Genowefa Pietras

Data urodzenia: 1922 r.
Miejsce urodzenia: Widełki

 

Wywiad z Genowefą Pietras.


 

Nazywam się Genowefa Pietras, urodziłam się 18 stycznia 1922 r. Pochodzę z Widełek, powiat Cisów, to jest w kieleckim. Do Świeszyna przyjechałam 4 sierpnia 1949 r. Przyjechałam tu, bo tam był front, było wszystko zniszczone. Niemcy domy porozbierali, bomby. No i ludzie nie mieli z czego żyć. No i wtedy gmina organizowała wyjazdy na zachód, na ziemie odzyskane. Grupowo gmina organizowała i na pociąg, z tym, co się miało, z dobytkiem, nawet z dziećmi jechało się pociągiem tu. My tam mieliśmy na męża polu zasiany len. No i ten len jak myśmy odjeżdżali, to jeszcze był niedobry do rwania. A potem ten len siostra wyrwała i oddała go do przeróbki i za ten len dostawała materiał. Tam flanela była jakaś, białe. No i siostra ten materiał zabrała i przywiozła do nas. Ze mną, z mężem i z moimi dziećmi to Skowrońskie przyjechali, Wójciki, to tutaj zostali. I w Grzybnicy zostały Domagała, Machocki, Majewski, to byli z Cisowa, a my przyjechaliśmy do Świeszyna.

Tam w kieleckim, to tam życie skromnie wyglądało. Też przecież nie było zarobków takich. Też się człowiek czepiał różnych zajęć. Ja, dziewczyna, też robiłam w lesie, w szkółkach. To my ziemie kopali, wzięli nasienie, jesienią sadziliśmy, cały rok mieliśmy robotę w lesie. No a tak, reszta to w domu, w gospodarstwie pomagało się. Gospodarka była, to trzeba było przecież. Wtedy robota była wszystko ręczna, nie maszynowo. A dzisiaj to do wszystkiego maszyny, a wtedy nie było. Był sierp, haczka do kopania, kosa do koszenia, cep do młócenia. Wszystko ręczna robota i człowiek się uczył od młodych lat takich prac. Tam na Widełkach była bieda, bo nie było nic, w ogóle, no bo wszystko było zbite, spalone. To tam jeszcze gorzej było, bo to tylko trochę, co w tym lesie zarobiło się, a tak to nie było żadnego dochodu. No tyle, co z gospodarki, tyle uchowali, że starczyło na jedzenie dla siebie i dla inwentarza, a tam mowy nie było o sprzedaniu, żeby zarobić. A do miasta, to przecież było daleko z Widełek do Kielc. To było 35 kilometrów. I też się chodziło na pieszo. To jednego dnia się wychodziło wcześniej przed wieczorem, zanocowało się tam na wiosce jakiejś, a potem na drugi dzień rano do Kielc. To się chodziło na sprzedaż z grzybami, jajkami, masłem. Trzeba było sprzedać i zdążyć wieczorem do domu dojść na piechotę. Miałam wtedy 15-16 lat, to już chodziłam, bo już rodzice byli starsi, to człowiek młody, zbierało się kilka i szło się razem, bo to kawał było drogi od Widełek do Daleszyc, przez las. A tam za lasem zaraz, to była stacja wojskowa. Tam wojsko stojało zawsze. A później już od Daleszyc, to się przecinało ulicę główną i szło się na wioski. Przeważnie Kranow, w Kranowie tam my nocowali. Na drugi dzień jeszcze tam był taki, zapomniałam, jak ta rzeka się nazywa, Dunaj chyba, taka była głęboka, że nie można było patrzeć z góry, bo by zaraz wpadł, ale nie było mostu, tylko taka kładka do przejścia. To jak się stanęło, trzeba było górą patrzeć, żeby nie wpaść do tej wody, bo strasznie głęboka była. Ale człowiek z biedy to wszystko musiał robić. Jak się chciało jeść, to trzeba było coś szukać, żeby na jedzenie zarobić, na buty, na ubrania. A przecież wiadomo, że nie było dostatku, to i było brak ubrania ciepłego, brak butów, że nawet my nieraz w przymrozek boso latali po trawie. Albo jeszcze zimą w podwórku była sadzawka, to jak przyszedł mróz, to ta sadzawka zamarzła, ten lód był taki gładki jak szkło, no to rodzice zawsze ostrzegali, żeby my butów nie darli na tym lodzie. A my chcieli się poślizgać. To jak oni poszli do kościoła, a jak szli do kościoła to kawałkiem było lasem, tak pod górkę. To jak my zobaczyli, że rodzice już są pod tą górką, a nam buty pochowali, to my poszli boso. I boso my się ślizgali po tym lodzie, bo był taki śliski jak szkło. To też z początku było w stopy zimno, a później to się rozczerwieniali i ciepło się zrobiło.

