Maria Szych

Data urodzenia: 14.08.1955 r.
Miejsce urodzenia: Kołobrzeg

 

 

 

Urodziłam się 14.08.1955 r., a więc mam 61 lat. Urodziłam się na wsi, pod Kołobrzegiem. Tego czasu zupełnie nie pamiętam, ponieważ jako dziecko niewiele pamiętam. Ale kiedy byłam małym dzieckiem rodzice przenieśli się do Kołobrzegu i to jest dla mnie najważniejszy czas dzieciństwa, czasy mieszkania w Kołobrzegu. Miałam 3 latka jak się rodzice tam przenieśli i to kolejnych 20 parę lat to był taki najszczęśliwszy okres w moim życiu. Bezpieczne dzieciństwo, wspaniała rodzina, cudowni rodzice, bardzo normalna rodzina, normalni rodzice, normalne cele, normalna ciężka praca rodziców, dwie starsze siostry. Co nas łączyło? Wielka, wielka miłość w rodzinie. Mam dwie starsze siostry i do dzisiaj jesteśmy sobie bardzo bliskie. Rodzice niestety nie żyją. Celem moich rodziców zawsze było to, żeby wykształcić własne dzieci. To był posag, w który nas wyposażyli na życie. I każda z moich sióstr jest wysoce wykształcona, jeżeli możemy tak nazwać. Jedna jest matematykiem, po Uniwersytecie Gdańskim, jedna jest po ekonomii i pracuje jeszcze w tej chwili, w Kołobrzegu jest skarbnikiem w Starostwie Kołobrzeskim, ja skończyłam WSP. Ale tak było śmiesznie, że kończyłam ogólniak kołobrzeski, miałam fantastycznych nauczycieli i byłam równie dobra z matematyki i z polskiego. Miałam łeb w łeb takie same piątki i z matematyki i z polskiego. Prawdopodobnie, gdyby się mną nie zainteresowała Pani od polskiego, tzn. nie zmusiła mnie do tego, bym wzięła udział w konkursie z języka polskiego, w konkursie literackim, recytatorski, to pewnie byłabym dziś matematykiem. Ona mnie w to wrobiła, w tę filologię polską, w ten polski, świetny nauczyciel – ani Buszta. I zainteresowała mnie polskim, zainteresowała mnie literaturą i tak już poszło, czyli matura… Dostałam z pisemnej matury czwórkę, a chciałam mieć piątki więc poszłam poprawki zdawać, taka była wtedy możliwość, no to członkowie komisji byli po prostu zdumieni – że czwórka jest złą oceną? Ale ja chciałam udowodnić, że jak polski to piątki no i dobrze wszystko zdałam, dostałam się do Słupska i tam studiowałam, wszystko w terminie skończyłam, i okazało się, że taki kierunek życia obrałam który mi bardzo odpowiadał. Bardzo lubiłam robić to co robiłam – lubiłam uczyć. Bardzo lubiłam dzieci, młodzież, do dzisiaj zresztą lubię… Ale gdyby się mną nie zainteresowała Pani Buszta to dziś tutaj siedziałaby Pani od matematyki. Zresztą taki miałam plan, że jak się nie dostanę na filologię polską to w drugim terminie pójdę zdawać na matematykę, bo na matematyce zawsze są wolne miejsca na uczelniach. Ale na matematyce zawsze mnie przerażała fizyka. Jezu jak ja tego przedmiotu nie cierpię. Do dzisiaj to jest dla mnie za trudne.

