józef: I z centralnej Polski. To trzeba było w tym środowisku jednak działać. Jak władze organizowały tutaj spółdzielnię produkcyjną, to przyszli do mnie mieszkańcy i mówią: „Panie kierowniku, pomóż nam pan, bo my tutaj zginiemy. Nas tutaj chcą zniszczyć”. No i było słabe koło ZSL-u (Zjednoczone Stronnictwo Ludowe – chłopska partia polityczna powstała w 1949 r. – dop. MS) i oni przyszli do mnie, i mówią: „Panie, musi pan do nas przystąpić i nas tutaj ratować z opresji różnych”. No i ja wtedy zapisałem się do tego ZSL-u, bo nie mogłem tym rolnikom tutaj odmówić, no bo w zasadzie wszyscy mieszkańcy, przynajmniej 85%, to byli rolnicy. Ja nie mogłem im odmówić, że nie zapiszę się do nich i nie będę z nimi współpracował jako kierownik szkoły albo później dyrektor. Więc zapisałem się do ZSL-u. I w tym ZSL-u zacząłem swoją pracę społeczną. Najpierw w środowisku tym ludziom pomagałem. Spółdzielnia produkcyjna tak czy owak powstała jednak. Kulała, różnie tam było. Później ta spółdzielnia jak Gomułka przyszedł, to została rozwiązana, bo się rozwiązały te spółdzielnie produkcyjne, tam niektóre tylko zostały. Te, które na zdrowych zasadach powstały i były prowadzone należycie. I później powstały kółka rolnicze. Ta działalność w nich była bardzo różna. Jedni chcieli to wszystko zagrabić dla siebie, te maszyny, które tam ze spółdzielni tej rozwiązanej były do dyspozycji rolników itd. I ja musiałem być takim rozjemcą. Na jednym zebraniu taką jakąś płomienną mowę wygłosiłem, że nie wiem skąd to się wzięło u mnie.

I tłumaczyłem im, jak to ta spółdzielnia rolnicza działała i jak to teraz kółko rolnicze ma działać. W tym ZSL-u najpierw zostałem prezesem tego koła w Konikowie, później szefem Gminnego Komitetu ZSL. Później członkiem Wojewódzkiego Komitetu ZSL. I tak w tym ZSL-u działałem cały czas. ZSL jaki był, taki był – trochę tam tych chłopów ratował. Ja za tymi chłopami na terenie gminy zawsze optowałem i zawsze starałem się im pomagać, jak tylko mogłem. Czasem się udawało. Rzeczywiście w Konikowie tutaj: różne podania o zniżki i darowania jakichś tam obowiązkowych dostaw, bo to wtedy jeszcze były obowiązkowe dostawy. No, w sumie udawało się jakoś tam pomagać. Jako działacz ZSL-owski te funkcje różne pełniłem, ale przeważnie na terenie gminy, nigdzie się tam nie pchałem. Próbowali mnie wrobić w różne funkcje polityczne. No, ale nie udało się im, jakoś wymigiwałem się. Wolałem być dyrektorem szkoły czy zastępcą, czy nauczycielem, a tych funkcji politycznych raczej nie pełnić. Po prostu obawiałem się, bo to było śliskie. I poza tym, czy byłaby satysfakcja? Ale to jest inna sprawa.

* * *

Józef: Jak był urządzony dom? Jakichś takich ciekawych eksponatów w domu, w mieszkaniu naszym nie mieliśmy. Raz, że byliśmy za ubodzy, nie było nas stać na to, poza tym nie mieliśmy czasu na kolekcjonowanie, bo rodzina była liczna i trzeba było pilnować, żeby wychować to jako tako.

Stefania: Komitet Rodzicielski działał aktywnie. Były zabawy, pieniążki później były przeznaczone na szkołę. Jak na przykład zakładaliśmy ogrzewanie, potrzebne były pieniążki, to komitet zarabiał właśnie na tych zabawach wszystko. Kobiety zawsze napiekły. Bigos był zawsze, ciasto upieczone drożdżowe czy jakieś na proszku. Bardzo fajnie się pracowało z komitetem. Właśnie te panie zawsze przygotowywały posiłki.

* * *

Józef: Były samodziały tak zwane. No, marynarki samodziałowe przede wszystkim były.

Stefania: Bo to jest taka gruba wełna i to był taki splot gruby wtedy. I to się nazywało samodziały – sami robili.

 

 

Słownictwo:

adapter / gramofon – urządzenie, służące do odczytywania dźwięku zapisanego na płycie gramofonowej.

optować – opowiadać się za czymś, popierać.

samodział – tkanina z wełny lub lnu tkana na ręcznym warsztacie.