Sonia Piernik

Data urodzenia: 1931 r.
Miejsce urodzenia: Zaspy Małe

 

Nazywam się Sonia Piernik. Urodziłam się 26 lutego 1931 roki w Zaspach Małych.

Ja z biednej rodziny pochodzę, robotniczej. Ojca nie miałam, jak 4 lata kończyłam, to ojca zamknęli do więzienia i tu mieszkali my z bratem, z matką i starszą siostrą. Ona potem dwoje dzieci miała, siostra. I tak matka pracowała w majątku, no i latem trzeba było dorabiać z jagodami. I na niedzielę, jak matka miała wolne, to chodzilim na jagody, grzyby, żeby trochę dorobić. Miałam dziewięć lat, musiałam już chleba sama piec. To cztery rodziny tak do kupy. Matka pracowała, ja musiałam ten chleb tam do piekarnika zanieść i formować, to dziewięć lat miałam. Matka nas brała kartofle zbierać, za maszyną taki kawałek odmierzyli i trzeba było zbierać. Nawet Ukrainki, na co im były pieniądze potrzebne, to kazali jeszcze im pomóc pozbierać. Jaka to była radość wieczorem, bo to takie znaczki dostali i trzeba było to kleić na papier, według tego na koniec miesiąca, ile pieniędzy każdy ma. Oj, jaka wielka była radość, jak my więcej mieli tych znaczków jak matka.

No i jak wojna potem, ja miałam dwanaście lat, to wyjeżdżałam do siostry. Ona urodziła dziecko, a jej mąż poszedł na wojnę. No i ona nie chciała być sama, to tam pojechałam na rok. W czasie wojny niedobrze było, co dzień policja w mieszkaniu, bo siostra miała dwoje dzieci i nie chciała wydać, kto jest ojcem, a to był Polak. No i co dzień policja. Praktycznie w Niedalinie, tylko tańczyli na dożynkach Polak z Niemką, to obcinali jej Hakenkreuz (swastykę – dop. red.) i te Polaki do obozu. A tu w Zegrzu wtedy, wiem od mojej matki, to była taka pokazówka. Polak chodził z Niemką, on pracował tu za Zegrzem, tam był w owczarni, tam pracował, a ona była córką gospodarza. To on był powieszony. To wszystkich ludzi, którzy należeli do tych majątków wywieźli tam, na pokazówki, jak jego powiesili. Bo tutaj na Pomorzu, to w zasadzie mieszkali Niemcy, Polacy byli tacy napływowi, przyjechali do pracy. Jak przyszła wojna, no to większość z tych Polaków, którzy też pracowali tutaj, to była większość tych takich z łapanek i tu przywiezionych na takie przymusowe roboty. Niektórzy pracowali u lepszych gospodarzy, niektórzy u gorszych. Niektórzy mieli lepiej, niektórzy gorzej. Nam dużo pomagali Polaki i Ukraińcy, bo siostra pracowała u dziedzica, ona gotowała dla tych niewolników, tam byli Francuzy, Ukrainki, Polaki. To oni, jak front, to trochę nas tak ochraniali.

A do kościoła musielim chodzić tu do Zegrza. Tam na Hajkę, tam była huta szkła, jeszcze w osiemnastym roku i nikt się tym nie interesuje w ogóle, a ja mam szkło stamtąd. Tutaj to w ogóle z takich zabytków, to było dużo domów. W lesie był piękny pałac, takie duże gospodarstwo, ale to też nie ma już, tylko są ruiny. I od krzyżówki, jak się jedzie na Zaspy Małe, trochę dalej, koło Słonina i tam też był pałac, ale to Niemiec podpalił. To ani Rosjanie, ani Polaki. Ten dziedzic uciekał z rodziną, aż do Świdwina doszli, a on miał dwie córki, zastrzelił te córki i tę żonę, i sam siebie. Piękny był park taki w Wojencinie, gdzie rodzice mieszkali, gdzie ja też tam jeździłam do babci, tam jeszcze są zabytkowe drzewa, tam drzewo rośnie, których w Polsce jest bardzo mało, kwitnie. Tam jest jeszcze stadnina koni.

