Maria Szych

 

Urodziłam się 14.08.1955 r., a więc mam sześćdziesiąt jeden lat. Urodziłam się na wsi, pod Kołobrzegiem. Tego czasu zupełnie nie pamiętam. Wiem, że kiedy byłam małym dzieckiem rodzice przenieśli się do Kołobrzegu i to jest dla mnie najważniejszy czas - czas dzieciństwa, mieszkania w Kołobrzegu. Miałam trzy latka, gdy rodzice się tam przenieśli. Kolejnych ponad dwadzieścia lat było najszczęśliwszym okresem w moim życiu. Bezpieczne dzieciństwo, wspaniała rodzina, cudowni rodzice, bardzo normalna rodzina, normalni rodzice, normalne cele, normalna ciężka praca rodziców, dwie starsze siostry. Co nas łączyło? Wielka, wielka miłość w rodzinie.

Mam dwie starsze siostry i do dzisiaj jesteśmy sobie bardzo bliskie. Rodzice, niestety, nie żyją. Celem moich rodziców zawsze było to, żeby wykształcić własne dzieci. To był posag, tak nas wyposażyli na życie. Każda z moich sióstr jest bardzo dobrze wykształcona: jedna jest matematykiem po Uniwersytecie Gdańskim, druga - po ekonomii i pracuje jeszcze w tej chwili (w Kołobrzegu jest skarbnikiem w Starostwie Kołobrzeskim), ja skończyłam WSP. Los sprawił, że kończąc ogólniak kołobrzeski, miałam fantastycznych nauczycieli i byłam równie dobra z matematyki i z języka polskiego. Miałam łeb w łeb same piątki i z matematyki, i z języka polskiego. Prawdopodobnie, gdyby się mną nie zainteresowała pani od polskiego (to znaczy nie zmusiła mnie do tego, bym wzięła udział w konkursie języka polskiego, w konkursie literackim, recytatorskim), to pewnie byłabym dziś matematykiem. Ona mnie w to „wrobiła”, w tę filologię polską, w ten język polski. Wspaniały nauczyciel – pani Buszta… Zainteresowała mnie językiem polskim, literaturą i tak przyszła matura… Z pisemnej matury dostałam czwórkę, a chciałam mieć piątki, więc poszłam zdawać poprawki, była wtedy taka możliwość. Członkowie komisji byli po prostu zdumieni, że dla mnie czwórka jest złą oceną, ale ja chciałam udowodnić, że jak polski, to piątki. Wszystko dobrze zdałam, dostałam się na uczelnię do Słupska i tam studiowałam. Studia  skończyłam w terminie i okazało się, że tak obrany kierunek życia bardzo mi odpowiadał. Bardzo lubiłam robić to, co robiłam - lubiłam uczyć. Bardzo lubiłam dzieci, młodzież, do dzisiaj zresztą lubię… Ale gdyby się mną nie zainteresowała pani Buszta, to dziś tutaj siedziałaby pani od matematyki. Zresztą taki miałam plan, że jak się nie dostanę na filologię polską, to w drugim terminie pójdę zdawać na matematykę, bo na matematyce zawsze są wolne miejsca na uczelniach. Tam zawsze przerażała fizyka… Jak ja tego przedmiotu nie cierpię… Do dzisiaj fizyka jest dla mnie za trudna.

