Lubomir Polechoński

Data urodzenia: 18.03.1943 r.
Miejsce urodzenia: Wojtkowa (Bieszczady).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Chałupy (od 1965 r.).
Zawód: mechanik maszyn i urządzeń rolniczych.
Zawody rodziców: ojciec – rolnik, pracownik PGR-u, matka – gospodyni domowa.
Zawody dziadków: rolnicy.
Kontakty z obcymi językami: rosyjski, ukraiński.

 

 

 

 

Janina: Jak byłam dzieckiem, w 48 roku, moi rodzice wyemigrowali, to znaczy się wyjechali, tak jak to dawniej mówili, z tamtych rodzinnych stron na ziemie zachodnie, właśnie w okolice Wrocławia. Tam żeśmy byli. Ja co prawda dopiero dotarłam do nich w 50 roku, jak miałam pójść do pierwszej klasy, bo wtedy zaczynałam dopiero szkołą podstawową. I właśnie między innymi tam byliśmy ładne kilka lat. Później ojciec wyjechał, został delegowany w olsztyńskie z kolei. To była Wysoka Braniewska, powiat Braniewo, pod samą ruską granicą. Tam byliśmy, ale niedługo. Tam były okropne zimy w latach pięćdziesiątych, jak ja pamiętam. I później przyjechaliśmy właśnie tu, w koszalińskie. Później bardzo młodo żeśmy się pobrali, mieliśmy po 18 lat, byliśmy dzieciakami, ale na tamte czasy byliśmy, uważam, bardzo tacy dojrzali, a teraz jak się patrzy na osiemnastolatków...

Mam cztery córki i dwóch synów. Sześcioro dzieci wychowałam, dlatego właściwie zawodowo... owszem pracowałam w kółku rolniczym przez 20 lat jako magazynier maszyn rolniczych. Oczywiście bez wykształcenia w tej mierze, po prostu znałam się na tym i byłam dosyć bystra w tej kwestii. I przepracowałam bez wykształcenia właśnie 20 lat jako magazynier. Dopóki się nie rozpadły kółka rolnicze w 96 roku. Długo nie pracowałam, no bo oczywiście dzieci, nie było warunków takich, że przedszkole, że to, że tamto.

Jak żeśmy z olsztyńskiego przyjechali, tam gdzie poznałam męża, to przyjechaliśmy do takiej miejscowości Sowno, to jest w powiecie sławieńskim. Stamtąd później tu żeśmy przyjechali, do Świeszyna. W pierwszej wersji jeszcze w ogóle mieszkaliśmy na Włokach, a później mąż, jako pracownik kółka rolniczego, dostał właśnie to mieszkanie i tak jesteśmy już ponad 40 lat tutaj, w tym domu. Tu wychowałam dzieci praktycznie wszystkie. No i jak przeszłam na emeryturę, nudząc się, założyłam zespół Jarzębiny, które działają już 11. rok.

Lubomir: Myśmy wyjechali w czterdziestym piątym roku w maju, to była taka akcja Bug, akcja Wisła. Wyjechaliśmy właśnie tu, na te ziemie zachodnie, bo mego taty brat i siostry pojechały na Ukrainę, a ojciec się zdecydował tu, na zachód. Tu nas... koleją jechaliśmy, jechaliśmy i wysadzili nas w Sławnie, musieliśmy już wysiadać, i ze Sławna przywieźli nas do Borkowa – jadąc ze Sławna tą trasą na Święcianowo, Lejkowo.

Tam już ojciec zaczął pracować w PGR, ale coś mu tam nie wychodziło. Później przeprowadził się do Witosławia, też niedaleko. Tam pracował, czterdziesty szósty, czterdziesty siódmy rok dopiero to było. I stamtąd też, coś tam mu nie wychodziło, więc przeprowadził się do Sowna i tam już w Sownie został do końca swoich dni. Tam on pracował, tam żeśmy się wychowywali. Ale mamy nie miałem, bo w 50 roku, gdzieś pod wiosną, mama umarła, mając 35 lat, na raka. Białaczka tak zwana. No i tata znał taką kobietę, tam jeszcze z tamtych stron, i ona też była wdówką, i tak żeśmy się przy niej wychowywali, trzy siostry, ja jeden, jedynak. Tata pracował, ja tam chodziłem do szkoły 7 lat, bo w 57 roku kończyłem, do Powidza chodziłem, taka miejscowość 4 kilometry stamtąd. I tam była siedmioklasowa szkoła, więc tam tylko 7 lat chodziłem, a 8 klasę kończyłem w tym Sierakowie, gdzie teraz są ci Hobbici (Wioska Hobbitów w Sierakowie Sławieńskim – dop. MS).

