Zofia Sarnowska

Data urodzenia: 3.07.1929 r.
Miejsce urodzenia: Rawa Mazowiecka

 

 

Ja wszystkie zawody mam, i nic. Pracowałam w sklepie jako ekspedientka, to raczej mam takie handlowe wykształcenie, że ukończyłam taką, w tym kierunku. A tak to panie i na gospodarstwie pracowałam. Jak żeśmy tu przyjechali, to mąż pracował, ja się domem zajmowałam a potem... bo ja tu przyjechałam z Rawy Mazowieckiej, my przyjechali to mieszkałam w Świeszynie trzy lata, na kolonii - tam moja siostra mieszka - Różyło. Tam żeśmy mieszkali na tej kolonii, a później wyszłam za mąż, przyszłam tutaj i od '48 roku tu mieszkam.

* * *

Urodzona i mieszkałam do wojny w Rawie, a potem bomba strzeliła akurat w '39 roku w nasz dom, bośmy mieli własny dom... Poszedł w powietrze. Poszliśmy do babci, bo gdzie mieliśmy iść. Ojca zabiło, matka z nami dwiema i mieszkałyśmy u babci 2 kilometry, tam na wsi. Jak w '45 roku szedł front, spalił się dom i jakie wyjście? Trzeba było na zachód jechać, to tam pół wsi przyjechało, tam do Świeszyna, i mama z nimi... Ja później wyszłam za mąż, przyszłam tu. No tam dużo ludzi przyjechało z nami, bardzo, tylko wszyscy nie chcą, to tam powyprowadzały się, to też policja była u nich na wywiadzie, ale była w domu, a mnie tu wzywali. Tu na Jedności, wezwali mnie bo oni mnie znaleźli gdzieś w Złotowie. A ja w Złotowie ani nie mieszkałam, ani nawet przejeżdżałam przez Złotów. I mnie nie mogli znaleźć, dali na posterunek, żeby mnie szukali, no i mnie znaleźli, i wezwali mnie. I tam ich troche objechałam, później ten policjant życzył mi żebym żyła sto lat, a ja mówię: „Panie, 5 lat mi pan zabrał, będę żyła 95”. To oni tylko się mnie pytali, czy mieszkałam w tym Złotowie, ja mówię: „Nie, nie mieszkałam, ani rodziny tam nie mam, nikogo”. No to instytut się do nas zwrócił, że panią znaleźli. No to mówię: „Do cholery, to już się nie mogę przejechać tylko...” I wie pan no, tydzień naprzód mnie dali, dali jako świadek poszkodowany, ale u nich to dzisiaj jesteś świadkiem, a za godzinę jesteś winowajcą, i ja im nie wierzę, bo ja znam życie trochę.

* * *

I siostrę ze Świeszyna też policjanci nachodzili. Byli u niej. Też w sprawie Złotowa i w innych sprawach, ale siostra jeszcze młodsza była to ona tam... Ja to taka byłam, obrotna, dużo większa, chociaż miałam 12 lat, ale tak jakoś inaczej, a ona to była taka zawsze dziecinna... To ona tam mało coś... wątpię czy ona co mu tam powiedziała.

* * *

A ja tak jeszcze panu powiem, między Łodzią a Warszawą jest miasteczko zwane Rawą. Tam żeśmy u babci mieszkali, babcia miała tam swój dom, ale później się spaliło w wojnie, bo tam w wojnie front przechodził, i nie było gdzie się podziać, to powyjeżdzało. Tam akurat pół wsi się spaliło. Ta wieś to była tak, ja panu powiem tak, a tak była szosa na Warszawę i Pilicę, Nowe Miasto. I tam właśnie, później Niemcy tędy uciekali, a ruskie za nimi. Niemcy jeszcze tu byli, a ruskie już tu byli. No i wtedy tak, tam się strzelanina otworzyła i się wszystko paliło. No a wojna, to co tam było. Wojna, wojna to była bieda. Trzeba pamiętać '41 i '42 rok, to był głód niesamowicie. Ja jak byłam u ciotecznej siostry, tam pasłam krowy, to tam jeszcze się pożywiłam, ale ona panu dała dwa ziemniaki, a troszkę mięsa wołowego. Bo mieli gospodarkę dużą, i tam zabijali co jedno się skończyło, jakaś jałówka czy byki, to drugie. Panie, ja jestem tutaj ponad 60 lat, i ja wołowego mięsa nie kupiłam ani razu. Ja mówię: „Weź to mięso, wyjmij jeszcze dwa kartofle”. „A skąd Ci wezmę?” Tam myśmy u babci mieszkały, to po sąsiedzku były z Poznania wysiedlone, one wszystko Niemcom donosiły, tam Niemcy u nich przesiadywały, przyjeżdżały. I tam co się działo na wsi, to tam wszystko się wiedziało. Mnie też, taka była rówieśnica, mnie i dziewczynkę mieli, 4 panny, jedną dziewczynkę. I ta dziewczynka przyszła i mówi: „Zosiu, uciekaj, bo po Ciebie mają tu przyjść”. I ja wtedy przez drogę do ciotki, pod żłób weszłam do krowy i tam się schowałam, a Niemcy za mną. Szukali mnie tam, ale sie nie domyślili, że ja tam pod... Przychodzi mamusia i mnie wyprowadziła, 15 kilometrów myśmy szły polną drogą, do ciotecznej siostry pod Skierniewice zaprowadziła, tam żebym tutaj nie była, bo jak oni juz chcieli mnie wywieźć to znaczy, że będą mnie pilnować, no jak to po sąsiedzku było. Jak myśmy szły z mamą to się okazało, że Żydzi nas minęli. Żyd i dwie Żydówki, koniem jechali, a myśmy szły przez pola, ale trzeba było kawałek wyjść i kilometr iść drogą, żeby skręcić tam do tej miejscowości. I najechali pijane chyba te Niemcy, dwóch wysiadło z taksówki, ta jedna Żydówka była tak wysoko w ciąży... Jezu, jak oni bili... Matko Boska! Dziecko 11 lat, i to musiało patrzeć... Przechodzili, i ten leciał taki okrwawiony Niemiec z taką pałą i tak szarpał. Ja zaczęłam płakać. Mama mówi: „Nie płacz, bo powiedzą, że jest Ci ich żal”, ale my się nie obejrzeli. Później mama wracała, bo mnie tam zostawiła, to już nikogo tam nie było. No widzi pan, takie zdarzenia miała wojna, jako dziecko. Ale później mama, dla partyzantów, wujki skupywali świnie, krowy i mięso oni zabierali, a ta reszta tłuszcz na skwarki ze słoniny to oni zostawiali, to już później biedy nie było. Tylko, że wujki to lubili sobie wypić, to później mama też raz co dzień popijała, ale przyjechała tutaj na zachód to już się odzwyczaiła. W '46 przyjechali my tu do Świeszyna a w '48 wyszłam za mąż i przyszłam tutaj w październiku.