Później, po ukończeniu studiów, natychmiast podjęłam pracę w Kołobrzegu, w szkole podstawowej, którą sama kończyłam. Wróciłam w miejsce, w którym znałam wszystkie kąty, wszystkie zaułki, wiedziałam, gdzie się ściąga, wiedziałam, gdzie chłopaki palą papierosy. Ja wtedy jeszcze nie paliłam, absolutnie, ale te wszystkie kąty były mi znane. Najbardziej bałam się spotkania z nauczycielami, bo to byli ci, którzy mnie uczyli. Wyobraźcie sobie, że idzie młoda gniewna do pracy, napakowana teorią, a tutaj siedzą jej nauczycielki, panowie nauczyciele… Pomyślałam – teraz będą mnie całe życie pouczali. Takie miałam wrażenie, że będą mnie pouczali, jak mam uczyć, jak mam chodzić, jak mam się ubrać, taki… naród nauczycielski. Tymczasem to było cudowne – fantastyczny dyrektor, wicedyrektorka, która była polonistką i która mnie uczyła polskiego. Życzyłabym wszystkim spotkania z takimi ludźmi. Chodząca wiedza, umiejętności, kultura, niesamowity spokój i jednocześnie zdolność przyznania się do tego, czego się nie umie. Ja tego się od mojej polonistki nauczyłam – umiem się przyznać, że czegoś nie umiem, w związku z czym muszę się douczyć, muszę doczytać i wtedy mogę już być mądra. Okazało się, że Ci nauczyciele stali się szybko moimi kolegami, koleżankami, zaakceptowali mnie i później wspaniale się tam pracowało – w Szkole Podstawowej nr 4. Pod każdym względem okres kołobrzeski był dla mnie najcudowniejszym czasem dzieciństwa, młodości, beztroski. Wszystko zapewnione, bo rodzice naprawdę starali się zapewnić to wszystko, co należy zapewniać dzieciom… Później role się zmieniły – zostałam mężatką, żoną, matką i starałam się naśladować we wszystkim własnych rodziców. Starałam się stworzyć dom bardzo podobny do mojego rodzinnego i widzę, że moja córka, która dzisiaj też jest nauczycielką, stara się naśladować mnie, ale oczywiście w tych dobrych tylko sprawach, bo uważam, że każdy ma prawo rozwijać się po swojemu. W wielu sytuacjach zauważam, że to, co ja wyniosłam z domu i to, co ona wyniosła z domu, jest posagiem, bagażem, który mógłby pomóc w życiu każdemu człowiekowi.