No i stamtąd, jak już skończyłem, to trzeba było się trochę dokształcać. Zdałem egzamin do zawodówki w Koszalinie w 58 roku albo dziewiątym. Tam było kilka specjalności, były: ślusarstwo, mechanizacja, kowalstwo. Ja chodziłem do takiej, to było rzemiosł budowlanych, coś takiego, no mówię, to było kupę lat temu, nie pamiętam dokładnie. Bo później nas przenieśli na Racławicką do tej szkoły, tam dopiero Zasadnicza Szkoła Rzemiosł Budowlanych powstała. Tu chodziłem rok, a resztę poszłem tam. No i 2 lata chodziłem, a później nie dało rady, bo to była 3-letnia, zakończyć. Ja byłem taki za bardzo leniwy, no i po 2 latach przerwałem. Poszłem do PGR-u do pracy. I tam trochę pracowałem i później właśnie z małżonką się poznaliśmy. No i takie tam było.

* * *

Lubomir: No u nas był, a u mnie nie, takie: stryj, stryjo, bo tak w gwarze ukraińskiej, to stryjku albo stryjo. Szwagier, to owszem, jeżeli był, to szwagier. Wujo, tak mówili, wujo, nie?

Janina: No tak mówili, ale ja już tej wielkopolskiej gwary to raczej mało pamiętam, bo mam zaniki. Mam kuzynki, jeszcze bliższe niż moje siostry, i tak jak trochę z nimi pobędę, to moje córki śmieją się ze mnie, że jak wrócę po dwóch dniach, to już zasuwam tą gwarą wielkopolską. Z kolei na co dzień się tego nie mówi. Bo jeszcze jak rodzice żyli, to też tam nigdy nie mówili, mówili tak normalnie, prawda, więc to się zapomina. Jak z nimi się spotkam, to już poznańska pyra na cztery fajerki.

U nas tam w poznańskim, to pamiętam, mówili na pokoje izba. Izba, to tylko pamiętam. Ja pamiętam od dziecka, od zawsze światło, zawsze woda, te sprawy. Mało tego, jak wyjechaliśmy na te ziemie odzyskane, tam we wrocławskie i mój ojciec został kierownikiem w takiej miejscowości Przerzeczyn-Zdrój, to była miejscowość uzdrowiskowa, to ona jest do dzisiaj tam. Owszem, jak na lata wczesne pięćdziesiąte, to żeśmy mieli normalnie wodę, ubikację, wszystko skanalizowane, bo poniemieckie mieszkania zastaliśmy, także ja nie pamiętam jakiegoś takiego wychodka, jak to się mówi. Bo zawsze mieliśmy te wszystkie sprawy w domu. A tutaj to tak. Tutaj żeśmy kanalizowali dopiero w latach 70.

* * *

Lubomir: Jak kiedyś jadało się takie ziemniaki na jednej takiej misie, to siadało się, tylko z łyżką, czy tu jakiś barszczyk, czy tak coś innego. A teraz każdy delikatny musi być. No, ja pamiętam, jadaliśmy w taki sposób.

Janina: Cukierki piekłam. W domu mama robiła i ja później też. Nasze dzieci też robiły, te starsze dzieci. Normalnie na patelnię się sypało cukier, dodawało się najlepiej słodkiej śmietanki i jeżeli chciało się kakaowe, to kakao się dosypywało. No i tak się roztapiało ten karmel, bo to też było trudno ucelować, by on był kruchy. Bo nieraz to był taki twardy, że można było sobie zęby połamać. Ale nieraz się udało, jak się wylało na talerz i jeszcze taką gorącą tą masę zdążyło się pokroić w kostkę, to takie jak krówka kruche były. Ciasto to kiedyś tylko drożdżowe się piekło. Później były modne babki, owszem, babka piaskowa. Teraz się raczej tych babek nie piecze, bo teraz takie różne wymyślne ciasta są, że naprawdę głowa boli.