***

Tam to zupy były gotowane, normalnie, kapusta, żurek, na pierwszym będzie kapusta, kapuśniak, kaszę, zupy z kaszy, makaron, zalewajka z żurku była. Na Wigilię to były kasze: jęczmienna, gryczana, jaglana. No i kapusta z grochem, i czasem jeszcze ryby też. No bo nawet u nas w domu był stawy, karpie. Też same swoje ryby mieli. A tak to przeważnie kasze. A jeszcze do kaszy był gotowany siemię. To się gotowało z ziarna konopi. Konopie się gotowało i ucierało się takim wałkiem drewnianym i one puszczały jak mleko taki sok. I to kilka razy się obgotowywało i obrobiło, żeby zdobyć ten garnek, no bo to była rodzina duża, prawie do dziesięciu osób, dziewięć. No to, żeby nakarmić wszystkich, żeby starczyło. A jeszcze jeden, najstarszy był żonaty, dalej, w tej samej wiosce, ale dalej w drugim końcu, a tam tego oni nie używali. Oni tam wszystko z olejem, z kompotem. Kompot przeważnie z suszonego owocu gotowali. No to zawsze przychodził, czy tam dla niego zostawiliśmy tego siemienia, bo jemu smakowało to siemię. Tak wyglądało jak mleko. No a smak konopi miało. Specjalnie konopie sieli. Bo to było tak – nasienie, a z tego włókna to robili dla koni postronki, do koni, co się przyłącza do wozu. To było robione wszystko z tych konopi, bo to było z lnu, to było włókno jasne, a z konopi było w takim kolorze siwawym, ale było bardzo mocne. A to wszystko robili swoim domowym sposobem. Tam nie kupowali jak dzisiaj kupują, pasy gumowe czy skórzane, a to wszystko. No i do młócenia też przecież nie było maszyn, tylko były cepy i cepami młócili. Były dwa kawałki. Jeden długi do trzymania, drugi krótki, tym to uderzali. Dzierżak był ten długi, a bijak był ten mały. I tak młocili całe wieczory zimowe, to była młócka dla chłopów. Chociaż i kobiety niektóre też próbowały tych cepów.

Mąkę to czasami robiliśmy, czasami kupowali, zależy. Jak było ładnie, ciepło to jechali do młyna, bo było niedaleko, bo na drugiej czy na trzeciej wiosce był młyn. A jak brakowało, to były w domu żarna i się memło ręką. Był kamień taki okrągły. Pod spodem drugi i była dołączona taka stójka i się tu trzymało, tu na wierzchu była dziura i się wsypywało ziarno, i memło się, i wychodziła mąka. A jeszcze na Wigilię do tego siemienia to specjalnie ususzyli kaszę jaglaną, żeby była mąka z tej kaszy jaglanej do podprawienia tego siemienia. To już nie taką zwykłą mąką, ale z kaszy jaglanej.