Na początku mieszkaliśmy z mężem w Kołobrzegu u rodziców, w pokoiku takim jak ten. Nasze malutkie dziecko już było na świecie, a w żaden sposób nie mieliśmy możliwości zdobycia mieszkania. W związku z tym  postanowiliśmy z mężem przenieść się w okolice Koszalina, ponieważ mąż był dziennikarzem i pracował w Koszalinie. Stancje w Koszalinie były za drogie, a my byliśmy na tak zwanym dorobku i nie stać byłoby nas wynająć mieszkanie w Koszalinie, więc postanowiliśmy wynająć coś pod Koszalinem. Tak się złożyło, że mieszkanie wynajęliśmy w Świeszynie, a pomogli nam w tym pan Krzysztof i pani Grażyna Sokołów, którzy znaleźli nam tu stancję. Takim oto sposobem znaleźliśmy się z mężem w Świeszynie. Byłam na urlopie (wtedy jeszcze nie pracowałam w szkole), zamieszkaliśmy u państwa Cynglów, na kolonii, daleko. Było to dość trudne, bo ja byłam „panna z miasta”, dla mnie ciemne ulice to coś strasznego, a tam nie było jeszcze oświetlenia. Jeden sklep, w którym trzeba było zamawiać chleb, bo to były lata komuny i w sklepach tylko musztarda i ocet, a żeby kupić chleb, trzeba było się zapisywać. Dla mnie to coś niebywałego, że trzeba takie rzeczy załatwiać. W mieście jednak zawsze było trochę inaczej, ale się tu zamieszkało… Przez przypadek okazało się, że w Szkole Podstawowej im. Hanki Sawickiej w Świeszynie będzie potrzebna polonistka. To też był przypadek, a więc ta polonistyczna wiedza jakoś przypadkowo mnie dotykała – polonistka przypadkowo się mną zainteresowała, choć studia to już nie były przypadkowe… Ponieważ tu w szkole pracowała moja koleżanka ze studiów, niestety nieżyjąca już pani Kurenda, myśmy się kiedyś spotkały na ulicy. Ona szła z klasą, ja - z dzieckiem na spacer. Poznałyśmy się, przywitały, a ona już wiedziała, że ja tu mieszkam. Nie wiedziała tylko, jak się nazywam po mężu, znała tylko moje panieńskie nazwisko, którego nie podam, bo  jest bardzo śmieszne. Okazało się, że od września będzie potrzebna polonistka w szkole, więc przez Agnieszkę Cyngiel, żonę pana Jacka, poinformowała mnie o tym, ale nie wiedziała, jak się nazywam, tylko powiedziała tak: „Tu mieszka gdzieś na kolonii taka pani, która ma małe dziecko i wynajmuje mieszkanie, ma na imię Maria”. Agnieszka się podobno zgłosiła, przyszła do mnie do domu i powiedziała, że pani Kurenda prosi, żebym przyszła do szkoły. Ja znałam tylko jej panieńskie nazwisko, więc nie wiedziałam cóż za pani Kurenda… Po jakimś czasie okazało się, że faktycznie od września jest potrzebny polonista, bo poprzedni nauczyciel przeprowadza się i tym sposobem znalazłam się w szkole Świeszynie. Pracę podjęłam od września 1983 roku. Było mi ciężko, bo pracowałam do tej pory w Kołobrzegu, z dziećmi miejskimi, kiedy wyjście do kina nie było problemem, kiedy zorganizowanie wycieczki nie było wielkim problemem, kiedy miałam piękną klasę, co prawda musiałam ją wywalczyć, ale miałam. Tu nagle znalazłam się na wsi. Tu były inne problemy. W mieście - z zachowaniem, młodzież była bardziej niegrzeczna, natomiast tutaj te dzieciaki były wspaniałe, grzeczne, ale - nie ukrywajmy - miałam problemy z wiedzą tych dzieci. Z czasem powoli to wszystko się zaczęło jakoś wyrównywać. Dzieciaki mnie poznały, ja poznałam dzieci, rodziców i okazało się, że te różnice zaczęły się wyrównywać.  Już nie narzekałam, dzieciaki były wspaniałe, organizowaliśmy wycieczki, wyjazdy do teatru… i ten nieszczęsny szkolny autobus. Mówię „nieszczęsny”, bo bardzo wiele od niego wtedy zależało. Dyskoteka - do której? A do tej, do której pan kierowca wyrazi zgodę. Czyli nie dyrektor szkoły, a pan kierowca decydował o tym. Wyjazd do teatru? Owszem, ale tylko, jeśli pan kierowca zgodzi się nas tam zawieźć i przywieźć, tak że innych możliwości nie było.

W pewnym momencie stało się tak, że zostałam dyrektorką szkoły. Nie było wtedy konkursów, tylko z powierzenia – powierzono mi funkcję dyrektora szkoły. Fantastyczny zespół ludzi i ogromne trudności, kłopoty. Mnóstwo dzieciaków, bo tu były klasy od czwartej do ósmej, miałam w szkole w porywach do trzystu dwadzieściorga dzieci! Organizacja przerw to był jeden dzieciak przy drugim, w świetlicy mnóstwo tych dzieciaków, tych autobusów… Do tego tak jakby podlegała mi również szkoła w Konikowie, bo tam były klasy 0-3, a tu 4-8. Pamiętam jednego roku (nieżyjący pan Ornatek był inspektorem oświaty, a była taka sytuacja, że w klasach było trzydzieścioro – trzydzieścioro dwoje dzieci, a nie było nawet tylu ławek i krzeseł) poszłam do pana Ornatka z prośbą o zakup kilkunastu krzeseł i ławek, bo ja nie miałam gdzie tych dzieci posadzić. Wtedy był taki bardzo duży wyż. A pan Ornatek na to mówi: „Pani Mario, a skąd ja Pani wezmę na to pieniądze? Absolutnie, szkoły wszystko wykorzystały”. A ja mówię: „Idę do wójta”. A on na to, pokazując na dłoń: „Tu mi kaktus wyrośnie, jak Pani coś załatwi(…)”. A wójtem był pan Łądkowski. Poszłam i tak go omotałam problemami szkoły, że przybiegłam do szkoły i mówię do pana Ornatka: „I jak tam, ręce bolą?” No, te kaktusy… bo załatwiłam wtedy sześćdziesiąt krzeseł. Tyle udało mi się dokupić. Chodziło o to, by te dzieciaczyska miały gdzie siedzieć, a nawet przy parapetach okiennych siedziały – tak było strasznie dużo dzieciaków. To był czas, kiedy budynek szkolny obchodził jubileusz, było mnóstwo imprez. Wtedy ja rozpoczęłam taką akcję, pochwalę się, że na to trzydziestopięciolecie rodzice ofiarowali się i malowali klasy. Wszystkie były pomalowane, odświeżone, poprane firanki, pomalowane okna, ukwiecona cała szkoła. To było takie drugie hasło, żeby było przyjemnie w tej szkole.

