Franciszek Szczepanik

 

Fragment wywiadu z Franciszkiem Szczepanikiem.

 

 

Nazywam się Franciszek Szczepanik. Urodziłem się 6 marca 1942 roku w Słocinie, która była miejscowością podrzeszowską. Obecnie należy do Rzeszowa. Tam skończyłem szkołę podstawową, później w 1956 roku przyszedłem do Technikum Leśnego w Krasiczynie koło Przemyśla, które skończyłem w 1960 roku. Odbyłem wstępny staż pracy w Bieszczadach, w leśnictwie Baligród w miejscowości Jabłonki. Później zdecydowałem, że trzeba podjąć studia. W 1962 roku podjąłem studia na Akademii Rolniczej w Szczecinie. Wówczas była to Wyższa Szkoła Rolnicza w Szczecinie. Ukończyłem je w 1967 z tytułem magister inżynier rolnictwa, no i przeszedłem do pracy tutaj na teren Pomorza Środkowego. Oczywiście w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Odbyłem staż w Strzelinie, koło Słupska. Później przez rok byłem zastępcą dyrektora. Wówczas, kiedy były inspektoraty, człowiek nie wybierał sobie pracy, tylko dawano pracę. Dostałem dyspozycję przejścia na Grapice, w gminie Potęgowo, na dyrektora. Od 1969 roku pracowałem jako dyrektor Stacji Hodowli Roślin w Grapicach. Później po zmianach powstał Kombinat Potęgowo, 6 tysięcy hektarów, więc dalej pracowałem jako dyrektor tego Kombinatu. Wówczas zmiany następowały dość często. Tworzono kombinaty jeszcze większe, jak Kombinat Słupia – 45 tysięcy hektarów i Lęborski Kombinat Rolny – 26 tysięcy hektarów. Wtedy połączono 5 takich kombinatów. Przeszedłem do pracy do Mińska Mazurskiego, wówczas to było województwo siedleckie, gmina Dębe Wielkie pod Warszawą. Zostałem przyjęty na naczelnika gminy w Dębem Wielkim w 1979 roku. Tam z wojewodą siedleckim umówiliśmy się, że do 5 lat będzie to taki kontakt wstępny. Oczywiście była cała procedura przejścia, przyjęcie przez radę, przedstawienie się itd. Był tam wolny wakat naczelnika gminy, bo poprzedni odszedł. Przeżyłem tam stan wojenny.

Pracowałem tam jako naczelnik gminy do listopada 1980 roku. Podjąłem decyzję o wystartowaniu, bo miałem w zasadzie dość takiego sterowania ręcznego – wiadomo jak to było w gminach. W prasie ukazał się konkurs na dyrektora Państwowego Gospodarstwa Ogrodniczego w Piekoszowie, okolice Kielc. Taka szklarnia typu tutaj Sianów. Do tego 3 tysiące hektarów gruntu, taki PGR łączony. Była sytuacja taka, że (na ówczesne czasy to były miliony) było 50 milionów strat i pół roku było bez kierownictwa. Ogłoszono ten konkurs, tam się zgłosiłem i po tym konkursie do pracy. Złożyliśmy razem z wojewodą w Ministerstwie Rolnictwa trzyletni plan wyjścia z deficytu. W ciągu dwóch lat wyszliśmy na prostą, oczywiście po wielkich perypetiach trochę politycznych, bo chcąc coś zrobić trzeba było się komuś narazić. Po tych dwóch latach, kiedy wyszliśmy na prostą, po badaniu bilansu z wynikiem pozytywnym, na 5 milionów było zysków. Po badaniu bilansu przedstawiłem wojewodzie propozycję, że co prawda mieliśmy plan 3 letni złożony, mamy 2 letni z wyjściem, rozliczyliśmy się z Ministerstwem pozytywnie przed czasem i powiedziałem, że dziękuję za współpracę i odchodzę. Trochę takie zdziwienie było. W ramach porozumienia stron wojewoda wyraził zgodę na przejście do Strzekęcina. Czyli kółko się zamknęło.