***

Dom był kryty gontem, dach, no a meble, to łóżko i szafka, stół, krzesła. Wszystko drewniane. Więcej tam mebli takich nie było. Meble się kupowało. Choć był tam w wiosce taki jeden, co robił meble, kołyskę on zrobił, do przędzenia lnu prządki robił też, taki był fachowiec. Swojego fachu sam się nauczył i to robił. Dziadek to gonty wyrabiał, gonty robili na dach, na pokrycie dachu. To przeważnie wieczorami. W dzień w polu, a wieczorem do pokoju, do kuchni, bo przeważnie kuchnia była większa, to znosili drzewo, na dworzu połupał, a w kuchni strugał. Bo trzeba było wystrugać, bo ten gont musiał wyglądać, z tej strony grubszy, a od spodu cienki. Także jak potem w tym goncie była robiona taka rowka, to był wbijany, że wchodził jeden w drugiego w ten rowek i to wtedy szczelnie trzymały, i układali na dachy. Dachy były tylko drewniane, z gontów robione. To już sami. Nie wszystkie, ale przeciętnie prawie każdy się uczył dla swojej potrzeby. Takich pralek jak teraz, to też nie było. Byli pralki, niektórzy porobili sobie pralki z drzewa, powyrzynali rowki takie. A tak to była kijonka i tu rączka i tak klapało się, i szło się, tak jak u nas była sadzawka w podwórku. To zakładali deskę, żeby można było uklęknąć i na tej desce się kładło, i kijonką się biło, wodą polewało i klepało się, i to się wyprało. Mydło było szare. Ale to do tego lnianego płótna, to się używało popiół drzewny z drzewa liściastego. Jak był popiół, to się drzewo spaliło, to były takie okrągłe jak beczka „wożnica" i na dole to był otwór, równo, jak do wiadra, a na spodzie pod tym dnem była zrobiona taka jak na palec, no może większa, dziura, i tam się zakładało kołek, a w tego kołka parę słomek, żeby ta woda ściekała po tej słomie, a tu się ten popiół nakrywało się płótnem i na to płótno sypało się ten popiół, i potem polewało się gorącą wodą na ten popiół. I ta woda szła na ten materiał, i to się w tym tak prało. A to później naleciało sporo, to się odlewało dotąd, aż już ostatnia porcja wychodziła czysta woda, to już wtedy popiół zbierali. I to płótno, jeżeli było ciepło, to się wynosiło na pole, była zaraz łąka i na tej łące stawiało się wannę z wodą, to płótno się maczało i rozciągało na słońce, i ono na tym słońcu bielało jeszcze. I tak do wieczora, jak pogoda była. Jak deszcz to nie, tylko jak pogoda. Jak podeschło, to znowu się poleciało, się namoczyło i znowu się rozciągnęło. To całe łąki były białe.

A siemię lniane też jak było wsiane, to się plewiło, żeby nie zarosły chwasty. A później, jak się wyrwało, to się ususzyło i się wyrwało tak, żeby uschło. Jak uschło, to się młóciło, żeby nasienie odeszło, no a to się moczyło. Na łące, gdzie była skoszona trawa, rozciągało się ten len cienko, żeby ono, to włókno, te badylki, to było twarde, a po wierzchu to włókno, no to ono na tej trawie, przeważnie na rosie, ono zmiękło i jak później wyschło, to próbowali, czy się łamie. Jak się już łamało, to było dobre. To wtedy zbierali i suszyli, żeby wyschło i w październiku, to był przeważnie październik, paździerzowy, to było międlenie tego lnu. To było zrobione tak: taka podstawka, a na dole się paliło ognisko i ono schło na tym zadaszeniu, schło. A kobiety wkoło już były z międlicami i międliły. To te międlice, to było takie no, tak przeważnie to się przeciskało, te paździerze, te twarde odlatywały na spód, a to włókno zostawało czyste, no a później już do przędzenia. Ale zaczym jeszcze do przędzenia, to jeszcze było jedno czyszczenie, to szczotkowanie było. To było takie okrągłe, z gwoździami, ostre. Tu była stopa do trzymania nogą i się czesało to włókno. Zgrzebne odchodziło na bok, a to lniane zostawało czyściutkie. Później już było tylko przędzenie jednego i drugiego. To pierwsze to się przędło bardzo cieniutko, a to drugie to było już takie grubsze, że już trzeba było grubiej uprządź, no, to już szło na domowe potrzeby, na te derki, na worki, a to lniane to było pierwszej klasy.