* * *

Później po ukończeniu studiów podjęłam natychmiast pracę w Kołobrzegu, w szkole podstawowej, którą sama kończyłam. Czyli przyszłam do miejsca, gdzie znałam wszystkie kąty, wszystkie zaułki, wiedziałam, gdzie się ściąga, wiedziałam, gdzie chłopaki palą papierosy. Ja nie paliłam jeszcze wtedy, absolutnie. Ale te wszystkie kąty były mi znane. Ale najbardziej się bałam spotkania z nauczycielami, bo to byli nauczyciele, którzy mnie uczyli. I teraz wyobraź sobie, że idzie młoda gniewna do pracy, napakowana teorią, a tutaj siedzą jej nauczycielki,  panowie nauczyciele. I ja mówię – teraz będą mnie całe życie pouczali. Takie miałam wrażenie, że będą mnie pouczali jak mam uczyć, jak mam chodzić, jak mam się ubrać, taki naród nauczycielski. Tymczasem to było cudowne – fantastyczny dyrektor, wicedyrektorka, która była polonistką, która mnie uczyła polskiego – to ja życzyłabym ludziom spotkania z takimi ludźmi. Chodząca wiedza, umiejętności, kultura, wyciszenie jednocześnie i niesamowity spokój i jeszcze umiała ta Pani przyznać się do czegoś czego nie umie. Ja tego się od niej nauczyłam – że umiem się przyznać do czegoś czego nie umiem, w związku z czym muszę się douczyć, muszę doczytać i wtedy mogę już być mądrą. I okazało się, że Ci nauczyciele stali się szybko moimi kolegami, koleżankami, zaakceptowali mnie no i już później się cudownie tam pracowało – w Szkole Podstawowej nr 4.

* * *

W każdym razie Kołobrzeg to był dla mnie najcudowniejszy czas dzieciństwa, młodość, beztroska, wszystko zapewnione, bo rodzice naprawdę starali się zapewnić to wszystko co mieli zapewnić dzieciom. I później się role zmieniły – zostałam mężatką, zostałam żoną, zostałam matką i starałam się naśladować swoich rodziców we wszystkim. I też starałam się stworzyć zawsze taki dom, bardzo podobny do mojego domu rodzinnego, i widzę że moja córka, która dzisiaj też jest nauczycielką stara się naśladować mnie, ale oczywiście w tych dobrych tylko zakresach, bo uważam, że każdy ma prawo rozwijać po swojemu, ale w wielu sytuacjach, to co ja wyniosłam z domu, to co ona wyniosła z domu, może być bagażem który może człowiekowi pomóc w życiu.