Było tak, że dzwoniłem do dyrektora koszalińskiego przedsiębiorstwa i mówiłem, że jestem gotów wrócić do pracy. Wówczas propozycja była na Biesiekierz na dyrektora, ale po prostu nie zdążono na czas z mieszkaniem, więc ustaliliśmy, że przyjmę pracę w Strzekęcinie. Tutaj teren znałem, bo pracowałem jeszcze w koszalińskim Przedsiębiorstwie Hodowli Roślin. Zresztą później też w Zjednoczeniu, bo miałem stypendium fundowane ze Zjednoczenia PGR, także tu te tereny znałem. Wtedy Kić już był tutaj dyrektorem. Do zmian ustrojowych w 1989 roku pracowałem tutaj jako zastępca dyrektora.

Później już były następne zmiany. W Strzekęcinie likwidowano wszystko. 1989 był takim rokiem przełomowym, zakazano nawet produkcji. Przyszły dyrektywy, że po prostu żadnych kredytów nie będzie, to ma pójść do prywatyzacji. Myśmy tam uczynili różne takie zabiegi, m.in. ja występowałem do organu założycielskiego, do Ministerstwa Rolnictwa, żeby sprzedać mieszkania ludziom i pieniądze przeznaczyć między innymi na dofinansowanie zakładu. W tak dużym gospodarstwie jak Strzekęcino, bo to były: Strzekęcino, Niedalino, Dunowo, Giezkowo, 3 tys. hektarów, chcąc robić produkcję, trzeba zawsze zaciągać kredyt, a dopiero później plon sprzedawać i rozliczać się. Wówczas oprocentowanie kredytów było wysokie, miesięczne to było 30 czy ileś procent. Ministerstwo nie wyraziło zgody na transakcję, żeby można było sprzedać, ponieważ żaden przepis nie przewidywał sprzedaży mieszkań przez Państwowe Gospodarstwo Rolne. Wówczas naczelnikiem gminy był Łątkowski. Rada Pracownicza wspólnie z załogą opracowała pewne uchwały itd. Wyraziła zgodę, bo tak powiedziano przez Ministerstwo, że jedynie przez gminę, poprzez komunalizację można było te mieszkania zbyć. To nie ratowało zakładu, bo majątek komunalny przechodził na rzecz gminy. Podjęto taką decyzję w porozumieniu rady pracowniczej Stacji Hodowli Roślin i ówczesnej rady gminy, że te mieszkania przejdą na rzecz gminy. To było około 350 mieszkań. Zostało to skomunalizowane, czyli przejęto na rzecz majątku gminy i od gminy mieszkańcy ówczesnej Stacji Hodowli Roślin mogli kupić te mieszkania. Ponoć to trwa do dnia dzisiejszego, bo w dalszym ciągu jeszcze nie wszystkie mieszkania są sprzedane.

W 1990 roku została wybrana nowa władza państwowa, nowe przepisy, nowa ustawa o jednostkach terytorialnych. Powstała koncepcja, a potem ustawa o samorządach gminnych. W czerwcu 1990 roku odbyły się pierwsze wybory do rad gmin. Wtedy zostałem zgłoszony przez pracowników Stacji Hodowli Roślin w Strzekęcinie na radnego. Zostałem wybrany na przewodniczącego rady gminy. Pierwszym wójtem tutaj został Henryk Łątkowski, były naczelnik gminy. Pracowałem jeszcze do 15 maja 1990 roku, a w czerwcu przyszedłem na przewodniczącego rady. Jednocześnie trochę dorabiałem w sensie takim, że trzeba było z czegoś żyć. Pola leżały odłogiem, więc wydzierżawiałem część gruntów i uprawiałem ziemię do czasu podjęcia pracy już później jako wójt. W 1993 roku, nie pamiętam dokładnie, ale chyba w sierpniu był wybór w ramach konkursu na wójta, taki przyśpieszony. Tam były takie perypetie, o których niektórzy wiedzą. Sprawa pałacu w Strzekęcinie, Regionalna Izba Obrachunkowa tam robiła kontrole. Wtedy była decyzja o przyśpieszeniu wyborów. Rada wybrała kandydata z Bonina na wójta gminy Świeszyno. Nazywał się Krupka, był dyrektorem szkoły zawodowej, tej rolniczej. W tamtym czasie wójt współpracował zarówno z radą, jak i z zarządem. Były takie dwie instancje jakby – zarząd wykonawczy, którym kierował wójt i był zarazem przewodniczącym i rada uchwałodawcza. W skład tego zarządu wchodziło 6 osób plus etatowo wójt, jako przewodniczący. Zarząd był chyba przez 3 kadencje. Później w następnych kadencjach zmieniono przepisy. Zarząd był jednoosobowy, był nim wójt i on rozliczał się przed radą. Wówczas ten zarząd był wybierany w wyborach bezpośrednich, a kiedy był ten zarząd wieloosobowy, wójt był wybierany przez radę. Później na każdy koniec okresu obrachunkowego, budżetowego zarząd był rozliczany przez radę. To było tak śmiesznie, dlatego że radni byli w radzie, zarazem byli w zarządzie i niejako sami się rozliczali na sesji. Ja to nie bardzo mogłem pojąć, bo w zakładach, to było wiadomo, kto za co odpowiadał. Niby zarząd odpowiadał, ale w sumie zarządowi co można było zrobić? Nic, odwołać zarząd. Odwołano np. zarząd, ale ktoś radnym dalej został. Natomiast wójta można było odwołać i to w każdej chwili. Oczywiście przepisy dojrzewały, jeśli chodzi o samorząd, jeśli chodzi o Regionalną Izbę Obrachunkową. To wszystko na początku było tak proste, że w ciągu jednej sesji można było powołać wójta, odwołać wójta. Wystarczyło zrobić głosowanie, zrobić przerwę i po przerwie już nie ma wójta.