Ciągle polski był jednak dla mnie najważniejszy. Będąc dyrektorką, uczyłam, bo taka jest konieczność, ale później, kiedy zaczęły się przekształcenia szkół, władzy, weszła nowa ustawa samorządowa, kiedy samorządy stały się właścicielami szkół i placówek, stwierdziłam, że to mnie przerasta, że ja chcę uczyć. Pewnie dałabym sobie radę, ale później już nie chciałam być dyrektorką, wolałam wrócić na tzw. klasę i wykazać się na innym polu. Pozostałam nauczycielką. To wcale nie było trudne, bo wszyscy mówili, że z dyrektorki powrót „na klasę” jest bardzo ciężki. Wcale nie było ciężko, ponieważ zawsze lubiłam uczyć; wróciłam na tzw. oddział i uczyłam, aż przyszła nowa rewolucja oświatowa. Wszedł system z awansem zawodowym nauczycieli – stażysta, itd. Ja byłam jedną ze starszych nauczycielek i nie przystąpiłam do ostatniego stopnia, czyli nauczyciela dyplomowanego. Wyszła chyba taka moja nauczycielska ambicja… W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ja uczę już prawie trzydzieści lat i jak będę musiała stawać przed jakąś komisją składającą się najczęściej z bardzo młodych osób, dużo młodszych ode mnie, co nie jest żadną ujmą dla mnie, i ja im będę musiała udowadniać, że przez trzydzieści lat uczyłam i dalej uczę dobrze?... To była taka ambicjonalna sprawa – jakże to? Ja muszę udowodnić, że uczę dobrze? Wyniki egzaminów moich uczniów są dobre, uczniowie dostają się do dobrych szkół, wygrywają konkursy, a tu… Nie przystąpiłam do egzaminu najwyższego stopnia – nauczyciela dyplomowanego - i niestety jestem tylko nauczycielem mianowanym. Za to zaczęłam robić kursy kwalifikacyjne – oligofrenopedagogikę, czyli dodatkowy kierunek kształcenia i to była chyba jedna z moich mądrzejszych decyzji w życiu, ponieważ później zaczęłam się sprawdzać jako nauczyciel rewalidacji, do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Miałam takich uczniów w szkole, jeszcze u nas w gimnazjum. Miałam indywidualnych uczniów, byłam nauczycielką wspomagającą, a jak już przeszłam na emeryturę, nadal pracowałam z dzieckiem niepełnosprawnym, w domu tego dziecka, bo taka była potrzeba. Dojeżdżałam do dziewczynki do Mierzymia. Dziś uważam, że podjęcie tej nauki na studiach podyplomowych było jedną z mądrzejszych decyzji w moim życiu, kolejną mądrą decyzją. Wiele głupich decyzji podjęłam, ale to była mądra decyzja, ponieważ pięć lat pracy z dziewczynką niepełnosprawną, która urodziła się z porażeniem mózgowym czterokończynowym (dziewczynka, która nie widzi, która leży) nauczyło mnie więcej niż jakiekolwiek studia, niż jakiekolwiek książki. Nauczyłam się doceniać wszystko, co nas otacza, nauczyłam się pokory, nauczyłam się cenić każdy jeden dzień, za to, że stoję na własnych nogach, za to, że mogę sobie pójść samodzielnie zrobić herbatę, jestem niezależna. Ta dziewczynka musiała być obsługiwana. Wiadomo, co to znaczy, czterokończynowe porażenie. Każda jedna sytuacja, która jakby pokazywała mi, że ona na coś reaguje, to było święto dla mnie. Ona w pewnym momencie zaczęła reagować na mój głos, na moje perfumy. Jeżdżąc do niej przez pięć lat, używałam bardzo mocnych perfum, ponieważ ona była niewidoma jeszcze przy tym wszystkim, więc chciałam, by mnie rozpoznawała nie tylko po głosie, ale i po zapachu. Brałam ją na kolana, bo tak się z nią witałam, ona mnie najpierw wąchała i jak wyczuła ten mocny, intensywny zapach, to wtedy jej się buzia uśmiechała… przy tym dziewczyna piękna, bardzo ładna. Później ta praca się skończyła, ponieważ już inne osoby się wykształciły, nauczycielki, które są na etatach w szkole. Ja byłam już emerytowana, więc teraz młodsze osoby do niej jeżdżą, ale już niedługo, bo osoby niepełnosprawne mogą korzystać do dwudziestego czwartego roku życia z takiej nauki, a ona chyba zaraz skończy dwadzieścia cztery lata… Takie to życie jest…