***

Pamiętam czasy frontu. Wszedł do nas, jak jeszcze Niemcy byli, przynieśli gęś, żeby upiec tę gęś, a o dwunastej Rosjanie wchodzili. Siostra zamykała drzwi i wtedy pukali, bo chcieli drzwi wywalić, ona otworzyła, to ten jeden z ośmioma żołnierzami, to chyba był jakiś wyższy oficer. No i tak do rana, a rano trzej Niemcy przyszli, starsze osoby, mówili, że są z Konikowa. I na to przychodzi jeden Rosjan, takie oczy miał podłużne, wyciągnął nóż i kazał im iść, a za naszym domem tam był bunkier i tam ich zadźgał, wszystkich trzech. Przychodzi do domu, a my wszystkie w krzyk, że teraz i nas zarżnie, a na stole leżała słonina, on wziął z tą krwią, obcinał sobie kawałek słoniny i zjadł to. No i był spokój. Na drugi dzień przychodzi jeden Rosjanin, chyba to nie był Rosjanin, teraz mi się tak więcej kojarzy, to musiał być Polak, ale umiał po niemiecku. On mówił, żeby my uciekali. A siostra miała dziecko, co miało trzy miesiące, to tylko ten wózek brała i w pantoflach tylko, śnieg wtedy był przecież. I wyprowadził nas za wioskę. On musiał dobrze znać cały ten teren, bo mówił, że mamy iść do krzyżówki, potem na prawo i na lewo, potem w las, tylko nie drogą, tylko tak do lasu, ale żeby ślady zacierać. On mówił, że tam jest budynek w lesie, żeby my tam poszli. Mówił, że tam Rosjanie tak nie będą przychodzić, oni tylko krowy zabierają czy świnie. No i poszlim tam. Za tydzień my nic nie mieli. Ani ubrań, nic. To siostry wybrały się do wioski z powrotem, bo już wtedy dużo ludzi wrócili, którzy uciekali. No to ona mówi: „Idziem z powrotem do wioski". Wtedy słyszeli, że z drugiej strony wioski jeszcze jedna rodzina została, co nie uciekała. Strasznie wtedy przeżyli te dni. Gwałcili te dziewuchy, tam była jedna panna, druga była żona, miała pięcioletnie dziecko i druga taka stara jak ja koleżanka. Uciekali do stodoły, to Ruski podpalili tą stodołę. Oni uciekali się utopić, mała rzeka taka płynie, wyciągnęli tylko tego chłopca, jak wyciągnęli to on już nie żył. Oni strasznie przeżyli. Dostali tyfus, to lekarz ruski przyniósł bańkę spirytusu z gorzelni i cukru i mówi, żeby my to gorące robilim i pilim. Ale już nie poszliśmy do swojego mieszkania, tylko taki starszy pan miał gospodarkę, nie miał kto jemu tam obrządzać, on mówił, żeby u niego mieszkać. To on zmarł i to małe dziecko od siostry, i córka co miała pięć lat, to oni umarli. A nas ten spirytus uratował. Ja do dzisiaj czuję to.

***

No i tak rok mieszkalim. Tam komendantura funkcjonowała, pracowalim, a po roku czasu likwidowali to, no i wtedy my poszli do Sierani. Matka pracowała w majątku, siostra miała dwoje dzieci, każde dziecko miało coś wziąć z gospodarzy. A siostra mówi: „Nie, my się nie rozdzielimy. Albo wszystkie na jeden wóz, albo zostajemy". No i dlatego zostaliśmy. Wtedy my już też moglim wyjechać, tylko w tym czasie już jakiś gospodarz zostawił nam krowę, bo już nie mógł chodzić. On był gdzieś za Koszalinem, on mówi, że jak on się urządzi, to przyjdzie po tą krowę i nigdy nie wrócił, a ta krowa została. I wtedy nam Ruski dali kawałek pola, żeby ogród mieć. Matka mówi: „My tu mamy ogród, mamy krowę. Gdzie będziem do Niemiec szli? Nic nie ma tam". No i matka z nami, z bratem i ze mną została tu. Potem moja matka miała z bratem jechać, to brat też nie chciał, bo się ożenił i matka sama pojechała, ale ona z tęsknoty, ona wiecznie chciała wrócić i nie chcieli jej tu puścić.