* * *

Niedalino wspominam bardzo dobrze, ja z początku chowałam dzieci to tak się nie interesowałam. Jak w sklepie byłam, to bardzo dużo Niemców tu było, to trzeba było Niemców obsługiwać, bo przecież tylko jeden sklep tu był. Bo to nie był ten sklep co stoi teraz, tylko u Szostaka był. Ja wchodziłam tam w szczyt tego budynku, tam był magazyn i sklep. To ja byłam z pięć razy tam w sklepie, a później wzięła po mnie jakaś pani sklep i zrobiła 50 tysięcy manka, ja urodziłam już drugie dziecko, prezes przychodzi, pyta: „Chodzi Sarnowska, chodzi, ile będziesz mogła chodzić?”. Dzieci dwoje, a ja sklep. I tak jak mąż przychodził, bo robił w elektrowni tu na Hajce. To z dziećmi byłam, bo i tak otwierali ten sklep i tak... I później znaleźli sklepową, to ja z pięć razy chodziłam do tego sklepu. I tak, kto zrobił manka? Sarnowska chodzi, a później zostałam sołtysem, byłam 15 lat, 35 lat jak byłam, a 50 lat zachorowałam na serce. I juz córki się zaczęły, mam dwie dziewczyny i syna, syn tutaj mieszka, on na górze, a ja tutaj dół zajmuję. No i tego...

* * *

Z początku to nie mieszkałam tu, bo tak, za trzy miesiące myśmy mieszkali, tam gdzie Góral ma tę połówkę domu, przez zimę. Później myśmy tu przyszli. To akurat, myśmy w niedzielę sie tu przeprowadzili, bo to w '48, a w '47, to była ta akcja „W”, i tutaj w Niedalinie to prawie wszyscy, no mało którzy są z innych miejscowości, w wszyscy tam z Rzeszowa, Sanoka, ale ja byłam 15 lat sołtysem, i ja na tych ludzi nie narzekam, jest bardzo dobrze z nimi, z nikim się nie skłóciłam. Panie ja odeszłam z sołectwa, z nikim się nie kłóciłam, z nikim plotek nie miałam, bo plotek bardzo nie lubię, i tego... No i później zachorowałam na serce, i zostałam w szpitalu, to musiałam te sołectwo zdać. Oni byli na wschodzie, gdzie ta banda Ukraińców grasowała, ale ja w to nie wnikam bo tam nie byłam, wie pan co, ja już jestem mały pionkiem, to już nie nam sądzić. Mnie bynajmniej... No, ale widocznie musieli ich tutaj na zachód. Tu każdy skądś przychodził, to patrzył za ziemią, bo jak masz kawałek ziemi to znaczy że będziesz żył. I tutaj ludzie się obsadzali, tam w Świeszynie, w tych gospodarkach. W Niedalinie to były tylko ogródki - 1 hektar, 0,5 hektara, był młyn czynny, tartak, elektrownia czynna, PGR był czynny, gorzelnia, także było się o co zahaczyć, ale tu jeszcze pracowali Niemcy. To myśmy jak przyszli w '50 roku jak w sklepie byłam, to jeszcze pełno Niemców tu było. A ten dom już dawno byłby zajęty, wie pan? Tutaj nie było nic, tylko buda dla psa i ten dom. Bo on był w wojnę postawiony, Niemcy pracowali we wojnie, nie mieli mieszkania. A tu ten właściciel, co tu był ze Strzekęcina, on tam wszystkie młyny, tartaki, majątki miał pod swoją ręką, no i on dał im tu taki kawałek nieużytku. Syn kupił traktor, bo nawet wiaty nie może postawić, żeby postawić pod dachem, bo tu jest już las, i tu nikt nie chciał do tego domu przyjść. Mąż popatrzył i mówi, że może jakiś pomiar będzie, może coś trochę przewidział. Całą wojnę był w Niemczech na robotach tych przymusowych. A później przyszedł, no ale tak pomału, pomału na początku to trochę żeśmy gospodarzyli, jak ja dzieci chowałam małe, to była krowa, konie, wszystko było. Chociaż ja nie z gospodarki, a trzeba było konia zakładać i jechać w pole. A miałam 11 lat starszego męża od siebie, on nie rozumiał słowa, że nie umiesz. Nie umiesz to się ucz. Ja musiałam i bronować, to, co się na polu robi nauczyć, kosić. Tutaj ci co przyjeżdżali to jeszcze sierpem żęli i owies też, ale później już się nauczyli kosą. Ci młodzi to już inni, bo te młode pokolenie to inaczej się wychowywało, niż ci starsi co przyjechali. Niektórzy to tacy zamożni przyjechali, niektórzy to biedni.