Teraz jestem na emeryturze, cieszę się każdym dniem, mnóstwo czytam – to jest moja ulubiona rozrywka. Czytam sobie dużo przy komputerze, ale nie mam żadnego Facebooka, czytam sobie strony, które mnie interesują, czytam różnorodne rzeczy, jestem z tego bardzo zadowolona. Uwielbiam pływanie. Co czwartek jeżdżę na basen, na dwie godziny. W wakacje wyjeżdżamy z mężem nad swoje ulubione miejsce nad jeziorem – w okolicach Brodnicy, nad jezioro Bachotek. Pływam, nie chodzę po lesie, bo się boję lasu. Boję, że się zgubię, a poza tym tam są robale i takie różne pająki. Chociaż pająki jeszcze zniosę, gorzej z jakimiś innymi myszami… Tak to mój dzień za dniem wygląda…

Moja ulubiona książka? „Pan Tadeusz”, całe życie… Mickiewicza jako człowieka nie cenię, ale za „Pana Tadeusza” cenię go bardzo i uważam, że Andrzej Wajda zrobił świetny film, mimo że nie lubię adaptacji filmowych, bo to odciąga młodzież od czytania. Z drugiej strony czasem mają tyle do przeczytania, że się nie dziwię, że oglądają albo czytają skróty. Akurat jeśli chodzi o film „Pan Tadeusz” jest świetny, oddaje wszystko, co w książce.