* * *

No i pewnego razu się tak zdarzyło, oczywiście mieszkaliśmy w Kołobrzegu u rodziców w pokoiku takim jak ten, dziecko już było na świecie malutkie i nie było możliwości zdobycia mieszkania w żąden sposób. W związku z czym  postanowiliśmy z mężem, ponieważ mąż był dziennikarzem, pracował w Koszalinie, i postanowiliśmy przenieść się w okolice koło Koszalina, bo stancje w Koszalinie były za drogie, a my byliśmy na tzw. dorobku, i nie stać byłoby nas wynająć mieszkanie w Koszalinie i postanowiliśmy wynająć coś pod Koszalinem. I tak się złożyło, że takie mieszkanie wynajęliśmy w Świeszynie. A pomógł nam w tym Pan Krzysztof i Pani Grażyna Sokołów, którzy znaleźli nam tu stancję. I takim oto sposobem znaleźliśmy się z mężem w Świeszynie. Byłam na urlopie, jeszcze nie pracowałam w szkole wtedy i zamieszkaliśmy u Państwa Cynglów, tam na kolonii, daleko. Trochę to było trudne, bo ja byłam Panna z miasta, dla mnie ciemne ulice to było coś strasznego, tam nie było jeszcze oświetlenia. Jeden sklep, w którym trzeba było zamawiać chleb, bo to były lata komuny i w sklepach była tylko musztarda i ocet. A żeby kupić chleb trzeba było się zapisywać, to było dla mnie coś niebywałego, że trzeba takie rzeczy załatwiać, w mieście jednak zawsze było trochę inaczej. No ale się tu zamieszkało i przez przypadek również okazało się, że w Szkole Podstawowej w Świeszynie im. Hanki Sawickiej będzie potrzebna polonistka. To był tez przypadek, a więc ta polonistyczna wiedza jakoś przypadkowo mnie dotyka – polonistka przypadkowo się mną zainteresowała, no studia to nie były przypadkowe… Ponieważ tu w szkole pracowała moja koleżanka ze studiów, niestety nieżyjąca już Pani Kurenda. Myśmy się kiedyś spotkały na ulicy – ona szła z klasą, ja z dzieckiem na spacer. Poznałyśmy się, przywitały i ona już wiedziała, że ja tu mieszkam. Nie wiedziała jak się nazywam z męża. Tylko znała moje panieńskie nazwisko, którego nie podam, bo  jest bardzo śmieszne. Okazało się że będzie od września potrzebna polonistka w szkole, więc przez Agnieszkę Cyngiel, żonę tego Pana Jacka, poinformowała mnie o tym, z tym że nie wiedziała jak się nazywam tylko powiedziała tak „tu mieszka gdzieś tam na kolonii taka Pani, która ma małe dziecko i wynajmuje mieszkanie i ma na imię Maria. I Agnieszka się podobno zgłosiła i ona do mnie przyszła do domu powiedziała, że Pani Kurenda prosi, żebym przyszła do szkoły. A ja znałam jej tylko panieńskie nazwisko, więc nie wiedziałam jaka Pani Kurenda. No ale po jakimś czasie okazało się, że faktycznie od września jest potrzebny polonista, bo poprzedni nauczyciel przeprowadza się i tym sposobem znalazłam się w szkole Świeszynie i podjęłam pracę od września 1983 roku. Też było mi trudno, bo pracowałam do tej pory w Kołobrzegu, z dziećmi miejskimi, kiedy wyjście do kina nie było problemem, kiedy zorganizowanie wycieczki nie było wielkim problemem, kiedy miałam piękną klasę, co prawda musiałam ją wywalczyć, ale miałam. Tu nagle znalazłam się na wsi. Inne problemy były. W mieście były problemy z zachowaniem – młodzież była bardziej niegrzeczna. Natomiast tutaj te dzieciaki były cudne, cudowne, grzeczne, no ale nie ukrywajmy miałam problemy z wiedzą tych dzieci. No ale z czasem powoli to wszystko się zaczęło jakoś wyrównywać. Dzieciaki mnie poznały, ja poznałam dzieci, rodziców i okazało się, że te różnice zaczęły się wyrównywać.  A więc już nie narzekałam, dzieciaki były cudowne – organizowaliśmy wycieczki, organizowaliśmy wyjazdy do teatru. I ten szkolny autobus nieszczęsny. Mówię nieszczęsny, bo bardzo wiele od niego zależało wtedy. Dyskoteka do której? A do tej do której Pan kierowca wyrazi zgodę. Czyli nie dyrektor szkoły, a Pan kierowca decydował o tym. Wyjazd do teatru – owszem! Ale tylko jak Pan kierowca zgodzi się tam zawieźć i przywieźć, także innych możliwości nie było.

* * *

No i tak też się stało w pewnym momencie, że zostałam dyrektorką. Nie było konkursów wtedy, tylko z powierzenia – powierzono mi funkcję dyrektora szkoły. Fantastyczny zespół ludzi, kłopoty i trudności tragiczne. Mnóstwo dzieciaków, bo tu były klasy od czwartej do ósmej, miałam w szkole w porywach do 320 dzieci! Organizacja przerw to był jeden dzieciak przy drugim, w świetlicy mnóstwo tych dzieciaków, tych autobusów… I tak jakby podlegała mi również szkoła w Konikowie, bo tam były klasy 0-3, a tu 4-8. Pamiętam jednego roku, nieżyjący Pan Ornatek był inspektorem oświaty, a była taka sytuacja, ze w klasach było 30-32 dzieci, a nie było tyle ławek i krzeseł nawet. I poszłam do Pana Ornatka z prośbą o zakup kilkunastu krzeseł i ławek, bo ja nie miałam gdzie te dzieci sadzać. Wtedy był taki bardzo duży wyż. A Pan Ornatek na to mówi: „Pani Mario, a skąd ja Pani wezmę na to pieniędzy. Absolutnie, szkoły wszystko wykorzystały”. A ja mówię – idę do wójta. A on na to pokazując na dłoń – „tu mi kaktus wyrośnie, jak Pani coś załatwi…”. A wójtem był Pan Łądkowski. Poszłam i tak go omotałam problemami szkoły, że przyleciałam do szkoły i mówię do Pana Ornatka – i jak tam ręce bolę?? No te kaktusy… Bo załatwiłam wtedy 60 krzeseł. Tyle udało mi się dokupić. Chodziło o to, by te dzieciaczyska miały gdzie siedzieć, a nawet przy parapetach okiennych siedziały – tak było strasznie dużo dzieciaków. No ale to był czas, kiedy budynek szkolny obchodził jubileusz, było mnóstwo imprez. Wtedy ja rozpoczęłam taką akcję, pochwalę się, że na to 35-lecie rodzice ofiarowali się i malowali klasy i wszystkie klasy były pomalowane, odświeżone, poprane firanki, pomalowane okna, ukwiecona była szkoła. To było takie drugie hasło, żeby było przyjemnie w tej szkole.