* * *

Jak tu przyjechaliśmy to jakiś księgowy z młyna był taki Polak, ale taki stary kawaler. On ma jakąś dziewczynę, też taką starszą w Koszalinie. Mąż zapytał się, czy będzie. On powiedział, że nie będzie, bo on wyjeżdża do Koszalina. Jak mąż był w Niemczech to złożył podanie, ale później trzeba było płacić za to, ale oni i tak się scwanili, bo jak trzeba było płacić to nie płacili pieniędzmi. A oni co roku brali i patrzyli jak zboże kosztowało i przeliczali na pieniądze. Jak zboże szło do góry, to trzeba było więcej zapłacić. Ja jak byłam sołtysem, i ja zobaczyłam, ile ja jeszcze tego dopłacę, no jeszcze trochę by było. Ja mówię do męża biorę „pieniądze i wszystko pospłacam, bo nie będzie końca z tym płaceniem”. No i tak było. To ileś tam kwintali zboża było, to było przeliczenie na pieniądze. Wie pan, jak syn chciał te płoty stawiać i to niedawno, tutaj zakładali telefony, gaz tutaj na podwórku ciągli, tutaj za bramą jest przecież, to nasz dom nawet nie był w geodezji, tylko ten słup elektryczny tam stał, więcej nic nie było. No ale tutaj był tylko ten dom i buda dla psa.

* * *

Jako sołtys Niedalina starałam się, żeby płoty były, żeby domy były jakoś tako poszykowane. Dzisiaj sołtys nie ma żadnych obowiązków, a ja musiałam wiedzieć jak psy szczepili, to musiałam wszystkich zawiadomić, i musiałam stać przy psach żeby wiedzieć, czyje, jakie. Ja nie potrzebowałam czyj pies jest, żeby ktoś mi powiedział, bo ja znałam każdego psa, bo ja chodziłam. Był taki Chrząszcz, to on nawet taką książkę o mnie napisał. Pisał: „Nasz sołtys, już po wsi leci i patrzy czy gdzieś nie leżą śmieci”. Ja wszystko wiedziałam co się działo, kto miał studzienkę, kto nie miał, ile psów było. Przyszedł lekarz szczepił świnie, ludzie chowali, a dzisiaj nic. Zobacz pan, czy ktoś kury ma. A tu były konie, krowy, świnie. Trzeba było zaszczepić. Przyszedł kominiarz, to trzeba było z nimi iść bo kontrol, milicja przyszła, kontrol po wsi, czy jakiś blachy pod kuchnią są, jak podłogi. Ja wszystko musiałam wiedzieć. Ja chciałam, żeby były domy pomalowane i płoty żeby były. Każdy płot był inny, z desek, a to takie jeszcze poniemieckie. Taki był kawaler stary na końcu wsi, on już umarł - Fenicz. A oni, Ci ludzie, to tacy ambitni są. Mówię: „Panie Fenicz, ogródź pan siatką płot, jak zobaczą, że u pana będzie, to będą zazdrościć, i będą takie robić”. I tak było, jakbym przewidziała... Ogrodzone było, chałupy pomalowane. A gdzie coś nie było, jak coś zobaczyłam to pół żartem, pół tak, i nakręcałam ludzi. A za to dostałam, dzisiaj to może sołtysom trochę płacą, mnie to sto złotych płacili - kiedyś sto złotych na kwartał, to dzisiaj jest... Trzy złote to było, to tyle mnie płacili.

* * *

Zawsze wójt, który był to mówił tak: „Pani Sarnowska, pani tu się stara, tutaj żadnych skargów ni ma na wsi”, bo jak tu jakie kobiety się kłóciły, jak to kobiety, to szłam i godziłam. Bo i w kolegium też byłam przecież. To chodziłam mówiłam: „Jak wam nie wstyd, żebyście poszli na kolegium, a ja pójdę i będę was sądzić”. Panie, poprzepraszały, że mnie kolegium nie poszły, ja się nigdy nie skarżyłam, że to, że tamto. Dziewięć było, ja dziesiąty sołtys w gminie, to zawsze wójt mówił: „Bierzcie przykład z kobiety, ona skarży się na kogoś? Nie”. Mi nieraz sama Ciechowska mówiła: „Nie ma to jak pani była”, a ona przyszła i myślała, że tak będzie jak będzie. A ja co sobota się przeszłam - czy pozamiatane na szosie, czy wyczyszczone, wygrabione ona tam na podwórku miała. A teraz nie bardzo. Tam jej trawa... A ja mówię: „O pani, to pani się wyróżniać nie będzie, i proszę żeby to było sprzątnięte.” To ona mi tu kiedyś wspominała to. Jak ktoś sie u nas poskarżył tu na kogoś to poszłam, zwróciłam uwagę, ale nigdy nie powiedziałam, kto mi to mówił, bo nie chciałam, bo po co się mają kłócić. Tutaj była taka jedna kobieta, też anonimy tutaj bardzo pisała. I takie wyzwiska panie były... Coś okropnego. Wzięłam ten anonim i poszłam do prokuratora. A on mówi tak: „Pani, co wy byście tutaj zrobili”. No to tutaj Czyżykowa powiedziała, że mówi jak się dowie kto to zrobił, to mi to widłami przybije nocą. Panie, dochodziłam, dochodziłam i doszłam do tego kto to zrobił. Spotkałam te kobietę na drodze, akurat ze sklepu szłam, i mówię: „Jeszcze raz pani napisze anonim, to panią zabije, zakopię tam w taki dół, tam pod górką, tam będzie pani leżeć, chce pani tego? Ja też nie chcę”. I skończyło się. Ona była później, bo ja już nie dawałam rady, ona była koło gospody, i ona tam piosenki przepisywała, i ja jej zabrałam i porównywałam. Litery były nie takie jak trzeba, ale podobne, i kuzyna mam w Warszawie, inżyniera oczywiście, on doktorat ma. Dałam mu, a on mówi: „ Zosiu, taki grafolog był piętnaście tysięcy, a kto ci zwróci, ja ci mogę to wziąć, żeby on porównał, tylko tak między nami", a ja mówię: „Dobra”. On wziął porównał i mówi: „Patrz jak trafiłaś, mogłaś być grafologiem".

