Wojciech Wilusz

Data urodzenia: 3.04.1954 r.
Miejsce urodzenia: Leszno

 

 

Urodziłem się w Lesznie, ale to przypadek. Nie mam żadnych poznańskich korzeni. Mój tata pochodzi  z Iwonicza Zdroju i tam jest dom rodzinny. Tam rodzina taty miała parę domów. 6 lub 7. Potem przez uwłaszczenie pozabierali im te domy, ziemie, pobudowali sanatoria, bo w samym zdroju te domy były. I do dzisiaj tam zostały ze dwa czy trzy, w tym dom rodzinny ojca, którym zawiaduje kuzyn mieszkający w Krośnie i z tego co wiem to go podnajmuje w tej chwili. W Iwoniczu leżą moi dziadkowie, mój stryjek – jeden i drugi.

* * *

A moja mama pochodzi spod Częstochowy. Spod Jasnej Góry. Ale to też tam się przypadkowo znalazła, dlatego że  pradziadkowie za udział w powstaniu śląskim byli pozbawieni majątku i wysiedleni pod Częstochowę. Czyli mam śląskie korzenie ze strony mamy.

* * *

A mój dziadek ze strony mamy był jakiś czas dyrektorem browaru w Bojanowie. Z tego co pamiętam to piwo było podłe. Mama, będąc w ciąży ze mną, pojechała do dziadka i stamtąd zabrali ją do Leszna, gdzie ja przyszedłem na świat.

* * *

Później tato dostał mieszkanie służbowe w Miliczu. Był lekarzem weterynarii. W Miliczu mieszkałem zaraz po urodzeniu, od 1954 roku. Wylądowałem i siedziałem tam do momentu aż przyjechałem do Zegrza, choć częściowo mieszkałem we Wrocławiu, gdzie na Akademii Medycznej we Wrocławiu, na wydziale stomatologii skończyłem studia. I po tych studiach przyjechałem tu w 1981 roku, niby na 7 lat, a siedzę do dzisiaj.

* * *

A wszystko przez mojego szwagra, który wylądował tutaj w Koszalinie, i był tu sam jak ten palec, a też był z Milicza. I tak namawiał byśmy przyjechali, a byłem już żonaty, półrocznego syna miałem jak tu przyjechaliśmy. I załatwił mi tę pracę w Zegrzu. Przypilnował remontu mieszkania w ośrodku zdrowia. I to była moja pierwsza praca w 1981! Dlaczego na 7 lat? Bo był taki kredyt, w tamtych czasach, że 7 lat trzeba było być i w międzyczasie zrobić specjalizację. A ja zacząłem ją i nie skończyłem, mimo, że miałem wszystkie staże pozaliczane. Ale trzeba było napisać pracę i ją obronić, no i zabrakło czasu. A w międzyczasie jeszcze jeden syn mi się urodził. Potem ciągali mnie, chcieli mnie wziąć do zielonego garnizonu – trzy razy pod rząd. Broniłem się rękami i nogami, do lekarza wojewódzkiego aż dotarłem, żeby mnie tylko nie wzięli, ale teraz nie wiem czy nie żałuję, bo już byłbym na emeryturze. Bo taki był system szkolenia na studiach, że raz w tygodniu mieliśmy wojsko, przez dwa lata, i piątek był zarezerwowany dla wojska, a później mieliśmy taki miesięczny obóz, notabene w Częstochowie. I tam później egzaminy na oficera. Pamiętam ten stan podwyższonej gotowości bojowej, a ja byłem tam lipiec-sierpień 1981 roku. Wtedy Solidarność stawiała sprawę na ostrzu noża, to pamiętam, że jak sierżant dostał broń to taki się zrobił ważny, że myśmy się bali odezwać w pewnym momencie, bo dosłownie łapał za kaburę, bo tak to cały czas było jak to w wojsku – ciągnięcie łacha z sierżanta. Ale jak dostał broń to był całkiem inny człowiek – ja się go przestraszyłem. A jak tu przyjechałem w październiku 1981 roku, to w grudniu zaraz wojna wybuchła. Stan wojenny.