Wracając do pana Krupki. Pan Krupka nie bardzo umiał sobie ułożyć współpracę z radnymi. Wiadomo jak to było na początku, rada czuła się władna, tym bardziej zarząd. Jeśli chodzi o jakieś działania, które pan Krupka jako wójt chciał podejmować, to zarząd trochę oponował, bo miał inne zdanie. On jako były dyrektor szkoły był przyzwyczajony do tego, że jak postanowił, tak było. Natomiast władza wójta była nieco inna – polegała na współpracy, dobrym układaniu się z ludźmi, na przekonywaniu. Wiadomo, że tam był taki pęd, że my tu możemy wiele zrobić, ale do tego wszystkiego trzeba było zgodnie z przepisami, zgodnie  z finansowaniem itd. Na to można było, na to nie można było pieniędzy przeznaczyć. Tutaj były ostre starcia przewodniczącego zarządu z członkami zarządu. W związku z tym pewnego pięknego poranka zadzwonił do mnie jako przewodniczącego pan Krupka i poprosił żebym przyszedł do urzędu. Przyszedłem, on poprosił panią skarbnik i panią sekretarz. Miał taką bumażkę (pismo urzędowe – przyp. red.) i mówi:

–                    Ja tu zostawiam tą bumagę i chcę powiedzieć, że dziękuję za współpracę, już wójtem nie będę.

–                    Słuchaj, bo ty jesteś wójtem, jesteś przewodniczącym zarządu i jak widzisz, że nie ma współpracy i chcesz zrezygnować, to zmień zarząd – mówię. – Powiedz: to, to i to mi się nie podoba, bo stajecie mi naprzeciw. Nikt nikogo nie zatrzyma, ale to wszystko będzie zgodnie z prawem i kulturalnie. Po prostu nikt cię nie odwoływał.

No i faktycznie zostawił to wszystko i wyjechał. Najpierw poprosiłem, żeby zarząd przyszedł i mówię:

– Słuchajcie, nielegalnie was tu poprosiłem, ale chce wam oświadczyć, że macie notatkę zostawioną przez przewodniczącego zarządu.

Bardzo zdziwieni byli, trochę było takiego bałaganu. Radny Malinowski był kierownikiem w Strzekęcinie. Jak już nie było Strzekęcina, założył firmę gazową, zakładał gaz. Większość tego gazu zrobił na terenach Świeszyna i Strzekęcina. Oczywiście jako radny i jako dyrektor firmy on się czuł mocny, bo był przewodniczącym komisji rewizyjnej. Tutaj trzeba było podpisać umowy przetargowe na wykonawstwo. Tam powstała taka draka, no i dlatego Krupka wszystko rzucił, bo stawali mu naprzeciw. Na to pozwalały ówczesne przepisy, które tworzono dopiero. Facet nie wytrzymał i po prostu podziękował, odszedł. W każdym razie, za jakiś czas ja mówię, że trzeba coś robić, bo to nie może być takiego bezhołowia (brak porządku – przyp. red.). Trzeba się zastanowić, bo tutaj listopad 1993, a w maju 1994 kończyła się kadencja. Są zaraz wybory, a nie ma chętnego na wójta. W międzyczasie ja, jako przewodniczący rady, byłem upoważniony przez pana Krupkę do tworzenia Zakładu Gospodarki Komunalnej, który miał działać od 1 stycznia 1994. Wówczas jeździłem tam do Sianowa zapoznawać się, jak to funkcjonują statuty, to, tamto. Wszystko trzeba było przygotować po to, żeby przyjąć uchwałę jeszcze w grudniu, a od stycznia, żeby ten zakład mógł zafunkcjonować. W każdym razie rada mówi:

–                    No to, Szczepanik, na wójta cię wybierzemy.

–                    Dobra – mówię. – Ale słuchajcie, ja mam tu upoważnienie, tu zakładam ten Zakład Gospodarki Komunalnej z perspektywą na kierownika. Ja się w tym w sumie dobrze czuję, bo po prostu funkcjonowałem w organizacji, bo PGR to miał wszystko – od przedszkola, poprzez lekarzy, świetlice itd. Chcę to skończyć po prostu.

Już w międzyczasie funkcjonowały inwestycje, bo rozpoczęliśmy od gazociągów wówczas. W związku z tym doszli do wniosku, że będę wójtem i będę kierownikiem zakładu komunalnego do czasu wyboru wójta. Mówiłem, że ludzie się będą śmiać z nas jako rady. Pierwsza kadencja, niby podział władzy, niby tego. Była zwołana sesja, rada wybrała wójta i temat niejako został rozwiązany. Trzeba było trochę uporządkować te sprawy przetargowo, inwestycyjne. Zresztą miałem tyle starć z panem Malinowskim, bo zarząd zatwierdzał przetargi, a on był przewodniczącym komisji rewizyjnej, był w zarządzie itd. Po prostu wówczas te umowy, które miałem podpisane jeszcze przez wójta Łątkowskiego na te etapy inwestycyjne, to było podzielone – Świeszyno, Konikowo, Strzekęcino. Dzielono tę inwestycję, bo nie było pieniędzy, a po drugie trudno było przewidywać koszty itd. To wszystko się zmieniało. W każdym razie ja panu Malinowskiemu mówię:

–                    Słuchaj, tu wiele rzeczy trzeba będzie powtórzyć. Nie może być tak, że ty jako członek zarządu masz podpisaną umowę. Nie wiem, jak to było zrobione. To musimy jakoś wyprostować.

Po prostu robiliśmy niejako od początku umowy, nie jako unieważnienia przetargu, bo to trudno było unieważnić, ale po prostu, że tak powiem, prostowania niektórych spraw.

Pierwsza kadencja była bardzo burzliwa. Dopiero przyszły wybory w 1994 roku. Wówczas było 18 radnych, później się zmieniło i teraz jest 15. Ogłoszono wybory, zgłosiło się 6 kandydatów – była pani z ogrodów, Zyber, pani nauczycielka z Zegrza, był Kłos ze Strzekęcina, zgłosiłem się i ja. Rada wybierała wójta, więc było głosowanie. Wyszło w ten sposób, że 11 głosów otrzymałem ja, a 7 głosów zostało rozdzielone na tych sześciu. Tak że większość z tych zgłoszonych zagłosowała tylko na siebie, bo to byli radni. To był pierwszy wybór na wójta. Później wiadomo, to wszystko zaczęło się układać, wszyscy zaczęli się zmieniać. Regionalna Izba Obrachunkowa dojrzewała, bo dla niej przepisy powstawały. Nie można było tak powiedzieć, że odwołujemy wójta i już nie ma wójta. Zakres działalności rady się zmieniał, absolutorium, postępowanie odwoławcze itd. To pomału tak zaczęło dojrzewać, jeśli chodzi o te przepisy i zaczęło się to wszystko normalizować. Druga kadencja była taka bardziej uporządkowana.