* * *

Ale jednak ciągle polski był dla mnie najważniejszy. Będąc dyrektorką uczyłam, bo taka jest konieczność, ale później, kiedy zaczęły się przekształcenia szkół, władzy, weszła ustawa samorządowa nowa, kiedy samorządy stały się właścicielami szkół, placówek, postanowiłam, że to przerasta, że ja chcę uczyć. Pewnie dałabym sobie radę, ale później już nie chciałam być dyrektorką, wolałam wrócić na tzw. klasę i wykazać się gdzie indziej i zostałam dalej nauczycielką. Wcale to nie było trudne, bo wszyscy mówili, że z dyrektorki powrót na klasę jest bardzo ciężki, wcale nie było ciężko, ponieważ zawsze lubiłam uczyć i wróciłam na tzw. oddział i uczyłam. I tak uczyłam, uczyłam, uczyłam i przyszła nowa rewolucja oświatowa. Ten system z awansem zawodowym nauczycieli – stażysta, itd. Ja byłam jedną ze starszych nauczycielek i nie przystąpiłam do ostatniego stopnia czyli nauczyciela dyplomowanego. Wyszła chyba taka moja… Nie wiem co… W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ja uczę już prawie 30 lat i jak będę musiała stawać przed komisją jakąś, składającą się najczęściej z bardzo młodych osób, dużo młodszych ode mnie, co nie jest żadną ujmą dla mnie, i ja im będę musiała udowadniać, że przez 30 lat uczyłam dobrze i uczę dalej dobrze. I to taka ambicjonalna sprawa – jakże to - ja muszę udowodnić, że uczę dobrze – egzaminy są OK., wyniki są dobre, uczniowie dostają się do dobrych szkół, konkursy wygrywają, a tu wiesz…  Nie przystąpiłam do egzaminu najwyższego stopnia – nauczyciela dyplomowanego i jestem tylko nauczycielem mianowanym niestety. Ale za to zaczęłam robić kursy kwalifikacyjne – zrobiłam oligofrenopedagogikę, czyli dodatkowy kierunek kształcenia. I to była chyba jedna z moich mądrzejszych decyzji w życiu, ponieważ później się zaczęłam sprawdzać jako nauczyciel od rewalidacji, od pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. I miałam takich uczniów w szkole, jeszcze u nas w gimnazjum, miałam indywidualnych uczniów, byłam nauczycielką wspomagającą, a jak już przeszłam na emeryturę – taka była potrzeba – pracowałam z dzieckiem niepełnosprawnym, w domu tego dziecka. Dojeżdżałam do Mierzymia do dziewczynki. I uważam, że podjęcie tej nauki na studiach podyplomowych to była jedną z mądrzejszych decyzji w moim życiu, kolejna mądra decyzja. Wiele głupich decyzji podjęłam, ale to była mądra decyzja, ponieważ przez 5 lat pracy z dziewczynką niepełnosprawną, która urodziła się z porażeniem mózgowym czterokończynowym, dziewczynka, która nie widzi, która leży, praca z tym dzieckiem nauczyła mnie więcej niż jakiekolwiek studia, niż jakiekolwiek książki, bo ja się nauczyłam doceniać wszystko co nas otacza, nauczyłam się pokory bardzo, ja się nauczyłam cenić każdy jeden dzień, za to, że wstaję na własnych nogach, za to że mogę sobie pójść zrobić herbatę sama, jestem niezależna. Ponieważ ta dziewczynka musiała być obsługiwana. Wiadomo – czterokończynowe porażenie co to znaczy. Każda jedna sytuacja, która jakby pokazywała mi, że na coś ona reaguje to było święto dla mnie. Że ona w pewnym momencie zaczęła reagować na mój głos, na moje perfumy. Ja przez 5 lat jak do niej jeździłam używałam bardzo mocnych perfum. Ponieważ ona była niewidoma jeszcze przy tym wszystkim, więc chciałam, by mnie rozpoznawała nie tylko po głosie, ale po zapachu. Ja ją brałam na kolana, tak się z nią witałam, i ona mnie najpierw wąchała i jak wyczuła ten mocny, intensywny zapach to wtedy się buzia uśmiechała, przy tym dziewczyna piękna, bardzo ładna. Później się skończyła ta praca. Ponieważ już inne osoby się wykształciły, nauczycielki, które są na etatach w szkole. Ja byłam emerytowana już, bo ja już jestem od paru lat na emeryturze. I młodsze osoby dalej jeszcze do niej jeżdżą, ale już niedługo, bo osoby niepełnosprawne mogą korzystać do 24 roku życia z takiej nauki, a ona chyba zaraz skończy 24 lata… No i takie to życie jest…