* * *

Ona pisała to no na tych właścicieli. To jest nie do opowiedzenia w sumie. To brzydkie wyzwiska jakie na świecie. Takie wyzywanie. O Jezu! Ja ją raz spotkałam w kole gospodyń, i mówię to, żeśmy z kobietami się zeszlim, i ja mówię, że ten co pisze te anonimy to ma nie po kolei w głowie, jest niedopieszczona baba, bo jakby była dopieszczona to by tym mięsem, tym ciałem nie rzucała w anonimach. A ona rzuca, znaczy, że jej tego brakuje. Miała męża, tylko, że on miał kochankę! I ona wiedziała, tylko jej nie wolno było się nic odezwać.

* * *

W kółku gospodyń wiejskich spotykałyśmy się, a później założyłyśmy takie koło śpiewacze Jagody. Jeździłyśmy po wsiach, po dożynkach, potem śpiewałyśmy. Tam trzy zostały z tych kobiet, to jeszcze tam jeżdżą. A przedtem była „Liga kobiet”, to myśmy te sztuki robiłyśmy. Jedna to się nazywała „Niziny”, to nas było dosyć sporo, ale musieliśmy się za mężczyzn przebierać, ja to byłam jako adwokat, jakiś facet miał tu spodnie, oficerki. I panie, nikt mnie nie poznał, że ja kobieta jestem. I tych drugich też było trudno poznać, i też po wsi jeździli z tym. W Zegrzu żeśmy byli z tymi „Nizinami”, to ładna sztuka była, ale muszę panu powiedzieć, że kiedyś mieliśmy małe dzieci, ci ludzie byli tacy nie zgrani, z innych stron, ale tak żeśmy sie wszyscy rozumieli, ani żadnych plotek, ani nic. Mieliśmy wolną chwilę to żeśmy szli na próby, a dzisiaj jest inaczej. Panie, już w kole gospodyń było inaczej. Ja to zawsze skąd odchodzę, to odchodzę z podniesioną głową, żeby ktoś mi nie powiedział czemu ta „stara baba" siedzi w tym miejscu, czy po co ona tam jest. Panie, trzeba wiedzieć kiedy stąd wyjść i kiedy stąd się wycofać. I niech pan zawsze moje słowa pamięta, zawsze, skąd, kiedy ma wyjść... Nie paląc mostów i zawsze z podniesioną głową wyszedł, a nie ze spuszczoną głową! Panie, ja jak byłam sołtysem i było szczepienie psów i  stoimy tam przed bramą, bo to chyba technik był, nie lekarz i patrzę leci pod górkę tchórz. Ja mówię, że jak leci w dzień to musi być niezdrowy - raz, ja mówię jak pójdzie pod drzewo, to będzie... schyliłam się po kawałek kamienia, i mówię: „Ma pan, niech pan rzuca w niego”. A on mówi: „Pani, ja taki celny nie jestem, ja nie trafię". Rzuciłam w niego, panie jaki ja cel miałam, jakby to było w innych czasach, to bym chyba pierwsze miejsce miała. I panie, trafiłam go, ja chciałam go jeszcze raz uderzyć. A on nie dał, tylko kazał mi worek przynieść. Przyniosłam, wzięłam takie dwa patyki, włożyłam go do worka, i mówi: „On do badania”, a ja: „No to weź!’. A on piernik nie dał do badania, tylko wziął skórę oprawił, dopiero mięso dał... I się okazało że tchórz był wściekły. I później ten kierownik lecznicy, przyjechał tu przepraszać, że tak postąpił, jako pracownik, i mówi, że musiał brać zastrzyki. I mówi, że poszedł na chorobowe, miał niepłacone, a ja mówię: „Panie, mnie to nie interesuje!”. Tylko po co on mnie w konia robił i powiedział, że ja to wzięłam. Panie, z sanepidu tu przyjeżdżali, a ja musiałam oświadczenia pisać, że się tego nie dotykałam. Panie, ja to jestem taka przezorna. No, takie zdarzenie miałam! Mile wspominam jak byłam w sklepie, miło wspominam jak byłam sołtysem, przecież nie byłam rok, ani dwa, tylko byłam piętnaście lat. To zdawałam, jak już byłam tak naprawdę chora, na serce. Po mnie to chyba... O Jezu! Co rok się zmieniają.