Z takich ważniejszych spraw to jeszcze to, że nie przystąpiliśmy do Stowarzyszenia Parsęta. Ile ja miałem zawracania głowy na sesji przez Józka Rutkowskiego. On do dzisiaj chodzi za mną i mówi: „Franciszek dobrze zrobiłeś”. Był wcześniej orędownikiem przystąpienia do Stowarzyszenia Parsęta. Bo tam takie miliardy idą. Tam było 200 czy 300 milionów euro i do tego jeszcze tam udział gmin. Co ja się nagadałem. Jedna z sesji była taka, że ja powiedziałem:

–                    Naprawdę, jak przegłosujecie, że chcecie przystąpić do Parsęty, to ja w tym momencie mówię wam dziękuję, rezygnuję i odchodzę. Ile razy ja mam tłumaczyć? Mamy zrobiony gaz, mamy przejęte wyremontowane hydrofornie z PGR-ów, mamy prawie 100% ujęcia wody na terenie gminy, mamy mieszkaniówkę, kanalizację i co tam jeszcze trzeba. Przekazać wszystko, żeby oni czerpali z tego korzyści? Jak myśmy zrobili 70% wszystkiego, to te 30% procent zrobimy sami. A zobaczycie, że coś wyjdzie.

Jak robiliśmy kanalizację, to zrobiłem przetarg na Niekłonice, bo robiliśmy to etapami i w przetargu umieściliśmy, że jeśli wykonawca wejdzie milionem złotych do wykonawstwa na 3 lata, bez odsetek, to dostanie ileś tam tych punktów dodatkowych. No i Ekowodrol wszedł milionem złotych. To za milion, chyba tam 100 złotych, została zrobiona kanalizacja w Niekłonicach. Za 3 lata myśmy zwrócili ten milion złotych bez odsetek. Mieliśmy zrobione po prostu na kredyt bez oprocentowania i firma rzeczywiście porządna. Tak że to jest też mądrość rady, ale myślę, że rada rosła ze społeczeństwa. Mało tego, myśmy mogli sobie pozwolić, że wszystkim, którzy mieli szamba, płaciliśmy tak samo. Było 300 tysięcy złotych, ale wiedzieliśmy, że jemu się nie opłaca spuszczać do rowu, a po drugie, jak on ma wodę, to musiał się rozliczyć ze ścieków.

Tak samo jeśli chodzi tę drogę łącznie ze ścieżką rowerową. Dowiedziałem się, że zaplanowali tutaj drogę, inwestycję wojewódzką. To ja dzwonię do Władka, który był szefem sejmiku i mówię:

–                    Słuchaj, jeśli robisz taką inwestycję, to żal nie zrobić ścieżki rowerowej wzdłuż tej całej trasy. Koszalin, to wszystko jedzie nad Hajkę, na to, na tamto i bezpieczeństwo większe. Zrobisz dobrą rzecz dla gminy, a my się dokładamy. Bo prawda jest taka, że część ścieżki myśmy zrobili w ramach Gmin Pomorza Środkowego, ale jeśli my byśmy chcieli taką inwestycję, to nie zrobimy, bo musielibyśmy się z każdym rolnikiem dogadać, a ty w ramach specustawy zrobisz to, żaden problem. Będzie to wyglądało tak jak trzeba i już masz zapisane milion złotych.

Fajny człowiek, szybko odszedł, ale rzeczywiście on żył tam, chciał wiele rzeczy zrobić w tym województwie. Chociaż tam było, że Szczecin krzywo patrzył na tych, którzy przychodzili ze Świeszyna.

