Maria Szućko

Data urodzenia: 29.03.1932 r.
Miejsce urodzenia: Niwno (Białoruś).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Konikowo (od 1946r.).
Zawód: sprzedawca, rolnik.
Zawody rodziców: rolnicy.
Zawody dziadków: nie wiem.
Kontakty z obcymi językami: niemiecki, czeski, rosyjski.

 

 

 

Po skończeniu wojny jechaliśmy do domu, już tam, na Białoruś. Wiedzieliśmy, że spalone wszystko, ale z nami jechał ojca brat, stryjek. I wracaliśmy do domu, bo on miał sporo tam złota, i ojciec gdzieś tam pozakopywali. No i on koniecznie, żeby do domu wracać. To była nie tylko męka, ale i bieda przy tym. Do Niemiec jak jechaliśmy to do takich dużych hal przywozili tych ludzi. To nie tylko my jechali tam, dużo jechało takich. I tak przyjadą te kupcy, popatrzą – dzieci. Po co takie dzieci do roboty? Ale później jakiś jeden się zlitował, w polu miał robotę, zabrał nas. Bo to takie Arbeitsamt, takie biuro pracy było. Zabrali nas, to znaczy stryjka i brata to nam zabrali od razu, a nas zostawili samych. I pracowaliśmy tam jeden dzień do wieczora. To snopki nam przynieśli, kanapki wtedy, pamiętam, Niemka przyniosła. Człowiek głodny, to by wszystko sam zjadł, ale nie da rady. Robiliśmy do wieczora i przywiózł nas z powrotem. Do takiej szopy wrzucił, a tam szczurów milion dwieście. Ale my tam na - pracowani, to spali. Później przenocowaliśmy w tej szopie i rano z powrotem Arbeitsamt ten, zawiózł nas. No i siedzieliśmy tam. A w tym Arbeitsamcie, to rano przywieźli kawę, napiło się i się siedziało. A tam była piekarnia i tak pachniało tym chlebem. Mój ojciec kiedyś się wymknął, to i bochenek dały, a my za nim. Podbiegli, rozkradli, nie ma chleba. To później dał drugi, to ojciec bochenek pod pachę schował i przeszli my. Siostrę i ojca zabrali, a mnie z bratem, jeszcze miałam młodszego, to zostawili. Tak było po tych pań - stwach rok czasu, ale nie wiem, jak oni się nazywali te Niemcy, bo to języka się nie znało.

A praca była taka: trzeba było wstać rano, to żeśmy z bratem wstawali po 4 i się szło do tej stajni, tam się robiło. On tam sprzątał, trzeba było pucyn na konia, oczyścić wszystko. Alles pucyn, to znaczy wszystko zrobić. A ja to krowy doiłam trochę. No i szliśmy spać przed 12 i już pobudka. Żeśmy byli tam rok czasu, ja z tym bratem. A później, nie wiem jak to było, może zobaczyli, że to dzieci za ciężko pracują. Bo tam u nich mieszkał taki Niemiec. Jak ja nieraz zamiatałam schody, to on tam pokiwał, jeszcze się przywitał, zawsze taki grzeczny był. I widocznie on naskarżył, że dzieci bardzo się męczą. I nas dołączyli później do ojca i do nich. To później żeśmy spali w takiej… komórka taka była. Czterech nas było. To już byliśmy do końca wojny. Koniec wojny było 9 maja, no i ten stryjek namówił, żeby koniecznie tam wracać.