* * *

Sołtysem byłam od 1964 r. do 1979. Piętnaście lat miałam, tak akurat! A Chrząszcz, też był sołtysem, ale on później, jak ja byłam sołtysem, to on był podsołtysem. On kiedyś przyszedł do mnie... „Moja poezja ponadczasowa”, „Proszę przyjąć ten tomik poezji, w dowód szacunku i długoletniej przyjaznej znajomości, życzę wielkich łask Bożych ze wstawiennictwem św. Jana Pawła II, Pani oraz osobą bliskim pańskiemu sercu - Wacław Chrząszcz"

* * *

            Tutaj te góry, co tutaj wszystkie są, to myśmy uprawiali, tu się pracowało... Tam trzeba było kartofle, tutaj świnie, bo świnie się miało, później żeśmy wszystko zlikwidowali i poszłam do pracy, poszłam do sklepu też. Mąż siedemnaście lat temu zmarł, on był piętnaście lat starszy ode mnie. Tutaj pracowałam, a później w Zaspach. Potem mama przyszła do mnie na miejsce gospodarstwa, tutaj mama zmarła, no to ja poszłam do młyna, bo mam blisko, to mama leżała tutaj jakiś czas. Potem córka wyszła za mąż, jej mąż poszedł w Polskę, zostawił dziecko, ona poszła do pracy, a ja brałam na portierkę dziecko i chowałam. Dziesięć lat w młynie na portierni pracowałam, i tak chowałam to dziecko, jak już poszło do trzeciej klasy to poszło do matki, bo tu już szkoły nie było. To poszło do matki do Koszalina.

* * *

            Mam trójkę dzieci. Dwie dziewczyny - jedna w Koszalinie, druga w Bielicach i syn, to ze mną u góry jest. Mam sześć wnuczków, i sześć prawnuczków, a najstarsza prawnuczka ma już dwadzieścia cztery lata. W Koszalinie studiuje.

* * *

            My mieliśmy tu dwa hektary własne, a potem dzierżawa była. No i potem te pole żeśmy zdali, po tym polu pięćset złotych emerytury, tylko że mam po mężu dwa tysiące. Ja miałam swoją emeryturę, bo ja też pracowałam, w sklepie, w młynie. Za samą ziemię pięćset złotych, no ale suma sumarum, to pięćset złotych trochę działa. A co pan myśli, że ja potrzebuję tej Ameryki? Ja czterysta złotych na leki wydaję. Ja takie leki bierę na cukier, i takie opakowanie kosztuje dwieście złotych, a na serce to płacę sto, ale znalazłam taką aptekę co sto złotych, a tak to trzysta. Tu wszyscy nie wiedzą ile chcieć, na kim te apteki żerują? Na chorych ludziach... Panie nie wszyscy dwa tysiące pincet mają, bo ja tutaj se gotuję, jak pan widzi kuchnię mam, to mam pokój, tu jeszcze mam taką werandę. Tutaj śpię, a całe zatrzymanie to je tu, tam mam jeszcze jeden pokój, ale im oddałam bo... trzy pomieszczenia… Ale wiem, że tam są u góry, wiem, że ktoś tu jest, nie? Chociaż tu jedna taka kobieta przychodzi do mnie, ja jej płacę, ale ona przyjdzie obiad ugotuje, zje bo przyjdzie z pracy. Jak trzeba okna umyć, to posprząta raz w tygodniu, poodkurza. A tak to przyjdzie kawę wypije i pójdzie, no ale dobre i to, przynajmniej ze mną posiedzi. Synowa jak jedzie do Koszalina, to pyta się mnie czy czegoś mi nie trzeba, także ja do sklepu nie chodzę.

* * *

Pracowałam w młynie. Panie, było bardzo ciężko tam, tylko że ja jestem tam bardzo osobista w pracy i ja się tam ani nie zdrzemłam, ani nic. W sklepie to jest mój żywioł. Bardzo się dobrze czułam w sklepie. Tylko, że męża takiego miałam, że musiałam głowę spuszczać jak on był w sklepie, bo nie wolno było się uśmiechnąć, ani rozmawiać bardzo, on był zazdrosny bardzo, a panie to jest choroba, nie życzyłabym nikomu! Nie dawałam mu żadnego powodu i nic... ale to jest choroba, to trzeba leczyć. Małżeństwo musi ufać sobie, bo jak już z kimś się rozmawia, to już coś jest? Później się zestarzał trochę, to już dał mi spokój, ale jak już byłam sołtysem, to też tak trochę sfolgował, przecież na kursy jeździłam jako sołtys, w Dąbkach sołtysi byli, to też tam tydzień byłam, panie to można na głowie stawać jakby człowiek był takiego gatunku. To fakt, że ja lubiałam dużo gadać, ale to wszystko musi mieć ręce i nogi. Na tych kursach atomy nam tam pokazywali, jakby w razie wybuchły tam, później nam ziemie tam pokazywali jak uprawiać, jakie tam nawozy, to się zapisywało, ja do dzisiaj nie wiem jaki nawóz do ziemi dać. Panie, jak od dziecka człowiek nie jest rolnikiem, ale jak maż pojechał raz do sanatorium, trzeba tam powiedział, że zasiejesz nawóz pod ziemniaki, będziesz i obredlisz, ja wiedziałam jaki, ale sobie mówię do syna tak: „Edek, a jak nie ten myśmy wsiali?” Ale ten. A mąż to pracował tu trzydzieści parę lat w elektrowni.