***

Z zabaw, to szmaciane lalki były, żołędzie, kasztany, to była zabawa. A i w chowanego, ganiał jeden drugiego. To była zabawa dla dzieci. Dzieci nie miały żadnych zabawek, jedynie jak se uszyły szmaciane lalki. Zawsze dziewczyny i chłopaki mieli robotę. Chłopaki to już robili takie koszyczki na orzechy laskowe, z papieru ładnie zrobili taki koszyczek kolorowy. A na Wielkanoc, na polewanie, to też sobie robili specjalne pompki, nacięgali wodę, a potem puszczali. Drewniane. To już latali od rana. Wieczorami to się przędło kądziel i pióra skubało na pierzyny, na poduszki. A to się szło do koleżanki nieraz na większe zgrupienie. Chłopaki w karty grały, a my, każda miała kądziel albo pióra do skubania, bo to wszystko swoje było. No jak było nadmiar, to i się sprzedawało. To Żydzi kupowali. Przeważnie puch, pierze mniej, ale puch to był droższy. Także z puchu nie robili pierzyn, tylko z pierza. Puch sprzedawali, to zawsze był dodatek. Jeszcze jak byli Żydzi w wiosce, dwie rodziny, to oni i mleko kupowali, jajka kupowali. Jedne to był spożywczy, drugi przemysłowy, to materiał na suknie, czy coś, to się kupowało. A oni ustępowali, że nawet jak ktoś nie miał pieniędzy od razu, to dawali na krechę, a potem się spłacało. Tak jak ci, ta pierwsza rodzina, to była duża, a tych Żydów Kochen, to oni nawet mleko zabierali, ale już przychodzili ze swoim naczyniem i trzeba było doić krowę w ich wiaderko. A później się szło razem z nim do niego. Oni u siebie zmierzyli, czy zważyli i za to wypłacali. Ale jak był dług, to szli na rękę ludziom biednym. No bo od razu nie było pieniędzy, no a tak po trochu dali.

***

Ubrania to się robiło na swoim warsztacie tkackim. A ten len to się siało, przędło, to się wyrabiało na nici później. Później w takim warsztacie w krosnach robiło się płótno, tak jak teraz, co są płachty czy prześcieradła, to wszystko lniane. A ręczniki wszystkie lniane. Nawet niektórzy z tego lnu dwa rodzaje przędli. Jedna była lniana i to były cieniutkie nitki, to było to płótno cienkie, a drugie zgrzebna, to było grube. To więcej na takie worki, dla koni, to szyli taką sakwę z tego grubego. Przeważnie jak jechali w podróż, żeby koniowi wziąć żarcie, co potem mu stawiali. A z tego cienkiego, to dziewczyny nawet bluzki se poszyły. To jeszcze przy wyrobieniu dodawali kolorowe nitki, żeby było ładnie. Nitki to kupowało się w sklepie, tak jak dzisiaj. Na tych grubych, to nawet cięło się stare ubrania niepotrzebne, przerabiało się, to były znowu chodniki, derki z tego. Jak dzisiaj mamy koce, to to były derki. Taki materiał był szyty z dwóch półek. To się odziewało do spania. Kobiety koszule szyli mężom, bluzki, koszule. Na niedzielę, to mieli przeważnie koszule, to tutaj doszywali kawałek materiału i gorset był, tak się nazywał. Była cała lniana i tu tylko były naszyte paseczki. Gorset taki. Kolorowe to było. W jakim kolorze koszule, w takim ten gorset.

***

Leczyli ludzi więcej w domu, pijawki, bańki. Najprzód bańki postawili, jak krew podchodziła mocno przeziębiona, to na tę bańkę stawiali pijawkę, ta pijawka tę krew ściągała, to u niektórych to zamiast krwi to była ropa już. To już było zapalenie płuc. No, ale do lekarza było daleko i pieniędzy nie było. Bo przecież nie było ubezpieczenia i trzeba było wszystko płacić. To ludzie leczyli się sami. Bańki, pijawki, smarowania. Zawsze na rozgrzewkę to było takie smarowanie. To było bardzo palące, jak się posmarowało. To rozgrzewało i zaziębienie usuwało. To już zawsze trzymali takie w domu, żeby mieli pod ręką do leczenia. Ciekawe jeszcze było, jak palec mnie zabolał u ręki. To był taki długi ból, to mówili znajomi, że to jest zastrzał. A zastrzał, to wychodziły kostki z palca. Tak bolał i nie było ratunku. I ktoś mamie nastręczył, żeby złapać albo myszę, albo żabkę zieloną i żywą rozerwać, i palec wsadzić, i to pomaga. A to było już po froncie. No to ja poszłam do lasu, wzięłam wiaderko na grzyby, bo w domu myszy były, ale by nie złapał. A, mówię, pójdę na grzyby, a przedtem w tym lesie my nocowali, przed Niemcami my uciekali, to wiedziałam, gdzie grzyby rosną. Jak raz przy grzybach znalazłam żabkę. I tą żabkę złapałam, i zaraz rozcięłam, i ten palec wsadziłam. I od razu przestało krwawić, i boleć, i kostki przestały wychodzić. I z tą żabką nosiłam dotąd, aż mi się zagoił. To ta żabka wyschła, została tylko sama skórka, szkielecik żaby. No i palec się wygoił. Niektórzy byli bardzo obrzydliwi, nie mogli tego zrobić. A mama też nakładała na palec myszę, to ten duży palec, bo też ją tak bolał. Ona w mieszkaniu, nie wiem, czy kot, czy kto złapał myszę, no i zakładała na palec, i stąd wiedzieliśmy, że pomaga, no a ja później w lesie tę żabkę zieloną, to taka ta żabka milsza jak tam mysza.