Ważną rzeczą było nie zadłużać się. Ile ja walczyłem z niektórymi na zebraniach. Początkowo w pierwszych kadencjach, to zebrania trwały do 1. w nocy. Nie szczędziłem czasu na edukację. Po prostu, ci ludzie mówili, że są pieniądze, to trzeba brać. Jak zrobimy, to się będziemy martwić. Ale już ostatnie zebrania, to już ludziom nie trzeba było tłumaczyć, co to jest budżet, dlaczego tak rozpisane, że musi być uchwała rady. Tu musimy sobie podzielić, żeby być stanowczym. Jak mówimy, że w tym roku robimy to, w tym roku to, tak jak robiliśmy ze szkołami. Szkoły nie były nasze, ale w Niedalinie budowaliśmy szkołę od podstaw, bo ta stara się rozleciała. Jak robiliśmy łazienkę, to dyrektorka mówiła, że dzieci w czasie lekcji coraz to chciały pójść do łazienki sobie popatrzeć, bo wcześniej wychodki były. Później Konikowo, bo dachówki leciały itd. Później Świeszyno, a z Zegrza dyrektorka mówiła, że ona się chyba nie doczeka. Ale ja mówiłem, że jak ja będę wójtem, to będzie miała. Na koniec miała szkołę i salę gimnastyczną. Taka przymiarka była do dużej hali sportowej w Świeszynie. Gdyby nie droga powiatowa, do której musieliśmy dołożyć 1,5 miliona. No ale w końcu z radą stwierdziliśmy, że trzeba zrobić tę drogę. Jak rzeczywiście się coś takiego kroi, no to trudno. Trzeba odłożyć tamto i zrobić to. No i bardzo dobrze, bo trochę inaczej wygląda ten chodnik, ta droga i bezpieczeństwo. Natomiast tłumaczenie ludziom, że Unia daje, ale Unia żąda. Jak się chce wziąć więcej pieniędzy, to trzeba po prostu wziąć kredyt, a my nie chcemy kredytu. Od początku jak tylko zaczęliśmy od sprzedaży pałacu w Strzekęcinie. Jeszcze byłem wtedy przewodniczącym. Ani złotówki kredytu.

Natomiast duże straty, trzeba powiedzieć, ponieśliśmy jako państwo, jako ludzie poprzez nieudolną politykę nieruchomości rolnych. W Strzekęcinie była biblioteka publiczna gminna, tam za lasem. To była świetlica gminna. Tak samo świetlica w Dunowie, tak samo świetlica w Giezkowie. Agencja przejęła i my chcieliśmy to jako gmina przejąć. Nie, zniszczyli dokumenty. Aż się pozałamywało, trawa w środku rosła i wtedy my mówimy, że to wstyd. Przejęliśmy to i za jakieś drobne grosze w przetargu żeśmy sprzedali, bo z tego nie można było nic ciekawego zrobić. Wiele rzeczy zmarnowano. W Dunowie żeśmy uratowali, ale to na zasadzie takiej, że część pieniędzy żeśmy dostali od agencji, część własnych i to około 120 tysięcy kosztował nas ten remont. Wiele rzeczy zostało zmarnowanych na zasadzie takiej, że trzymano do końca, bo agencja zrobi. Na dzisiaj można powiedzieć, że gmina jest piękna, gmina jest mądra, gmina jest blisko Koszalina. Tylko nie wiem, kiedy oni otworzą ten kawałek drogi.

Tak tu miało być pięknie. Czego tu nie będzie, jak nas Koszalin przejmie, tak obiecywali. Ja tu miałem być wiceprezydentem, bo to miała być dzielnica. Powiedziałem, że dziękuję bardzo. Ja już byłem naczelnikiem, byłem wójtem, a już prezydentem nie chcę być. Wiele ciekawych rzeczy było, ale przed nami też jeszcze wiele będzie ciekawych rzeczy. Z tym, że ludzie muszą być cierpliwi, nie żeby na skróty pójść.

To co się dzieje od góry, spływa później na samorządy. Jeśli samorządy się nie obronią jako samorządy, to będzie kiepsko. Jak ludzi próbuje się skłócić poprzez politykę, robienie takich zabiegów, jak robienie monopoli warszawskich, sięganie po zmiany w ordynacji, to nic dobrego nie wróży. Jak coś zostało dokonane, to nie możemy stawać na tym i mówić, że dość, już więcej robić nie będziemy. Bez wspólnoty gminnej, wspólnoty krajowej, europejskiej nie zrobimy nic, zepchną nas na inne tory Unii Europejskiej, a na to się kroi. Na pewno samorząd nie może się odizolować z układu krajowego, to na pewno. Mało mieliśmy tej samorządności? Coraz to więcej zabierano, a coraz więcej dawano zadań. W takim układzie, jak nie będzie środków, to samorządy staną w miejscu.

Gdzieś jest dokument, że w Plebiscycie Krajowym Gmina Świeszyno była na pierwszym czy drugim miejscu w kraju w inwestycjach. Zrobiono inwestycje kanalizacyjne, to szczególnie, był gaz, była woda, kanalizacja, później trochę dróg zrobiono, tych dróg już nie mamy takich złych. Powiat musi łatać drogi. Można było powiedzieć, że chociaż pod samym miastem, to taka sympatyczna gmina. Ludzie do rzeczy i można jakoś funkcjonować i żyć.