* * *

Ja zawsze radia słucham, u mnie od rana do wieczora jest włączone radio i może wieczorkiem jakiś telewizor. Ale generalnie słucham radia, i w pracy i w domu. I w niedzielę włączam radio, a tu Trójka szumi. Pomyślałem, że to może przerwa konserwacyjna. Często łapałem Bornholm czy jakieś inne niemieckie stacje i próbowałem, ale nie złapałem, a telewizora nie zdecydowałem się włączyć. I pamiętam jak sąsiad, doktor Raczyński, do mnie zapukał, bo razem mieszkaliśmy na ośrodku, i mówi : „Ty tu w gaciach chodzisz, a my tu mamy wojnę!”. Telefony nie działały. I zaraz ktoś przyjechał, że mamy dyżury pełnić przy krótkofalówce, że w razie potrzeby pomocy to trzeba ją obsługiwać. I te jazdy do Koszalina. Trzeba było jeździć na dyżury do szpitala. Na rogatkach było wojsko, skoty stały, zima, śnieg…

* * *

Mama z tatą poznali się we Wrocławiu. Na studiach. Tata był na Akademii Rolniczej, a mama na stomatologii, tak jak ja. I tam się spotkali i wylądowali w Miliczu. W międzyczasie mama trochę pracowała w Brzegu. Ojciec gdzieś tam miał przejściową pracę, a potem w Miliczu był lekarzem powiatowym weterynarii i pracował do emerytury.

* * *

A ja w Miliczu to wszystko – od przedszkola, przez szkołę podstawową, do liceum i potem jeszcze przejściowo byłem rok na Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, ale to taki epizod. A potem do Wrocławia i tam przez 6 lat mieszkałem, ożeniłem się…

* * *

Milicz to powiatowe miasto na pograniczu województwa wielkopolskiego i dolnośląskiego. Sąsiednim powiatem był z jednej strony Krotoszyn, a z drugiej Rawicz. A Milicz z czego słynie? Z największego areału stawów hodowlanych w Europie, nie ma takiego drugiego. I do tego jeszcze ogromny kompleks leśny. Siedem gospodarstw rybackich było na tym terenie. I dzisiaj jak kupuje się rybę w dyskontach to ze stawów milickich. Smaczna!

* * *

Tata mi robotę załatwił. Bo on każdy eksport musiał odbierać, bo w latach 70-tych bardzo dużo ryby eksportowaliśmy. Do Austrii, do Niemiec i innych krajów. Pracowało się piątek, świątek i niedzielę. Przyjeżdżali i trzeba było załadować, bo ryba była trzy razy przeładowywana. Ja z tego jednego gospodarstwa przeniosłem, bo ja to oczywiście byłem do noszenia, to przeniosłem 700 ton ryby! Ze stawu na sortownię, z sortowni na magazyn, z magazynu na płuczkę, z płuczki na samochód. Ryba, która była sprzedawana była płukana. To była ciężka robota. I zarobiłem przez ten miesiąc 1950 zł! Pamiętam jak dziś! Pojechałem do Wrocławia i kupiłem sobie na giełdzie używaną płytę winylową Mahavishnu Orchestra za 850 zł! Pół pensji wydałem na używaną płytę, która trzeszczała, a później była już tak zjechana, że nie dało się jej słuchać! Nie mam już tego winyla, ale mam ją w wersji kompaktowej. Bo w ogóle to jednym z moich hobby jest słuchanie muzyki! Takie były czasy! My kupiliśmy sobie radio Radmora, już po ślubie, trochę było pieniędzy z wesela, trochę się dorabiało - graliśmy w zespole, a moja żona pracowała w Sanepidzie i zarabiała 1750 zł miesięcznie, a kupiliśmy radio, bez głośników, za 14,5 tys! Każdy odbiornik miał indywidualną kartę badania, i bardzo długo mi służyło, aż mi dzieciaki zajechały. I jak kupowałem tego Radmora w 1977 roku, to w sklepie we Wrocławiu stały polskie kuchenki mikrofalowe!!! Które były wielkości  zmywarki. Na pewno nie miały obrotowego talerza, bo to były pierwsze polskie mikrofale, a kosztowały… 25 000 zł! Maluch kosztował 69 tys. zł! Kilo cukru 10,50 zł i kolejki, i kartki. Ja to wszystko przeżyłem. Do dziś mam trochę tych kartek, bo nie wszystko udało się zrealizować. A kartki były niemal na wszystko – buty, papierosy, alkohol, paliwo… I później jak tu przyjechałem, to sąsiada siostra była kierowniczką sklepu, z kolei jakiś pacjent pracował na stacji benzynowej, poza tym jakieś świniobicie było i ktoś coś przyniósł, mleko z PGR-u zawsze mieliśmy, ja nawet robiłem sery, masło, które też było na kartki. Naprzeciwko ośrodka było gospodarstwo POHZ Zegrze Pomorskie, w tej chwili Poldanor zajmuje te tereny. Szło jakoś przeżyć!