* * *

Teraz jestem na emeryturze, cieszę się każdym dniem, mnóstwo czytam – to jest moja ulubiona rozrywka. Czytam sobie dużo przy komputerze, ale nie mam żadnego facebooka, czytam sobie strony, które mnie interesują, czytam inne rzeczy, jestem z tego bardzo zadowolona. Uwielbiam pływanie. Co czwartek jeżdżę na basen, na dwie godziny. W wakacje wyjeżdżamy z mężem nad swoje ulubione miejsce nad jeziorem – w okolicach Brodnicy, jezioro Bachotek. Pływam, nie chodzę po lesie, bo się boję lasu. Boję, że się zgubię, a poza tym tam są robale i takie różne pająki. Chociaż pająki jeszcze zniosę, gorzej z jakimiś innymi myszami… I tak to dzień za dniem wygląda…

* * *

Moja ulubiona książka – Pan Tadeusz, całe życie… Mickiewicza jako człowieka nie cenię, ale za Pana Tadeusza to go cenię i uważam, że Andrzej Wajda zrobił świetny film, mimo, że nie lubię adaptacji filmowych, bo to odciąga młodzież od czytania, ale z drugiej strony mają tyle czasami do tego przeczytania, że się nie dziwię że oglądają, albo czytają skróty. Ale akurat jeśli chodzi o film Pan Tadeusz – jest świetny, oddaje wszystko co w książce jest.

* * *

Ulubiona zupa – rosół, prawdziwy polski rosół…

* * *

Na początek to każdy nauczyciel musiał napisać sobie rozkład materiału. W szkole dostawało się program nauczania, czyli takie zadania, które nauczyciel ma wykonać w czasie danego roku nauki. Do tego były podręczniki, wszędzie takie same, więc to nie było takie złe, i pod ten program nauczyciel  wybierał materiał z podręczników. Lektury były obowiązkowo wykazane w tym programie i się po prostu te lektury realizowało. Praca już taka na lekcje – ja pamiętam te czasy, kiedy sprawdziany układałam, bo najczęściej sama układałam, i przepisywałam przez kalkę, by każdy uczeń dostał do ręki. Nasza szkoła, jak byłam dyrektorką, dostała kiedyś od kogoś kserokopiarkę pierwszą. Ależ to była maszyna! To było tak ogromne jak pół tego pokoju, i co jakiś czas się paliło, to znaczy ten papier się w środku palił, a smród był na cały korytarz. Wielka maszyna, tam dwie czy trzy osoby umiały tylko to obsługiwać, ale to już jakoś tam pomagało. Myśmy to dostali od jakiejś firmy w prezencie i mogliśmy sobie ułatwiać te prace. Później trzeba było te sprawdziany, te klasówki wymyślać. Do nocy się przygotowywało je. Ale najczęstszą formą sprawdzenia umiejętności ucznia były prace klasowe. Czyli dwie godziny wypracowania. Jednego roku było tak, że miałam zastępstwo za drugą nauczycielkę i miałam strasznie dużo godzin tu w Świeszynie, małe dziecko w domu i jeszcze te klasówki. Więc kładłam Agnieszkę spać, siadałam ok. 21 do sprawdzania tych wypracowań i nierzadko się budziłam o 3 nad ranem z głową na tych klasówkach. No ale jeżeli obiecałam uczniom, że sprawdzę, to sprawdzałam. Bardzo często przychodziłam do szkoły wcześniej – umawiałam się z uczniami – były takie sytuacje, gdzie nie było takiego pojęcia jak dysgrafia, dyslekcja u nas w Polsce, że może pojawić się dziecko, które może mieć problemy z umiejętnością czytania. Dzisiaj to jest dopuszczone i jest wiadomo jak pracować, co robić, a wtedy te dzieci były biedne – no nie umiał przeczytać i co z tego??