Lubomir: W Sownie był taki piec chlebowy potężny. I sobota jak przychodziła, to w Sownie czuć było sam chleb, bo wszystkie kobiety piekły chleb w tym piecu na tydzień. W takich dużych, ładnych blachach, szerokich. To już od rana palili. To jedna rodzina upiekła, to druga. I tak od rana do wieczora w tej wsi było czuć zapach chleba.

Janina: Jak makaron się robiło, bo dawniej to się robiło swój makaron, bo, nie było takich makaronów jak w tej chwili, to najwyżej, jak była taka kuchnia, dawniej węglarka, to się piekło te placki, takie podpłomyczki, i rzucało się co zostawało z ciasta, i się piekło. Na przykład moja siostra, co mieszkała na Kujawach, ś.p., to ona mówiła na to blatka i zawsze byłam zdziwiona, jak ona mówi na tę kuchnię właśnie. Ona miała tylko taką gazóweczkę dwupalnikową, ale tą blatkę, węglarkę jeszcze miała.

U mnie jeszcze w rodzinie, chociaż to już jest na zachodzie, w Powidzu, tam gdzie jeszcze moi rodzice mieszkali, a siostra przejęła, to na przykład kuchnia kaflowa jest jeszcze do dzisiaj, normalnie kuchnia kaflowa i fajerki, i w ogóle. Drzewem siostra pali tam zawsze. Ja zawsze, jak tam jadę, to się umoszczę, bo tam taka ławeczka jest. Jak tata jeszcze żył, to mówił na to ryczka. U nas w poznańskim to się na taki mały stołeczek, na którym się siadało przy piecu, to właśnie na to mówili ryczka.

Na koszyki takie wiklinowe, wyplatane do ziemniaków to się mówiło kuszka. A z kolei na piwnicę mówiło się sklep. Nie mówiło się iść do piwnicy, tylko iść do sklepu. Ja kiedyś taki kawał, no, nie kawał… Jeździłam do mojej cioci, a to z kolei była siostra mojej mamy, na wakacje i ciocia mówi do mnie: „Idź do sklepu po pyrki”. No to stoję. A to było w kuchni, normalnie po drabince się schodziło na dół pod domem. Ja czekam. „Czemu nie idziesz do tego sklepu?”. A to trzeba było odsunąć takim hakiem, tą pokrywę zdjąć, no mówię: „Ciocia da mi pieniądze. Jak mam iść do sklepu?”. A ona jak na mnie ryknie: „Że ty się nie wywodzisz stąd?!”. No tak, do sklepu to do piwnicy się szło. I to się schodziło po takiej drabince. I jak była kara, to też tam wsadzała ciocia swoje córki, które jeszcze żyją do dziś, a ja bardzo z nimi utrzymuję kontakt. A z kolei, jak ja tam pojechałam i nabroiłam, bo byłam najstarsza, od jej najstarszej córki byłam o 9 lat starsza, to mi się obrywało, bo byłam takim prowodyrem do rozrabiania.

* * *

Janina: Jak byliśmy na tych Mazurach, w tym olsztyńskim, tam było dużo ludzi ze Wschodu, to z kolei takie samodziały tkali. Po prostu hodowali owce, przędli wełnę, farbowali sami, nie wiem, jakimi sposobami, bo ja akurat tam nie bardzo tego. Oni tkali to, normalnie te materiały i mieli takie samodziałowe kurtki ekstra, ładnie to wtedy wyglądało, w tamtych czasach no, straszne zimy. Oni sami szyli, byli samowystarczalni. Przędli, tkali, no i mówię, farbowali. Wtedy musiały jakieś farby istnieć do tego. Szczególnie zapamiętałam taką zieleń, ale taką, że jak zamknę oczy, to aż jeszcze mi w tych oczach, lepsze niż te nasze kiecki (zielone stroje zespołu Jarzębiny – dop. MS). Taką soczystą zieleń. Do tego królował fiolet, szarość i czerń. Czerwieni właśnie tam nie było, oni tkali tak w kratę te materiały i szyli te kurtki, spódnice miały te starsze panie też. A te dziewczynki, co chodziły ze mną do szkoły, to miały takie 3/4 też, takie kanadyjki, tak na to mówili, o! Płaszcze takie 3/4.