Strzekęcino znałem od 67 roku, bo wtedy zacząłem pracę. Bardzo mi się podoba, jeżeli chodzi o wybrzeże, tutaj północ, a cała rodzina na południu, Rzeszów. Tylko ja jestem na północy. Żonę też mam stamtąd i nie wyobrażamy sobie bycia gdzie indziej, niż tutaj, zwłaszcza w Strzekęcinie. Wieś ta zawsze była ładna, w tej chwili też jest bardzo ładna, dzięki dobrym przekształceniom, które szły w PGR-ach. Wtedy Wójcik przyszedł, on już nie żyje, przyszedł na likwidatora w Strzekęcinie. I mówiliśmy sobie, że Strzekęcino musi być uratowane, bo ma osiągnięcia, jest perłą w hodowli ziemniaka. Tak naprawdę Bonin miał mniejsze wyniki niż Strzekęcino. Jak przyjeżdżali z zagranicy Duńczycy, Holendrzy do Bonina, to przyjeżdżali też do Strzekęcina. Strzekęcino było częściej odwiedzane jako hodowla niż Bonin i miało większe osiągnięcia. Uratowanie Strzekęcina jako tej hodowli, to dzięki Wójcikowi. Udało się uratować, a nawet powiększyć, bo teraz jest Pomorsko-Mazurska Hodowla Ziemniaka, łącznie z Olsztynem pierwsza najważniejsza prowadząca hodowla, bo ma 60% materiałów wyjściowych do krzyżówek ziemniaków. Druga koło Bydgoszczy ma 40% materiałów wyjściowych. To są dwie hodowle, które funkcjonują. Przy dobrych zabiegach można wiele uratować, ale można też zniszczyć.

Jeżeli chodzi o samorząd gminny, patrząc z boku, jeśli chodzi o gminę Świeszyno, nie ma się czym wstydzić. Mało tego, mamy wiele zalet, sukcesów. Jak przejeżdżają przez Strzekęcino, to mówią, że ładnie, to też dzięki samorządowi. Gdyby nie samorząd, gdyby nie gmina, te wszystkie przełączenia, remonty, ocieplenia, krycia dachów by się nie udały. Trochę pieniędzy ze Szczecina dostało się na zasadzie dobrej współpracy Gminy. Tak patrzę na to Świeszyno, takie piękne budynki dostało się po Niemcach, zagrody całe. Ile się mówiło, że budynki ładne, drogi też, Urząd Gminy, GOK? Natomiast perełki tego typu, jak za rozlewnią ta osada potężna, tam nic nie trzeba, tylko trochę farby. Teraz wszystko ładnie ogrodzone, są ładne zagrody itd. Jak się przejeżdża przez Świeszyno, to widać to wszystko. Jest krzyżówka, mamy prawie rondo, mówię prawie, przeniesione pod szkołę, ale docelowo w projekcie było, żeby było bezpiecznie.

Ja sobie chwalę dzisiaj Świeszyno. Obszedłem trochę światu, ale wróciłem tutaj na wybrzeże, bo ja się tutaj dobrze czuję, a jeśli chodzi o Świeszyno, to zawsze mówię, że innej takiej gminy po prostu nie ma. Wiele trudnych rzeczy przeszliśmy na zasadzie ugody, zgody, porozumienia. Gdyby nie to, to Świeszyna by nie było. Układ jest taki, że tyle lotniska miało być i w końcu zdecydowano, że lotniska nie będzie. Świeszyno ile traci? Milion. Ja się już nie chcę wypowiadać źle w stosunku do Mikietyńskiego, niech mu tam ta choroba ustępuje, ale co ja się temu człowiekowi nagadałem. Na dzień dzisiejszy to już 15 lat nie mamy podatku od lotniska. Ja mówiłem Mikietyńskiemu, że powiat występował do Ministerstwa Obrony Narodowej z pytaniem, co będzie z lotniskiem w Zegrzu Pomorskim. Odpowiedzieli, że lotnisko w Zegrzu Pomorskim jest w dalszym zainteresowaniu MON, a czuwać ma nad tym Agencja Nieruchomości Wojskowych. Podpisał umowę z Agencją, zapłacił 100 czy ileś tam złotych, zatrudnił tam 6 chyba ludzi, którzy na rowerkach jeździli na tym lotnisku. Nie wiem, co tam się dalej dzieje. Przyjdzie czas, kiedy rzeczywiście będą chcieli robić lotnisko, no to będą robić. My nie mieliśmy nic przeciwko temu, bo do lotniska ma trzech dostęp: gmina Świeszyno, na której jest terenie, powiat, na którego terenie jest lotnisko i Stowarzyszenie Gmin Pomorza Środkowego. Mówiłem Mikietyńskiemu, żebyśmy czekali po prostu. Jeśli oni nam zapłacą podatek, to niech robią, co chcą. Ludzi oszukiwali, bo co wybory, to mówili, że będzie lotnisko. Dopiero ze 2 lata temu powiedzieli, że lotniska nie będzie.