* * *

Szkoła zaczynała się o 8.00, a ja się umawiałam z dziewczynkami, które dojeżdżały autobusem ze Strzekęcina i o 7.00 już byłyśmy w szkole. Czasami nikogo nie było, tylko Pan Tyburski – woźny i ja, i dwie dziewczynki, które uczyłam rano. Takie swoje metody wymyślałam i chyba niezłe, bo jednak nauczyły się tego czytania, może nie płynnie, ale tak ze zrozumieniem. Tak więc siadałam z nimi i czytałam. Obligatoryjne zajęcia wyrównawcze, po lekcjach, ale nie w kozie (bo dawno temu, przed wiekami, to było, że w kozie) – dzieci zostawały na zajęciach wyrównawczych. To było to dobre, że w klasie nie było tych dzieciaków dużo, w tej grupie, tylko do 11 dzieci można było ich mieć i z taką 11 to już można było na zasadzie zabawy pewne rzeczy robić. A to robiłam spektakle z dzieciakami, a to akademie, występy. Bardzo często, a nawet zawsze – c roku, jak miałam klasę, organizowałam Dzień Matki. 26 maja za zgodą i wiedzą dyrekcji robiłam klasowy dzień matki, połączone z wywiadówką. Angażowałam całą klasę – wszyscy musieli brać w tym udział, wszystkie mamy przychodziły i dostawały kawkę, herbatkę i ciastka i była klasowa impreza, która sympatycznie integrowała. Mnie najbardziej bawi takie wspomnienie ucznia, który jest w ósmej klasie, trochę siedział, więc wtedy miał z 15-16 lat, i ona patrząc mamusi w oczy mówi wierszyk o tym jak ją bardzo kocha. A czasami wcześniej o tym nigdy nie mówił, nie miał okazji, nierzadko matki przychodziły spłakane do mnie i podziękowały za takie rzeczy.