Ulubiona zupa – rosół, prawdziwy polski rosół…

Na początek to każdy nauczyciel musiał napisać sobie rozkład materiału. W szkole dostawało się program nauczania, czyli takie zadania, które nauczyciel ma wykonać w czasie danego roku nauki. Do tego były podręczniki, wszędzie takie same, więc to nie było takie złe. Pod ten program nauczyciel wybierał materiał z podręczników. Lektury wykazane w tym programie były obowiązkowe i się je po prostu realizowało. Praca już taka na lekcje? Pamiętam te czasy, kiedy układałam sprawdziany (bo najczęściej sama układałam) i przepisywałam przez kalkę, by każdy uczeń dostał do ręki. Nasza szkoła, jak byłam dyrektorką, dostała kiedyś od kogoś pierwszą kserokopiarkę. Ależ to była maszyna! To było tak ogromne jak pół tego pokoju i co jakiś czas się paliło, to znaczy ten papier się w środku palił, a smród był na cały korytarz. Wielka maszyna, tam dwie czy trzy osoby umiały tylko to obsługiwać, ale to już jakoś nam pomagało. Myśmy to dostali od jakiejś firmy w prezencie i mogliśmy sobie ułatwiać pracę. Później trzeba było te sprawdziany, te klasówki wymyślać. Do nocy się je przygotowywało, ale najczęstszą formą sprawdzenia umiejętności ucznia były prace klasowe, czyli dwie godziny wypracowania. Jednego roku było tak, że miałam zastępstwo za drugą nauczycielkę i miałam strasznie dużo godzin tu w Świeszynie, małe dziecko w domu i jeszcze te klasówki. Więc kładłam Agnieszkę spać, siadałam około 21. do sprawdzania tych wypracowań i nierzadko się budziłam o 3. nad ranem z głową na tych klasówkach. No, ale jeżeli obiecałam uczniom, że sprawdzę, to sprawdzałam. Bardzo często przychodziłam do szkoły wcześniej – umawiałam się z uczniami. Wtedy nie było u nas w Polsce takiego pojęcia jak „dysgrafia”, „dysleksja”, nie wiadomo było, że dziecko może mieć problemy z umiejętnością czytania. Dzisiaj to jest dopuszczone i wiadomo jak pracować, co robić, a wtedy te dzieci były biedne – no, nie umiał przeczytać i co z tego? Szkoła zaczynała się o 8.00, a ja się umawiałam z dziewczynkami, które dojeżdżały autobusem ze Strzekęcina i byłyśmy w szkole już o 7.00. Czasami nikogo nie było, tylko pan Tyburski – woźny i ja, i dwie dziewczynki, które uczyłam rano. Takie swoje metody wymyślałam i chyba niezłe, bo jednak nauczyły się tego czytania, może niepłynnie, ale tak ze zrozumieniem. Tak więc siadałam z nimi i czytałam. Obligatoryjne zajęcia wyrównawcze, po lekcjach, ale nie w kozie (bo dawno temu, przed wiekami, to było, że w kozie) – dzieci zostawały na zajęciach wyrównawczych. To było to dobre, że w klasie nie było tych dzieciaków dużo, w tej grupie, tylko do jedenaściorga dzieci można było ich mieć i z taką jedenastką  to już można było na zasadzie zabawy pewne rzeczy robić. A to robiłam spektakle z dzieciakami, a to akademie, występy. Co roku, jak miałam klasę, 26 maja organizowałam Dzień Matki. Za zgodą i wiedzą dyrekcji robiłam klasowy Dzień Matki połączony z wywiadówką. Angażowałam całą klasę – wszyscy musieli brać w tym udział, wszystkie mamy przychodziły i dostawały kawkę, herbatkę i ciastka, była klasowa impreza, która sympatycznie integrowała. Mnie najbardziej bawi takie wspomnienie ucznia, który jest w ósmej klasie (trochę siedział, więc wtedy miał z piętnaście, szesnaście lat) i - patrząc mamusi w oczy - mówi wierszyk o tym, jak ją bardzo kocha, a wcześniej o tym nigdy nie mówił, nie miał okazji… Nierzadko matki przychodziły spłakane do mnie i dziękowały za takie rzeczy.