* * *

Mąż był z Włocławka. Oba myśmy razem tu po zamęściu przyszli. A tam w Świeszynie to on był u swojej siostry i myśmy się zapoznali. Wieńczak chyba. Tak, Wieńczak siostra się nazywała, ale nie żyje już. Myśmy się tam zapoznali. Panie, mój mąż tylko chodził trzy tygodnie do mnie, widział pan takie małżeństwo? Miłość! Nie, nie było, ja nie kochałam swojego męża, ale z biegiem czasu się przyzwyczaiłam i było dobrze. Ja miałam chłopca, którego naprawdę kochałam, taką miłością dziecinną jeszcze, 17 lat jak tutaj na zachodzie, i Panie, i coś myśmy się chyba pogniewali, i ja powiedziałam mu tak, że wyjdę za dziada, a ciebie nie chcę. I akurat panie szłam na zabawę do Świeszyna z sąsiadami, takie młode małżeństwo było, i mąż wracał z zabawy i mówi: Nie chodźcie, bo ruskie jeszcze były w Strzekęcinie, tą całą zabawę to biją pasami, ile kto im wejdzie pod rękę, i myśmy się wrócili i mąż z nami, i on zapytał mnie się wtedy, czy on może do mnie przyjść. Ja jeszcze nikogo nie wygnałam, to przyjdź i ty. Ja jakoś z tym chłopcem się pogniewałam. No i przyszedł. To była niedziela, a w czwartek myśmy poszli do zapowiedzi. Ja jeszcze się dobrze nie pocałowałam z nim, od niedzieli do tego czwartku. Ja chciałam chłopcu temu zrobić na złość, ślubu żadnego nie będzie, ja sobie tak uplanowałam, ja miałam 18 lat. To był rozum? Ja na te zapowiedzi ja mówię „nie, nie pójdę”. W czwartek nie poszłam, umówilim się osobno, ja pod kościół tam do Koszalina. I ja nie poszłam. I on później nas w sobotę, wziął od swojego szwagra konia i bryczkę, i potem my pojechali i pojechalim razem i musiałam dojść do tej zapowiedzi. Daliśmy na zapowiedzi i na sobotę ślub. I sąsiadka przylatuje do mnie i mówi : „Zosiu, chodź, bo mi się krowa urwała i nie mogę, i w ciąży była”. Ja poleciałam do niej, a to nie krowa była, tylko ten chłopak był. Panie, jak my się oba złapali i ja płakałam i całowaliśmy się, a za 2 godziny ślub. A moja mama i siostra nie dawali mi spokoju: „Zosiu on do ciebie nie pasuje, Zosiu zostaw, Zosiu…” Ubrałam się, pojechałam i wzięłam. Ale kościelny. Bo można było wziąć bez cywilnego i kościelny był nieważny. A ja mówię tak – pobędę trochę z nim i odejdę… Mama w dniu ślubu powiedziała, że nie słuchałaś mnie przez trzy tygodnie to teraz ubieraj się! A co mama powiedziała, to u nas było święte, pojechałam i wzięłam kościelny, a kościelny można było wziąć bez cywilnego, ale wtedy sam kościelny był nieważny. I ja mówię tak: pobędę trochę i odejdę od niego! Ale że ten chłopak dowiedział się, że wzięłam ślub i wyjechał, i do dzisiaj go nie widziałam, bo gdybym go widziała to nie wiem jeszcze jakby było. Dopiero za rok czasu, w sierpniu się urodziła córka, a jak zaszłam z drugą córką w ciążę, to on mówi „to idziemy brać ten ślub, bo znowu nie będę chodził przepisywał”. No i wtedy dopiero wzięliśmy cywilny. O takie moje życie było. O tak nawywijałam trochę, no ale, to tego chłopca naprawdę kochałam, ale.. Później z biegiem czasu, mąż to taki zazdrosny był, bo wiedział że ja go nie kocham, czy co, no ale ,ale tak to był pracowity, spokojny i nie pijak, a ja bardzo pijaków się bałam, i wie pan kogo jeszcze? Który bardzo lubi kobiety mężczyzna, to chyba ja na to zwracałam uwagę , bo ja ojca miałam bardzo przystojnego i lubił kobiety i mama go rzuciła. No ale widzi pan, 51 lat żeśmy przeżyli, to dużo, nie? Jak nie z miłości się wychodzi, to dużo. Ale wie pan, w miłości trzeba mieć jeszcze rozsądek, sama miłość to nic nie daje. A jak się troszkę lubi, to ta miłość też przychodzi. Panie, ja panu powiem, trzeba się szanować w małżeństwie, bo życie takie krótkie. 51 lat z nim przeżyłam.

* * *

Wie pan co, że ja chleba nie wyrzucam, tylko składam. I tu od siostry chłopak przyjeżdżał, i zabiera dla kur i świń, a chleba nie wyrzucam. Ja łacha, to też obejrzę go sto razy czy on, jaki on jest, to jeszcze przeszyje, to jeszcze to, to tamto, maszynę krawiecką mam, jeszcze na drutach robię swetry. W tym roku to jeden sweter i jedną kamizelkę zrobiłam, a w tamtym roku to zrobiłam 8 swetrów i 8 kamizelek. Ja wszystko szyję, ja się nie uczyłam, ja sama z siebie tak. Córkę mam krawcową, taką zawodową krawcową, to tak podglądałam ją trochę. Z początku gdy nie wiedziałam jak, to szłam do niej i ona mi wykroiła taki format. Teraz na imieniny kupiła mi spodnie, takie wycieruchy. Panie, ja nie lubię, jak mi coś kupują, bo mnie nie dogodzi. Całe spodnie poprułam i zszyłam po swojemu.