* * *

W czasach licealnych próbowaliśmy grać. A to tak na wszystkim albo na niczym. Generalnie uczyłem się grać na pianinie. Ale 8 lat się uczyłem na fortepianie i grałem dość trudne rzeczy już. Coś z miniatur – Chopina. Ale w związku z tym, że do klawiszy nie zawsze był dostęp to grałem na czym się dało, m.in. na gitarze basowej, gitarze rytmicznej, flecie prostym, co mi tam wpadło w ręce, trochę śpiewałem drugim głosem czy grałem na przeszkadzajkach, w stylu tamburynu. Moja była żona śpiewała, miała dobre warunki głosowe, a kolega z kolei świetnie grał na gitarze. Ale to stare dzieje już. W tej chwili nie mam kontaktu z instrumentem, na gitarze trochę brzdąkam.

* * *

Ale zamiłowanie do muzyki zostało. Mam sporą kolekcję płyt, również winylowych. Mam ich kilka tysięcy, w tym kompaktów. W stanie wojennym słuchałem Trójki. To było normalne radio. Może audycje były inne, inny byli prowadzący. Jak tylko Trójka pokazała się na UKF-ie, to praktycznie w moim domu od razu było radio z tymi falami i jako nastolatek słuchałem Trójki w domu. Później mocno naciskaliśmy mamę, żeby nam kupiła porządne radio, ja i brat, i mieliśmy w domu DSL-201, odbiornik historyczny już dzisiaj – lampowy wzmacniacz, ale to obyło radio! Byłem na weselu u mojego wujka, który robił je w akademiku i mieli tam to wtedy takie radio. To brzmienie, to wszystko, na tamte czasy. Radio z magicznym oczkiem! Ale już dekoder stereo tranzystorowy, eliptyczne głośniki i wszystko na wysoki połysk! Potem wylądował gdzieś na śmietniku…

* * *

A Marek Niedźwiecki (z Trójki) to mój rówieśnik. Nawet dostałem od niego dwie płyty! Były kiedyś takie konkursy i odpowiedzi pisało się na kartkach i wysyłało. Jak były takie oczywiste odpowiedzi to nie pisałem, ale jak było coś trudnego to była jakaś szansa. I dwa razy wygrałem! Raz dostałem płytkę mojego ulubionego artysty Herbie Hancocka, bo ja głównie jazzu słucham, ale już miałem ją w domu, to się brat załapał, a drugi raz dostałem jedną z nowszych płytek Steely Dan. I jeszcze siedziałem obok niego (Marka Niedźwieckiego) na koncercie Davida Gilmoura w Gdańsku, ale nie miałem odwagi podejść. Wiem, że był kiedyś w centrum kultury w Świeszynie, ale nie mogłem być.