U nas się też mówiło właśnie modry, oj taki modry! Modry kolor, tak.

* * *

Lubomir: I tam jakie tradycje. Jak pierwszy raz tam pojechaliśmy na wesele, stąd, właśnie od nas, do teściów teściów. Ja patrzę, oni nad ranem z tego pałacu, od tych hrabiów do domu przez wszystkie budy psów skaczą.

Janina: To nie są budy psów, tylko to były szopeczki na drzewo. Jakie to były budy?

Lubomir: Ja patrzę, czy ten naród zwariował czy co, mówię. Pierwszy raz mnie takie coś spotkało. Pijany, nie pijany, szedł, skakał przez to. Orkiestra szła razem z nimi, wracali do domu tego weselnika.

Janina: Samo wesele też się nie odbywało w domach, bo to były domy jednoizbowe, pomieszczenia tak zwane. Kuchnia i izba jedna. W tej chwili tam się pobudowali ludzie i w ogóle, oko bieleje. W tamtych latach, zaraz po wojnie, jeszcze lata 50., 60., to ludzie w takich czworakach żyli, w takich pracowniczych czworakach. I odbywało się to wesele w tym pałacu, była sala balowa, później było to przekształcone za PGR-u, bo to przejęli i tam się to wszystko odbywało. W jednej Sali obiad, w innej tańce. Ale nad ranem wracali do domu młodej pani po prostu. I to się szło przez wieś.

Lubomir: Ci co wytrzymali.

Janina: I tak szli, rzędem czworaki, to jednakowo po dwa i dwa mieszkania do siebie i takie o podwórko. A z kolei za tymi czworakami były szopy, obóreczki pobudowane dla zwierząt i znowu dalej, i wszystko to prawie jednakowo i takie szopki na drzewo. I właśnie mąż mówi o tych szopkach. I one były takie niskie, wysokie. Różni ludzie szli. Jedni byli bardziej wstawieni, inni mniej, jak to na weselu. Orkiestra grała, kapela grała i ci ludzie szli za tym i po tych szopach, łazili, skrobali się, no.

Lubomir: To było moje w poznańskim. A kiedyś, jak pracowałem jeszcze, to wesele nie było w sobotę, tylko w niedzielę. Myśmy grywali wtedy na weselach, to myśmy musieli być u pani młodej, albo zależy, jak żeśmy się umawiali, najpierwsi. Wszystkich gości witaliśmy, którzy wchodzili, marszem na akordeonie.

Janina: I do tej pory mu to zostało.