* * *

Myśmy zawsze mieli po 20, 30 uli, to tu pszczoły były i mąż zmarł to zostało 6, to ja do tamtego roku trzymałam te 6 uli. Panie, to ja z tymi pszczołami, to ja z początku, to mąż tam był przy ulu, a ja tylko miodu odbierałam i trzepałam. Ale tam do środka to on nie puszczał, bo on po swojemu robił, ale jak już był taki starszy, to Panie, prędko zachorował na nerki, 3 tygodnie i chłopa nie było. I jak on umarł, to było w listopadzie, ogaciłam ule, a na wiosnę trzeba było wyczyścić tam wszystko, przejrzeć, a ja nigdy tego nie robiłam. Panie, jak otworzyłam ten ul i wyczyściłam, i jak tysiące tych pszczół wyleciało z tego ula, to ja zostawiła i uciekła. Przyszłam do domu, a nie ma się jak kogo zapytać, co tam zrobić, no ale przecież nie mogą być otwarte te pszczoły. Poszłam, wzięłam taką podkurzarkę i podkurzyłam. One tam do środka weszły, no wyjmuję te ramki, oglądam, przejrzałam wszystkie ule. Sąsiadek był taki starszy facet, pszczoły miał tu na górce i poszłam do niego się zapytać. Trochę mi pomógł, choć niechętnie. Zrobiłam w ulu nadstawkę, bo to ule były pojedyncze, a tu niektóre takie długie, wielkopolskie ule. Tam ramkę włożyłam, tam siatkę znalazłam, włożyłam te siatkę pod spód, żeby te robotnice nie weszły, bo te robotnice nie wejdą, tylko matka, żeby nie weszła, bo matka by zaraz czerwiła. „No to dobry uczeń z pani był” mówi sąsiad, tak tylko powiedział, a więcej nie powiedział nic. I miałam miód. To całej rodzinie dawałam za darmo. Wczesną wiosną to się takie paski kupowało, wkładało tam, żeby odkazić te pszczoły, żeby nie chorowały, bo one tam chorują na warozę. Panie ja to bym tu panu to dwa dni o pszczołach gadała i bym tu nie skończyła.

* * *

Panie, słyszał pan jakiego męża miałam, przecież on nie rozumiał, że jest coś, co nie umiałam zrobić, bo nie rozumiał tego, że, Panie tutaj pielęgniarek nie było, on chorował na żołądek, bo na dwunastnicy miał wrzoda, to zastrzyki trzeba dawać, mamie trzeba dawać było, to dziecko jak któreś zachorowało, to na pieszo szłam do Zegrza, żeby dać zastrzyk, żeby przerwy nie było w penicylinie. Ja mówię, że przecież pielęgniarki z nieba nie przyszły, żeby uczulać to się uczyły, to czego ja mam się nie nauczyć. Panie, miałam w Słupsku kuzynkę lekarza. Pojechałam tam do niej i mówię „pokaż mi jak się daje zastrzyk” no i pokazała mi jak. Panie, ile ja to igieł matce, ile ja się zastrzyków do dawać najeździłam, cały ród braci chorował, to ja, mąż motorek tu kupił, żebym mogła dojeżdżać. I panie, dał kto parę groszy na benzynę to dał, nie dał, to wiedziałam, że nie ma, to nawet nie brałam, bo ja nie szłam tego zastrzyku dać, że ja nie miałam za co chleba kupić. I tak było. Ale potem jak już tu pielęgniarki, to jeden facet był na raka chory, to pogotowie przyjeżdżało raz dziennie, przepisywało morfinę, bo tak nie wolno było na dłużej, mnie wołali i ja zastrzyk, ja przez dzień to tam pięć razy, później to raz, bo to już końcówka raka, to już, co godzinę, co pół godziny trzeba było chodzić, mu dawać morfinę to tego… I Panie, nawet świniom dawałam, jak były chore, i krowom dawałam, jak były chore. Panie, wszystkim dawałam. Ja miałam dobrą rękę. Tutaj koło sklepu teraz mieszkają Ćwiki, tam takie Fachnery mieszkały wtedy, to nie każdego do obory puściły, a mnie prowadzi do obory, bo ja nie zazdrościłam, bo ja nie mam w sobie zazdrości, wie pan, ja nie rozumiem co to jest zazdrość, ja nikomu nic na świecie nie zazdroszczę, bo jak ja będę pracować, mi się coś podoba, nie można mieć takie same jak pan, ale można podobne. Nigdy na świecie nie zazdrościłam nikomu. To jedną mam zaletę.

* * *

Jedną zaletę? Jeszcze skromność, Wie pan, nie ma ideałów na świecie, prawda? Nie ma, każdy ma jakieś. Ja to mam te zaletę, że jak miałam coś powiedzieć, nawet prosto w oczy mówiłam, a nigdy poza oczy. Wie pan, trochę w formie grzecznej, trochę żartami. I nikt się nie gniewał. Wie Pan co, nie chwalę się, ale ja kocham ludzi, ja kochałam ludzi, ja życzliwa byłam dla ludzi, tylko nie wszyscy byli życzliwi dla mnie, ale Panie, ja dzisiaj tutaj dwie, państwo przychodzi i tu jeszcze jedna taka do mnie. I spotkam się z nimi serdecznie. Ja z każdym sie serdecznie, ja z nikim sie nie koleguje. Ja znam ludzi od skóry, nie od stóp, od skóry. Ja ich szanuje, wszyscy mają zalety i wady i trzeba to panie wszystko uszanować. I chyba dlatego mam zdrowie tyle lat. To takie zdrowie to zdrowie, ale najważniejsze, że mi rozum nie zabiera i to jest najważniejsze, bo tam, że życie to nie wszystko jest proste jak się żyje. Ja Panu coś powiem. Ja kocham wszystkich, szanuję wszystkich ludzi. Nikomu niczego nie zazdroszczę. Dzisiaj, żeby przyszedł ktoś do mnie i chciał cokolwiek. Przyszła jedną pani do mnie i tak ja akurat na drutach robiłam, ja mówię „pani, ile ja tu swetrów narobiłam”, tak jak do Pana teraz mówię, o Jezu, wyciągnęłam jeden sweter – „ma pani”, a przecież co to da. Panie, włóczka nie kosztuje 50 zł na ten sweter, żeby zrobić. Przyjechała synowej mama i mówi: „Zosiu, tyle tych swetrów masz, a ja nie mam ani jednego”. „Masz, przecież do grobu nie zabiorę tego wszystkiego”.