* * *

Ale dziwne rzeczy się zdarzają. Byłem na koncercie Mikromusic, zespół z Wrocławia, a to moje miasto. Podchodzę po koncercie do Natalii Grosiak, wokalistki zespołu, poprosiłem o autograf i jej opowiadam, że Wrocław to moje miasto, a że w ogóle z Milicza pochodzę, a jej się oczy zapaliły i mówi, że jej teściowa pochodzi z Milicza i nazywa się z domu Młoda. I okazało się, że ja chodziłem z nią do jednej klasy! No i okazało się, że mąż Natalii Grosiak to syn mojej koleżanki! Świat jest mały…

* * *

Plusy pracy na wsi? Kiedyś było coś takiego jak dodatek wiejski, mieszkanie. Mieszkanie? Wtedy trzeba było do partii należeć, by dostać mieszkanie. Ja nie musiałem i nigdy nie należałem, chociaż na studiach chcieli mnie wciągnąć. Bo miałem 5 z nauk politycznych, ale tylko dlatego, że specjalnie to robiłem, by być zwolnionym z egzaminu, bo wiedziałem, że nie zdam. No i Pan mnie zwolnił z egzaminu i wezwał. Zaproponował mi wstąpienie do podstawowej organizacji partyjnej, uczelnianej, bez okresu kandydackiego. To było chyba na drugim roku studiów. Powiedziałem mu, że muszę się zastanowić, bo to poważna decyzja, on mi wstawił piątkę i tyle mnie widział! I tak sobie myślę, że byłbym jakimś Kiszczakiem dzisiaj i co by było lepsze? I tak samo jak przed wstąpieniem do partii, broniłem się przed wojskiem, rękami i nogami, trzy razy! Ale za to mam komfort psychiczny, że nie musiałem nikomu czapkować. A w związku z moją pracą to miałem nad sobą jakąś wierchuszkę, ale przez to że byłem na tej wsi, to byłem w jakimś sensie niezależnym i nie mogłem narzekać. Pensja jaka była taka była, tam coś się dorabiało po południu. Pensja to była masakra. Na koniec jeszcze nie podpisałem kontraktu, ostatnie pieniądze jakie wziąłem, gdy ta reforma weszła, po 16 latach pracy w ośrodku zdrowia (jeszcze zabrali mi ¼ etatu, bo dojeżdżałem do szkoły w Rosnowie) dostałem 800 zł na rękę, czyli na cały etat miałbym 1100 zł! Wiadomo, coś się dorabiało, otworzyłem prywatną praktykę w Koszalinie i do dzisiaj tam działam, a tak to płacili podle. I pozabierali nam niemal wszystkie dodatki – wiejski, leki za darmo, coś tam jeszcze. Dwa razy dostałem talon na samochód i to był jakiś zastrzyk – takie zachęty czyli mieszkanie, ten samochód. W pewnym momencie miałem dwa Maluchy i sprzedałem je, pojechałem do Niemiec i kupiłem 11-letniego Mercedesa, beczkę, ale ciekł - wodę brał mi do bagażnika, więc ledwo co go przywiozłem i już musiałem naprawiać. To był chyba 1989 rok…

* * *

A jeśli chodzi o środowisko ludzi – środowisko popegeerowskie. Indywidualnych gospodarzy było raptem jeden czy dwóch, ale ja zawsze z ludźmi starałem się żyć dobrze i jednym z moich pierwszych znajomych był kierowca z PGR-u i do dzisiaj jest moim kolegą – Jaśko. I jak bili świnię to zawsze na świeżynce byliśmy u nich. Kiedyś to hodowali, teraz już nie…