Lubomir: I później jechało się z młodymi do kościoła, przed kościołem się stawało, też się grało marsza. Młodzi wchodzili, z powrotem to samo i nim oni dojechali, to myśmy musieli już być przed domem weselnym i znowu wszystkich gości wprowadzało się do domu weselnego marszem. Polonistka, pani Sochocka, widziała, że ja mam trochę taki talent artystyczny, więc mnie stawiała zawsze na pierwszym progu, w pierwszym rzędzie. Czy w śpiewaniu, czy jak żeśmy teatrzyki robili w podstawówce. Taki teatrzyk do dzisiaj pamiętam – Królewna Śnieżka i 7 krasnoludków. No i ja byłem tym krasnoludkiem najweselszym, takim wesołkiem, siedmiu wtedy nas było i pamiętam, żeśmy śpiewali. I w zamian za to podarowała mi, to był 54 rok, fujarkę. Na tej fujareczce sobie wtedy grałem, ale do domku szybko się wtedy przychodziło, lekcje, bo wtedy ta macocha była, trzeba było krówki pędzić, pasać, więc króweczki, fujareczki i grałem. I jeszcze w tym czasie tam mieszkało trochę Niemców, pracowali w tym PGR-ze. No i był taki kolega, z tego samego rocznika, co ja. Jego tata miał organkę, taką dwustronną, Weltmeisterka, piękne organki. I mu się tak podobało, jak ja na tej fujarce grałem, i chyba coś tam ojcu nagadał, i dał mi tę organkę. Łooj, jak ja się na niej… Pierwsze kroki, „Krakowiaczek jeden miał koników siedem”, to pamiętam do dziś. No i tak się uczyłem, uczyłem i później tata mój zauważył, że mnie coś ciągnie do tej muzyki i mówi tak: „Synu, jak zdasz do zawodówki, to ja sprzedam krowę, bo wtedy pracownicy trzymali, mogli trzymać krowy, świnie, wszystko co chcieli, dostawali deputat na to. To ja sprzedam krowę i ty kupisz sobie za to akordeon”. I tak się stało. Ja akurat w 58 roku po wakacjach zdałem do zawodówki tu, w Koszalinie. Tata sprzedał krowę, a ja pojechałem sobie ten akordeon kupić. Jak kupiłem ten akordeon, a wcześniej już mnie kolega uczył, Antoś, też miał taki akordeonik, z drugiej tam wsi. I jak kupiłem, bo mnie to wciągnęło, to szybko na autobus na stację PKS. I przyjechałem do domu, i tak się nauczyłem tą jedną melodię, i później wszystkie te potańcówki w tym Sownie to… A ojciec zawsze: „Synu, graj!”. No i tak grałem. No i później pomalutku, pomalutku z tym Antosiem właśnie założyliśmy zespół samouków. Pięciu nas takich grało młokosów, od 17 do 20 lat takich. I tak nas polubili, że podjeżdżaliśmy już pod nawet samo Sławno grać, na rowerach. Później, jak już moją panią poznałem, to ją z przodu na ramę, akordeon z tyłu i na rowerze, i jooo… Nie było żadnych aparatur nagłaśniających, więc wszystko musieliśmy sami. A pięknie śpiewałem z tym Antkiem, bo myśmy na dwa głosy rąbali, te dwa akordeony i właśnie trąbka, i te inne. Pięciu nas grało, czasami sześciu. I tak to się zaczęło. Zaczęliśmy po zabawach grywać. Wszystkie imprezy dożynkowe, pegeerowskie, jakie były, to wszystkie nasze. Tak nas polubili. Wesela też grywaliśmy.

Ale tak to się skończyło… Żeśmy się pobrali, jak żem się rozegrał, to musiałem to wszystko sprzedać. Sprzedali to oni. Bo jak do szkoły chodziłem, to zawsze się jeszcze mi udawało jakoś w sobotę z internatu wyrwać, żeby pojechać do Sowna i jeszcze tam trochę pograć, zabawę obskoczyć. Później w niedzielę szybciutko, bo w poniedziałek na lekcje. Do internatu trzeba było się zgłosić. Dyscyplina była taka, nie można było się spóźnić. Ale później, jak już skończyłem, to do PGR-u do pracy, to już żeśmy grali, tak dość mocno, w piątkę. No ale później jak już z żoną, to ona mówi: „Nie, grania nie będzie”. I tak to się wszystko rozleciało.

Janina: Małe dzieci, a on na zabawy jeździł. Póki mogłam, to jeździłam z nim, ale potem nie mogłam. Mówię do siostry Nataszy: „Szukaj jakiegoś kupca, sprzedamy te pudło”. I sprzedaliśmy to pudło i prawie 40 lat nie miał akordeonu w rękach. Dopiero zaczął grać, jak powstały Jarzębiny. Miał talent, ale nigdy się w tamtych czasach nie myślało o tym. Poza tym szybko założyliśmy rodzinę. Na to nie było, żeby pójść do jakieś szkoły muzycznej czy coś. I prawie po 40 latach, jak ja założyłam ten zespół, śpiewałyśmy a cappella, a ponieważ mąż nas woził, bo i dziewczyny śpiewają tam, na próby, mówi: „Przydałoby się wam jakieś granie”. To trzeba naprawdę umieć, żeby nie mieć w rękach tyle lat, wziąć i to nie umknęło. Coś tam pomarczał, coś po tego, i wychodziło mu. I teraz też. Ja na przykład szukam jakichś utworów, prawda, w różnych źródłach. Teraz to jest dostępne, wiadomo, nie to, co kiedyś, to wystarczy, że ja zanucę, on posłucha i gra. Każdą melodię zagra, bez nut, bez niczego.