* * *

Jest jedną jabłonka kolo domu, ona ma takie wspaniałe jabłka, trochę późniejsze jak papierówki i one spadają, takie, ja nie mogę na nich patrzeć, nazbieram, przyniosę, może ktoś przyjdzie, może ktoś weźmie. Ta przyjdzie - nie, ta nie, a na co mi, ja sobie słoik kupię dżemu. No Panie co z tym wiadrem, obieram. Tu borówka jest, też narwę borówki, łącze, robię dżemy, 200 słoików dżemu zrobiłam. I dzisiaj się proszę ludzi, żeby ktoś wziął ten dżem, bo szkoda. Ja bym poszła do lasu, dół wykopała i zakopała te słoiki, ale trzeba kopać, a ja nie mogę, a ja mam jeszcze za dół płacić? Ten nie, bo się odchudza, ten nie, bo coś. Jak tu przyszłam do Świeszyna, mając 16 lat, wzielim gospodarstwo 6 hektarowe, całą wojnę było nieobrabiane, to Pan może wiedzieć, jak myśmy żyto zasiali, to z zielska tylko kłosy było widać, ale trzeba było to skosić. Tam było 10 gospodarstw, na tej kolonii, to byli mężczyźni, a u nas była tylko siostra młodsza o dwa lata, jeszcze do szkoły w Świeszynie chodziła. I mama i ja. To mama za mną podzbirywała, a ja kosiłam razem z tymi chłopami. 9-10 chłopów było i ja musiałam z nimi nadążyć, bo za mną kosili. Był jeden Ukrainiec tam po sąsiedzku mieszkał, nawet nie chciał bardzo przyjść i mama go wzięła na noc do domu, bo z dzieckiem był i tak. I on zobaczył jak ja koszę. Pan myśli, że ja też wiedziałam jak się kosi. Całe życie się człowiek uczy rozumu i głupi umrze. A Ty bierz przykład z tego, że człowiek musi się uczyć, musi zaczynać i próbować robić, bo nie wiesz co Cię w życiu spotka i jakie jest życie. A życie jest przewrotne i jak nie umiesz go za głowę złapać to zginiesz. Jak przyszłam, to mąż też uczył sie dopiero zawodu energetyka. Syn jest w szkole energetycznej, ale Panie - 59 lat ma, jest na emeryturze i lata pracy ma 42. A lat do emerytury nie ma i jest na kuroniówce i bierze 600 zł. No i jak to jest? Tylko, że oni jak szedł na emeryturę, to ich tam wyposażyli dobrze, to Panie, to tam druga rzecz, ale widzi Pan, wszystko polikwidowane. Panie, jak tylko ktoś narzekał na tamte państwo, że było źle, bo myśmy się chwytali wszystkich robót jakie na świecie były, mąż to pracował w zakładzie energetycznym, w młynie robił na pół etatu i w tartaku na pół etatu. Ile był w domu? On jak wjeżdżał na podwórko, jak ja byłam w domu, to już obiad na stół stawiałam, bo on tylko prędko żeby przestygło i już go nie ma. I dzisiaj też nie jest źle, nie narzekam, że mało mam emerytury, że nie mam za co leków kupić, ja chodzę po lekarzach, ja nie chodzę na państwowe, ja chodzę prywatnie, płacę. Jak u tego cukrzyka, to płacę 120 zł za wizytę, ale ja wszędzie, do kardiologa płacę. Zahaczyłam się o wiadra, upadlam tu na ramię i nie mogłam tej ręki ruszyć. Chodziłam do ortopedy, dawał mi tu blokady, 6 wzięłam, płaciłam 110 zł, ale to jest warte. Syn mówi tak: „Chodź, tyś tak pracowała na wszystkie fronty, nie będziesz w poczekalniach siedzieć, idź, nie będziesz miała pieniędzy, to ja Ci dam”. A mi tu się wczoraj pralka zepsuła do prania, dzisiaj poszedł, kupił drugą. To nie to, że reperuje czy coś. Panie, zrobił w tym lesie tego drzewa, nie ma kto przywieźć, ten nie ma traktora, ten jest, to nie ma koła, traktor nie ma przyczepy, ten nie może. Poszedł, kupił traktor, postawił, jeść nie woła, bo koniowi to trzeba dać jeść, a to...

* * *

Jak siostra moja mówiła: „O Jezu, tu mnie boli…". To ja jej odpowiedziałam: „Chodzisz? Chodzisz! To podziękuj Bogu za to, co jest". Wie Pan, jakie Pan Bóg daje choroby! Niech daje, jakoś zniosę, miałam 3 operacje, wszystkie przeżyłam. Żeby mi rozumu nie zabrał. Ja jak byłam w szpitalu, jak były tam plakaty ludzi takie, ja stale tam byłam przy nich, ja wiem gdzie co leży i co jest. I mnie jak zaboli – to ja wiem co jest, ja sama leczę więcej, jak mnie lekarze leczą.

* * *

Pan mnie spytał, jaki ja mam zawód? Wszystkie i nic. Trzeba zastrzyk - dam, trzeba kosić - koszę, trzeba konia ubrać - ubiorę. Do sklepu iść sprzedawać - idę. Kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję. Chwała Bogu!