Wybraliśmy się do domu, na Białoruś. Nie dość, że nas okradli, to później brata tego najstarszego za - brali, te Rosjanie już, dlatego że pojechał w Giermanię. Bo trzeba bronić Rosji, a nie jechać do Niemiec. No i za tą karę zabrali od nas tego brata starszego i jechaliśmy chyba z miesiąc czasu do domu. Wróciliśmy do domu, to po nas przyjechał wujek, matki brat. Znaczy przyjechał do nas do Stołpcy. W Stołpcy była taka stacja węzłowa, to było 20 może 30 kilometrów od nas. I zabrał do siebie. Przyjeżdżamy do domu, a tam nic nie ma. Z tym bratem, co ja cały czas byłam, jak zaczęliśmy płakać... A stryjek nas przywiózł do ziemlanki. Taka dziura w ziemi wykopana. Ojciec później chodził tak po znajomych i mówi tak: „Gosposiu…”, mówi. Ona: „Kazik, dałaby tobie chleba, ale gdzieś mi tam nóż zginął”. Nie mogła znaleźć noża. To ojciec przyszedł do domu i mówi tak: „Dzieci, ja już żebrować nie pójdę”. Ten wujek pilnował drzewo i my z tego właśnie drzewa zrobiliśmy później taką chałupkę, jak ja mam teraz chlewik, identyko, taką samą. Takie malutkie okienko, to ktoś dał tam.

I zrobili zebranie i mówią: „Jak Polak, to wyjeżdżaj do Polski”. I jak było to zebranie, to ojciec się zapisał, że do Polski pojedzie. To przyszedł do mnie jeszcze… „Dobrze tato, dobrze, po co tu siedzieć?”. Ale jak już brat wrócił, to ojciec już miał zapisane, to wtedy dawaj, się szykować. No i w 46 r. tu żeśmy przyjechali, w kwietniu już tutaj byliśmy w Koszalinie i już Wielkanoc była tutaj. I ojciec mówi: „Dziecko, ziemia wyżywi. Ziemia to matka”. Później poszłam po krawiectwie, a później w handlu pracowałam. Tak, wszystko umiałam tam: czy pruć, szyć czy łatać, wszystko.

* * *

Tam wszystko było swoje, bo myśmy krowy swoje tam mieli, jajka swoje, świnie, wszystko było swoje. Żeśmy biedy nie mieli, choć ojciec nas sam chował, ale biedy nie. Można było w sobotę do rana robić, ale rano do kościoła trzeba było iść, nie ma tego, że ty chory czy jakiś – do kościoła.

Ubranie, to samodziały były. Siało się len, konopie, z tego się robiło własne. To takie każdy miał swoje. Naprzędło się, robiło się. Trzymało się owce. Stryjek, co u nas mieszkał, to on miał swoją szafę, a matka to miała kufer.

Choroby to przeważnie suchoty mówili. Bo to jak gruźlica, te suchoty. Kiedyś Stefan, on miał padaczkę, nieraz grał na skrzypcach, to mu się zrobiło takie. Dziewczynki, koleżanki przychodzili, to pouciekały, a my go trzymamy, aż przejdzie ta padaczka. I znowu tańczymy.

* * *

Dużo biedy się przeszło. Dzisiaj może u mnie być chleb spleśniały, ale jak ja go kupię, to ja go muszę do końca zjeść. U nas ojciec, jak piekł chleb, to duże takie te bochenki i w piwnicy taka półka była, tak popostawiana, to nieraz spleśniałe i nie wolno było wyrzucić, trzeba było zjeść. Jak przyszli Niemcy, to kazały: „Raus!”. Worek, w worku trochę suchego chleba i tam już rzeczy byli naszykowane na śmierć. No i kazali, to ojciec założył konia. Rzeczy, coś się powrzucało, krowę przyczepiło się do woza i… A świnie tam, wszystko takie, to pootwierało się, żeby miały wolne i pojechało się. Raus i koniec. I jechaliśmy, dojechaliśmy do takiego Słobota, pamiętam. Z jednej strony góra i z drugiej. I pozabierali, tego konia i zabrali, a te tobołki, jakie masz, ten śmiertelny, to zabraliśmy.

 

Słownictwo:

samodział – tkanina z wełny lub lnu tkana na ręcznym warsztacie.

stryj / stryjek– brat ojca.

suchoty – daw. nazwa gruźlicy płuc.

ziemlanka / ziemianka – prymitywne schronienie wykopane w ziemi.