***

My z matką gotowalim, syrop gotowalim. Buraki takie cukrowe, to oczyściło się, pokroiło i gotowało się. Wtedy była taka prasa, we worku wsadziło się i taka prasa, sok puściło i gotowało się tak długo, aż gęste było. Matka nie chciała sama na noc zostać, bo mówi, że uśnie, to oboje zostali. Zimą chodzilim, to gospodarze pióra darli, nie było kiedyś tak, jak teraz, że dzieci nic nie robią. Do Białogardu musiałam chodzić z Zasp Małych, to jest 14 km do Białogardu, no to na piechotę chodziłam, żeby gęsi sprzedać na targ. Jedne z przodu, jedne tył i jazda, potem jakiś już mielim rower, to ze siostrą raz ona jechała, raz ja jechałam. Tak, nie mielim lekko.

***

Dwa razy siedziałam u Ruskich w piwnicy dotąd w wodzie, dwa noce. Raz za głowę kapusty i raz za 20 kartofli.

Przyjeżdżał lekarz z całą rodziną nad staw, mieli staw swój. Całe lato nago się kąpali, bo to był taki staw borowinowy. Skupował grzyby od ludzi, żurawiny, jagody. To był chirurg. To był najlepszy chirurg z Białogardu, on mi ślepe kiszki jeszcze operował. Kupił kawałek lasu koło Małych Zasp, on miał czworo dzieci. Tam był taki torf, taki jak brykiet, tam kopali takie, on to jakoś wyczyścił, ileś przyczep piachu znad morza przywiózł, budował taką chałupę, z takiej bali, z drewna wszystko. Z przodu tu miał werandę robioną, wykopał studnię, wszystko miał tam, całe lata służąca z tymi dziećmi tam była w tym lesie. Te dzieci nagusieńkie latali, całe lata, i kupował po 200 litrów jagody. On mówił, że najlepsze lekarstwo jest słońce i jagody. I tak on chował swoje dzieci.

Jeszcze jak Ruskie byli, dostalim tak trzy łyżki mąki, otręby na chleb. I tam wtedy w Sierani miał taki leśniczy konie. I oni mieli świerzb, i oni to leczyli, i który się nie dało wyleczyć, to nam dawali, to bili i nam dali do jedzenia. Albo tu były fermy z kurami, te kury, co już prawie zdechnięte, to rżnęli i nam dali. Matka to gotowała i wtedy dopiero smażyła, czy coś. No co mielim robić? Ale potem już coraz lepiej. I tak raz gorsze, raz dobrze. To były okropne czasy. Najgorszy był czas wojny, jak co dzień policja.

***

W Sierani mieszkalim tam do 51. roku. Stamtąd poszli, mąż i ja, już miałam wtedy dwoje dzieci i on dostał pracę jako magazynier w Wołęcinie. Ale to taka dziura, tam ani karetka, ani nic nie dojeżdżała. Wtedy już Polaki mieli te majątki. No i wrócilim tu do Zegrza, to mąż pracował. Tam bralim ślub, mąż poszedł wtedy tu do jednostki, tu budowali te lotnisko. Wtedy było nie wojsko, tylko tak jak w wojsku. Potem mąż dostał w PGR pracę i wtedy dostali tutaj mieszkanie. I w ten czas tu pracują. Czasem było lepiej, czasem gorsze, czasem nie było co jeść. Ja całe życie pracowałam. Jeden czas w szkole sprzątałam, paliłam, jeszcze wtedy miałam przedszkole, prałam, gotowałam, pilnowałam dzieci w przedszkolu. Jeszcze w majątku sprzątałam, potem jeszcze w majątku wzięłam palenie w kotłowni, 28 lat w kotłowni paliłam. Jak była chwila czasu, to ja sama szyłam dla moich dzieci, to dla kogoś sweter szyłam, to halkę na drutach, to jak był czas.

***

84 lata ja w Zegrzu zameldowana. Ja w Niemczech byłam i tam było spotkanie pomorzanek, i oni się tak chwalili. A ja mówię: „Jakie wy jesteście pomorzanki? W Niemczech ożenili się, ale nie mieszkali tu". Ja mogę powiedzieć, że jestem rodzoną i tu chcę umrzeć.