Jeździłam też z dzieciakami na biwaki, tu do naszych lasów, nad oczko. Kiedyś całą noc nie spałam, bo przecież uczniowie chcieli iść na ryby, na łódkę, na jezioro, uczniowie ósmej klasy. Przecież ja calusieńką noc siedziałam przed ich namiotem i pilnowałam ich, żeby nie wyszli i nie potopili mi się. A myśleli, że ja już padłam… Ja siedzę schowana, za winklem, a tu wychodzą wędkarze. No to cofnęłam ich, później z koleżanką się trochę wymieniłam, a już był blady świt, kiedy ona poszła pilnować, ale musiałyśmy ich pilnować. Usnęłam i słyszę coś takiego: „Przestańcie wariować. Nasza pani śpi”. Ja obudziłam się po godzinie snu, a już rozpalone było ognisko. Zauważyłam, że chłopcy, z którymi były największe problemy wychowawcze w szkole, a więc tacy, co popalali, co mieli konflikt z prawem, którzy nie umieli się podporządkować, którzy łamali regulamin szkoły itd., tacy faceci potrafili zorganizować życie na biwaku: a to rozpalić ognisko, a to z niczego zrobić, by woda się ugotowała, żeby za dużego ognia nie było. Świetnie sobie radzili z takimi gospodarczymi sprawami. A ja miałam na nich zawsze sposób, bo im zlecałam jakieś obowiązki i z tych obowiązków później ich rozliczałam. Jednego razu miałam chłopca, któremu udało się z oceną zachowania, bo wtedy były oceny  za zachowanie, i on już nie miał 3 tylko 4 na koniec roku za zachowanie, za pomoc w organizowaniu tego biwaku. Matce zaczęłam chwalić tego chłopaka, a matka w płacz, że pierwszy raz od ośmiu lat jej syn został pochwalony – nie miał 5, ale miał 4 i to już był sukces jak nie wiem. Pewnego razu - taka historia też mi się przypomniała od razu: „Pan Tadeusz” miał był w siódmej klasie omawiany, a że „Pana Tadeusza”, skoro go lubię, muszę znać na wylot w tę i z powrotem, zadaję jedno pytanie – cisza, drugie pytanie – cisza, trzecie, piąte, dziesiąte – cisza, nikt się nie zgłasza, a jeszcze taka pogoda była jak dzisiaj – wiało, padało, myślałam, że zaraz mi posną. Co ja mam w ogóle robić? Jestem przygotowana do „Pana Tadeusza”, przyniosłam reprodukcje Andriolliego, żeby im pokazywać te sceny… I pytam ich - przyznajcie się, kto nie przeczytał „Pana Tadeusza”? Calusieńka klasa wstała. Wszyscy się przyznali. Najpierw nerw – co tu robić, ale później mówię – przecież oni nie przeczytają mi tego „Pana Tadeusza”, więc takimi magnesikami poprzypinałam do tablicy te ilustracje – od pierwszej księgi do ostatniej i zaczynam opowiadać, własnymi słowami, treść „Pana Tadeusza”: ten to jest ten, a ten to zrobił to i pokazuję… W klasie się cisza zrobiła, popodpierali się, widzę zainteresowanie, i już dochodzę do opowieści o dziejach Jacka Soplicy, i już mam powiedzieć: „I on prawie leżąc na łożu śmierci ma mówić – jam jest Jacek Soplica”. Słyszę takie coś, cytuję: „O kurwa, to jest ksiądz Robak, Jacek Soplica”. No tak było, wybaczyłam chłopakowi, potem fryzjerem został dobrym. Wybaczyłam mu tę kurwę, wybaczyłam mu wszystko i pomyślałam, że kiedyś w życiu może przeczyta, kiedyś w życiu sięgnie po tego „Pana Tadeusza”…

Drużyny harcerskie prowadziłam – jestem instruktorem harcerstwa, jeździłam na obozy z zuchami w latach osiemdziesiątych – 1984, 1985, 1986 rok. Jeździliśmy do Drężna. Tutaj był szczep harcerski. Szczepową była pani Janka Szymańska, już nieżyjąca. A my miałyśmy drużyny i było dobrze, bo te drużyny miałyśmy w klasach. Nie było międzyklasowych drużyn. Czasami organizowało się lekcję wychowawczą i w tę lekcję włączałam zagadnienia harcerskie, bo harcerstwo jest bardzo wychowawcze – i patriotyzmu uczy, i wszystkiego uczy. To było pożyteczne. Z tymi dzieciakami, jak przyszło lato, jeździłam na obozy pod namioty, bez prądu, kuchnia polowa, kibelek kopałam z nimi, z takimi zuszkami. Takie było zgrupowanie harcerzy. Jak mieliśmy dyżur całodobowy, służbę, to musieliśmy wszystko zrobić – i latryny poszorować, i w stołówce pomóc, ale sympatycznie było. I pieczony kartofel raz w roku, i wyprawy po wiosnę tutaj do lasów naszych. Świetny kontakt mieliśmy z naszym panem Leśniczym, nie pamiętam nazwiska.

Może więcej bym chciała im przekazać, ale cieszyło…