* * *

Nie wiem jak dziś mnie ludzie wspominają, ale chyba nienajgorzej. Do dzisiaj do mnie przychodzą pacjenci z Zegrza i z Rosnowa. Wojnę przeżyłem, wiadomo. W międzyczasie kupiłem to mieszkanie, w którym mieszkam, po byłym dyrektorze POHZ w Zegrzu, bo miał jakieś kłopoty finansowe. Ale do dzisiaj ten remont trwa w tym domu, bo ta ekipa z Zegrza, co budowała ten dom to jakaś masakra. Nie było ani jednej prostej ściany, przez szpary w oknach było widać gwiazdy. Bo jest taka reguła budowlańców: „milimetr to nie miara, centymetr to nie szpara, a metr to nie dziura”. I oni chyba wg tej zasady pracowali. Pytam się kiedyś kierownika tej brygady, bo chciałem schody przebudować, bo są takie zabiegowe, strome, betonowe... A on mówi tak: „Panie Wojtku – ten dom może się kiedyś zawali, ale te schody na pewno zostaną, bo myśmy wkładali to co mieliśmy… Nie ruszać tych schodów, bo nie da się ich skuć…”

* * *

 Sieranie. Ja mam mapę z XVII wieku, na której jest Sieranie, a Zegrza nie ma! I tu była szkoła trzyklasowa. Ja zresztą tę szkołę kupiłem i zacząłem remontować, ale po rozwodzie musieliśmy się podzielić majątkiem. I podobno tu był nawet oddział banku, ale trzeba by było to zweryfikować. I jak po lesie się chodzi to widać siedliska – kamienie, resztki, że ludzie mieszkali. A tak to cisza, spokój. Mam trochę terenu wkoło. Mogę sobie ognisko rozpalić, pójść do lasu na grzyby, do jeziora, na Hajkę, mam 2 km.

* * *

W pracy to puszczam muzykę mechaniczną. Zgrywam płytę na mp3 i wrzucam do odtwarzacza. W samochodzie też mam radyjko. W domu też – w kuchni Trójka, w pokoju Trójka, w sypialni Trójka, w łazience też… Może powiem tak – słucham wszystkiego, prócz disco-polo i Ich Troje. Kiedyś byłem na koncercie Młodej Generacji, bo takiej mocniejszej muzyki też słucham. I na jednym z koncertów metalowych, w Amfiteatrze jeszcze, podchodzi do mnie kobieta w glanach i mówi do mnie: „Panie doktorze, wiedziałam, że tutaj Pana spotkam!”. I to był dla mnie największy komplement. Nie zawsze te koncerty człowiekowi pasują – nie wszystko mogę pogodzić z pracą. Festiwal Hanza Jazz jest świetną imprezą. Czasami do Koszalina ktoś przyjedzie. Byłem na Janie Garbarku, byłem na Tomaszu Stańce, ja wszystkich ich widziałem, bo ja we Wrocławiu na Jazz nad Odrą chodziłem. A oprócz tego oczywiście Dolina Charlotty. Dwa razy byłem – raz na Santanie, a drugi raz na Robercie Plancie. A czemu poszedłem na koncert Santany? Santana był już dwa razy. I to był jego trzeci koncert i pomyślałem, że to już ostatni raz, i że jak teraz go nie zobaczę to już nigdy! Ale koncert był świetny! Bo przede wszystkim grał utwory z pierwszych płyt! I to mi się podobało, a w szczególności trzecia - to dla mnie THE BEST!

* * *

Wiele osób się pyta: „Dlaczego ja tu z południa, z Wrocławia, przyjechałem na tę północ, gdzie zimno, mokro…”. Ja też we Wrocławiu spędzałem lato, gdzie nie było czym oddychać… Ja tu przyjechałem dla powietrza! Te czyste lasy, powietrze, czysta woda i to m.in. dlaczego ja tu jestem. I SZWAGIER : )

* * *

Ja jestem pro-ekologia! Zawsze jak mogłem segregowałem, nie śmieciłem… Zdrowa żywność, dobre odżywianie, życie w czystym środowisku dla mnie jest podstawą! Bo połowa ludzi choruje z tego powodu, że oddychają złym powietrzem. Ja nie wiem czemu ludzie mieszkają w Zakopanem lub w Rabce, bo to jest masakra! Rabki nie widać, jak się przejeżdża to taka czapa wisi. Jak tam można oddychać? A tu mamy czyste powietrze. I DBAJMY O TO!