* * *

A to jeździłam z dzieciakami na biwaki, tu do naszych lasów, nad oczko, jak to uczniowie kiedyś – całą noc nie spałam, bo przecież chcieli iść na ryby, na łódkę, na jezioro, uczniowie 8 klasy. Przecież ja calusieńką noc siedziałam przed ich namiotem i pilnowałam ich, żeby nie wyszli i nie potopili mi się. I myśleli, że ja już padłam. Ja siedzę schowana, za winklem, a tu wychodzą wędkarze. No to cofnęłam ich, później z koleżanką się trochę wymieniłam, a już był blady świt, kiedy ona poszła pilnować, ale musiałyśmy ich pilnować. Usnęłam i słyszę coś takiego: „przestańcie wariować – nasza Pani śpi…”. Ja obudziłam się po godzinie snu, a już rozpalone było ognisko. I zauważyłam, że chłopcy, z którymi były największe problemy wychowawcze w szkole, a więc tacy co popalali, co mieli konflikt z prawem, którzy nie umieli się podporządkować, którzy łamali regulamin szkoły itd. Tacy faceci potrafili zorganizować takie życie na biwaku – a to rozpalić ognisko, a to z niczego zrobić, by woda się ugotowała, żeby za dużego ognia nie było. Świetnie sobie radzili z takimi gospodarczymi sprawami. A ja miałam na nich zawsze sposób, bo im zlecałam jakieś obowiązki i z tych obowiązków później ich rozliczałam. Jednego razu miałam chłopca, któremu udało się z zachowania, bo wtedy były oceny z zachowania, i on już nie miał 3 tylko 4 na koniec roku z zachowania, za pomoc w organizowaniu tego biwaku. I matce zaczęłam chwalić tego chłopaka, a matka w płacz, że pierwszy raz od ośmiu lat jej syn został pochwalony – nie 5 miał, ale 4 miał i to już był sukces jak nie wiem. Pewnego razu, taka historia też mi się przypomniała od razu, Pan Tadeusz miał był w 7 klasie robiony, a że Pana Tadeusza skoro go lubię muszę znać na wylot w tę i z powrotem. I zadaję jedni pytanie – cisza, drugie pytanie – cisza, trzecie, piąte, dziesiąte – cisza, nikt się nie zgłasza, a jeszcze taka pogoda była jak dzisiaj – wiało, padało, myślałam, że zaraz mi posną. Co ja mam w ogóle robić? Jestem przygotowana do Pana Tadeusza, przyniosłam reprodukcje Andriolliego, żeby im tam pokazywać te sceny… I pytam się ich – przyznajcie się – kto nie przeczytał Pana Tadeusza? Calusieńka klasa wstała. Wszyscy się przyznali. Najpierw nerw – co tu robić, ale później mówię – przecież oni nie przeczytają mi tego Pana Tadeusza, więc takimi magnesikami poprzypinałam do tablicy te ilustracje – od pierwszej księgi do ostatniej i zaczynam opowiadać, własnymi słowami, treść Pana Tadeusza. A ten to jest ten, a ten to zrobił to i pokazuję… W klasie się cisza zrobiła, popodpierali się, widzę zainteresowanie, i już dochodzę do tego jak opowiadałam dzieje Jacka Soplicy, i już mam powiedzieć: „i on prawie leżąc na łożu śmierci ma mówić – jam jest Jacek Soplica”. Słyszę takie coś, cytuję: „O kurwa, to jest ksiądz Robak, Jacek Soplica”. No tak było, wybaczyłam chłopakowi, potem fryzjerem został dobrym. Wybaczyłam mu tę KURWĘ, wybaczyłam mu wszystko i pomyślałam, że kiedyś w życiu może przeczyta, kiedyś w życiu sięgnie po tego Pana Tadeusza…

* * *

Drużyny harcerskie prowadziłam – jestem instruktorem harcerstwa, jeździłam na obozy z zuchami w latach 80-tych – 84, 85, 86 rok. Jeździliśmy do Drężna. Tutaj był szczep harcerski. Szczepową była Pani Janka Szymańska, już nieżyjąca. A my miałyśmy drużyny. I było dobrze, bo te drużyny miałyśmy w klasach. Nie było międzyklasowych drużyn. Czasami organizowało się lekcję wychowawczą i w tę lekcję włączałam zagadnienia harcerskie, bo harcerstwo jest bardzo wychowawcze – i patriotyzmu uczy, i wszystkiego uczy. To było takie dobre. I z tymi dzieciakami, jak przyszło lato, jeździłam na obozy pod namioty prawdziwe, bez prądu, kuchnia polowa, kibelek kopałam z nimi, z takimi zuszkami. Takie było zgrupowanie harcerzy. Jak mieliśmy dyżur całodobowy – służbę, to musieliśmy wszystko – i latryny poszorować, i w stołówce pomóc, ale sympatycznie było. I pieczony kartofel raz w roku i wyprawy po wiosnę tutaj do lasów naszych. Świetny kontakt mieliśmy z naszym Panem Leśniczym, nie pamiętam nazwiska.

* * *

Może więcej bym chciała im przekazać, ale cieszyło…