***

A jak tu przyjechaliśmy, to w Koszalinie odebrali nas, przyjechali tu do wioski. To już mieliśmy konia, krowę i dzieci dwoje wtedy było. I tu przyjechaliśmy. My tu mieliśmy mieszkać, ale to jeszcze było zajęte, jeszcze poprzedni nie wyjechał, także nas przyjęła siostra. To tam my mieszkali we trzy rodziny. A jedna rodzina, to ona od razu znalazła na kolonii mieszkanie, że było puste i tam osiedlili się. A myśmy tu mieszkali we trzy rodziny, no a potem dopiero się poopróżniały te mieszkania. Jeden odeszedł na bok, tam mieszka w Świeszynie, no a my pozostali. Jeszcze tutaj mieszka Klamka, tu mieszkaliśmy z nimi razem, a dopiero jak tamci wyjechali, to dopiero gmina nas przydzieliła na tamto mieszkanie. No i tam my mieszkali do... Tylko pamiętam dzień, w którym my przeszli tutaj, a nie pamiętam roku... Tyle myślę nieraz i nie mogę sobie przypomnieć. Ale kilka lat tam mieszkaliśmy. Dzień pamiętam, w maju, były zielone świątki, to z kolonii my przeszli tutaj, bo to była ta spółdzielnia, niby kołchoz nazwali. Mąż pracował w domu z dziećmi. A tu jakiś był sekretarz, czy coś jakiś, narobił świństwa w tym zespole, uciekł w nocy i to mieszkanie było puste. I ten przewodniczący tego całego kołchozu mówi do męża: „Przechodź Pietras, będziesz miał blisko do pracy". No bo z kolonii kawałek było. No i wtedy my się przeprowadzili. To w maju było, ale którego roku, też nie pamiętam. Potem rozbiło się cały ten kołchoz, no to te ziemie dzielili pomiędzy gospodarzy. No i wtedy dostaliśmy gospodarkę i trzeba było gospodarzyć. Ale to było ciężko, bo nie było nic. Trzeba było o wszystko się dorabiać. Ale jakoś się ciągło.

Trzeba było się przyzwyczajać do wszystkiego z początku. Dzieci w domu rodziłam, dwie córki w domu urodziłam, bo potem już następne w Koszalinie. Było ciasno, a jak się razem mieszkało, to nawet niektórzy to kuzyni byli, bo to jedna z drugą to była bratową i to garnki jedna drugiej z kuchni zsuwała. A ja już poszłam na ustępstwo i z tą drugą, to była wujna mojego męża, mówię: „To już my będziemy razem w jednym garnku gotować, żeby mniej tego placu na kuchni zajmować". Bo to była kuchnia westfalka. A jak brakowało, to krowa była, mleko doiło się. W sklepie się bułkę kupiło, z mlekiem się zjadło. To był taki pożytek pierwszej kolejności. O mięsie nie było mowy, zaczym się później swoje uchowało. Bo już później to osiedlił się człowiek na dobre, to już się kupiło jajek, nasadziło kurę. A w jednym roku, to tak mi się wylęgły, to nawet siostra przyniosła jajka od siebie. Później, za jakiś czas, podrosły już, jak przyszedł pomór, jak wszystko wyzdychało, znowu nie było nic. Znowu trzeba było czekać, aby skądś dostać i znowu rozpoczynać od nowa. Ale pomału udało się przecierpić.