Mieli ekipę, Miąsek, Bieliński itd. Zebrania były robione, żeby przyjąć gminę Świeszyno do Koszalina. Większość ludzi na tych zebraniach myślała trzeźwo i nie dała się przekonać. Czego oni nie obiecywali, co nam dadzą. Akurat jak zaczęli robić zebrania, to ja byłem na urlopie. Mnie tam chyba dwa zebrania ominęły, ale pozostałe zebrania, na których byłem to mnie podbudowały. Ludzie byli trzeźwo myślący, że my sobie damy radą bez Koszalina. Radni, który poprzyjeżdżali, bo jak tu były spotkania, to przyjeżdżali z Koszalina, z Raduszki z Sarzyna i mówili wprost, żeby nie dać się ogłupić. Mówią:

–                    Wy tu tyle zrobiliście, kanalizację macie. Gdybyśmy nie dali Sarzyna, mielibyśmy kanalizację.

Nawet jak Nycz tu był, to przyniósł mi kopertę. Przyjechał do Strzekęcina, jakaś okazja na mszę była i on mi kopertę daje. Otwieram kopertę, a on napisał, żeby gmina wyraziła zgodę na włączenie seminariumdo kanalizacji. Bo Koszalin odpowiedział, że to jest kolektor Świeszyna.

Ale nadzieja jest ostatnią, która umiera. Nawet jeśli, że tak powiem, coś będą majstrować koło samorządów, to samorządy okrzepły na tyle, że się nie dadzą. Małe gminy, to się nie liczą, ale są to stowarzyszenia tych wielkich miast, te prezydenckie. A gminy chyba w dalszym ciągu są stowarzyszone i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Oczywiście będzie gnębienie różnymi sztuczkami finansowymi, to nie ulega wątpliwości. Ale jeśli chodzi o prawa, to trzeba będzie walczyć, innego wyjścia nie ma. A w tej walce liczą się przecież ludzie.

Ja do końca byłem z ludźmi, pracowałem z ludźmi i będę w tym środowisku. Dla stanowisk nie chciałem tu handlu prowadzić gminą. I się tak złożyło, że nie spełnił swoich obietnic. Ja nie przynależałem do żadnej partii i później występowałem jako wolny strzelec. Uważam, że głupotą jest wykorzystywanie ludzi do swoich celów. Mnie żadna partia nie pomagała ani nie przeszkadzała. Ale potem bez przerwy, że Świeszyno jest be, bo nie chce przyłączyć się do Koszalina, nie chce dołożyć się. Jak spotkałem się z kimś w Koszalinie, to słyszałem, że nie chcemy lotniska, przeszkadzamy Koszalinowi. A ja mówiłem, że przecież my czekamy, kiedy będzie to lotnisko, bo to będą pieniądze.

Nie można się poddawać. Świat jest szeroki i oby tej Unii nie zawężać, niech ludzie jadą w ten świat. Byliśmy zaściankowi, ciemni. Jeszcze to trochę trwa. Jak nieraz poszedłem do szkoły na różne imprezy, to zawsze mówiłem:

– Kochani, wy doczekaliście pięknych dni. Możecie powiedzieć, że jedziecie do Stanów, do Europy, gdzie chcecie. Ale należy pamiętać: nauka, nauka, nauka. Nie kończyć edukacji na szkole podstawowej, zawodówce. Studia można kończyć nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Macie świat otwarty jak nigdy.