Lubomir: Tak żeśmy grali. W PGR-ze, jak opowiadałem wcześniej, w Laskach Sławieńskich była taka orkiestra, tam trzech-czterech ich grało. I oni mówili: „No to słuchajcie, rozkładamy nuty”, nim oni się tego, to my wchodzimy, z marszu lecimy od razu. Już się w drzwiach zaczyna grać i śpiewać, nie? Jeszcze bęben taki mieliśmy, później lepszy skomponowali. A oni siedli, rozkładają nuty i dopiero ćwiczą. A my już. To się tak dało polubić w tych PGR-owskich wsiach. „Skąd jesteście? Gdzie gracie? Kiedy gracie?”. Że my prawie co sobotę mieliśmy zajęte, jak już w PGR-ze pracowałem. W sobotę graliśmy na bufetowej, a w niedzielę już lecieliśmy na wesele. I nie było samochodów, tylko na rower i poszedł, 15-20 kilometrów. Co to było dla nas. A jak deszcz padał i akordeony mieliśmy na plecach, to pałatki takie nieprzemakalne wiązało się, deszcz, nie deszcz i szło się. No to tak ze Sowna pod Sławno do Święcianowa, przed samym Sławnem, trzeba było grzać na tym rowerze. Inaczej było, a nie jak teraz słyszę, jak rąbnie sto decybeli i człowiek orkiestra. Co on za orkiestra, jak tam jedna osoba. Pięciu, sześciu jak nas grało. Trąbka, saksofon, bęben, klarnet, dwa akordeony, jeszcze się tam dobierało jakiegoś skrzypka, to była na żywo orkiestra.

Janina: Myśmy się czuli bardzo nowocześni, dzieci kwiaty, lata 60. wtedy przypadały na naszą młodość. Rock and roll, hula-hop, takie tańce nowoczesne. Poszłam na zabawę i tańczyłam z nim rock and rolla. Kaśka się nie urodziła w biegu, a jeszcze dwa dni wcześniej rzucali mną chłopaki. No, krótko byłam panienką, ale nawet będąc młodą mamą, to nie było to dla mnie różnicy. Szalało się jak nic...

Lubomir: W 58/9 roku jak kupiłem sobie akordeon, nauczyłem się jednej melodii, to była „Que sera, sera”, to całą potańcówkę grałem jedną i tą samą melodię. I w PGR-ze tańczyli jak cholera. Zawsze jakieś tam piwko, winko w przerwie wzięli. Jak zrobiłem przerwę to tata krzyczał: „Synu graj!”. I ja znowu to samo, „Que sera”. I bawili się, i każdy na następny dzień do pracy zdążył, i trzeźwy był. Albo zabawę bufetową. Tam nie było żadnego pozwolenia. Chłopakom takim jak my po 5 zł, po dwie skrzynki wina, po kilka antałków piwa i już zabawa bufetowa. I walczyk czekoladowy, i białe tango. Kto dzisiaj tańczy białe tango czy walczyka czekoladowego?

Janina: Chodziło się w trakcie tańca, żeby ten chłopiec tej dziewczynie kupił tę czekoladę. Trochę się oczywiście drożej

tę czekoladę sprzedało, żeby jakiś zysk był z tej zabawy.

Lubomir: Wesoło, naprawdę w tamtych latach było wesoło.

 

 

Słownictwo:

fajerka – jedna z kilku obrączek żeliwnych zamykających lub zmniejszających otwór w płycie kuchennej.

izba – pomieszczenie mieszkalne na wsi, pokój.

kanadyjka – rodzaj kurtki zmarszczonej w pasie z wszytym paskiem.

kuszka – pozn. koszyk wiklinowy na ziemniaki.

młokos – młody, dorastający chłopiec.

modry – kolor intensywnie niebieski.

podpłomyk – płaski placek zrobiony z wody i mąki, pieczony na rozgrzanej blasze kuchennej lub na żarze.

ryczka – pozn. niski stołeczek, taboret.

samodział – tkanina z wełny lub lnu tkana na ręcznym warsztacie.

sklep – pozn. piwnica.

umościć się – usiąść wygodnie.

węglarka / blatka – używana niegdyś kuchenka węglowa, nazywana też westfalką.

wychodek – prymitywna ubikacja, zwykle poza domem, na podwórzu.