Zenobia Pawlas

Data urodzenia: 1932 r.
Miejsce urodzenia: Stojęszyn

 

Wywiad z Zenobią Pawlas.


 

Nazywam się Zenobia Pawlas. Urodziłam się 18 lipca 1932 roku w Stojęszynie, to jest kolonia w gminie Modliborzyce, w lubelskim.

Tam normalnie było mieszkanie jedno większe, jedno mniejsze, kuchnia się paliła, kapa taka była, tu się paliło. Firaneczką, jak się już ugotowało, firaneczką się zasłaniało piec chlebowy, chleb się piekło. Brało się dzieża, to się taką zacenę robiło, taki zakwas na noc, później się miesiło, wyrabiało, wyrabiało, żeby to dobrze wyrosło i dopiero tak się piekło. Takie było życie.

***

Jak szłam do komunii, jeszcze Żydzi byli. Tak potem już Niemcy Żydów zlikwidowali. To moja mama mi kupiła, bo Niemka gruba, wielka sprzedała mi białą bluzkę. Z tej białej bluzki krawcowa (Żydówka – dop. MS) mi uszyła sukieneczkę do komunii. A (krawcowa – dop. MS) jeszcze miała lalkę i ja tak chciała tą lalkę, tak chciałam tą lalkę, no ale ona tak chciała za coś tą lalkę, czy masło, czy coś, żeby oni z czymś żyli i poszlim drugi raz z mamą, już Niemcy wywieźli, już nie było Żydów i moja lalka przepadła.

Ludzie byli dobrzy, nie można powiedzieć. Tak się ludzie zgadzali i przychodzili jedni do drugich. Nie było tak najgorzej. Miałam dużo koleżanek, teraz już nie mam kontaktu, ale teraz już chyba nie żyją, bo to już tyle lat. Takie były czasy. Pamiętam lalkę, to tatuś mi kupił, ale kiedyś to nie było tak, były tylko szyte i trocina nabijana. I mój brat, ten starszy, ciekawy był, co w tej lalce i przerżnął. Ojej, jak ja płakałam! Już lalki nie miałam. Nie dało się zszyć. I po lalce było.

Później już jak starsza byłam, to były karty, normalnie karty były, tam walet, król, od dziesiątki, to przeważnie w wojnę grali, wieczorami to się nieraz schodziła młodzież i wieczorami w te gry w wojnę grali. Tak nie było, nie. Ale ludzie tak jak teraz do listopada, gospodyni gęsi skubały i dziewczyn zapraszali, i dziewczyny my się schodziliśmy, tak że na przykład od szesnastej, siedemnastej godziny do dziesiątej, jedenastej skubali. A później wszystko uprzątnęli, zabawa, taniec, to było fajnie. Tańczyło się polkę, oberka, walczyka. Takie były, a teraz... A tam, kółeczko na jednej desce szły tańczyć! Ale chłopaki naprawdę ładnie tańczyły. Naprawdę. A śpiewały jak ładnie! A teraz chłopaki nie umią śpiewać. Ja nie słyszałam, żeby chłopaki śpiewali, a kiedyś to strasznie.

Albo maj jak przyszedł, to gospodarz, oni byli cieślami, i na swoim polu tak przy drodze postawił krzyż – duża figura, okropnie duży krzyż – i ogrodził, i myśmy zawsze śmy sobie co roku majowe odprawiali. Chodziłam się uczyć szyć z koleżanką, obydwie. A ta, co nas uczyła, miała trochę ziemi i chciała kartofle se posadzić, no i mówi: „Pomożecie mi sadzić kartofle". To się sadziło, takie zapaski i koń szedł, to się nazywało pod skibę. Te kartofle myśmy sadzili obydwie, tu już słonko nad zachodem, tu już trzeba szybko iść na majowe, a my jeszcze dużo kartofli mamy, po dwa sadzilim normalnie, później już po dwa, po dwa, po dwa i szybko na majowe. No, ale była pokrzywdzona, bo by jej zostało tych kartofli, a tak nie. No i majowe musielim odprawić. Kobiety przychodzili, dziewczyny, chłopaki, tak ładnie śpiewali. A tutaj nie, tu inaczej. A tam u nas to było. Na przykład Kobusowa, to z naszych stron, to była kapliczka, to tak niosło głos, że echo aż, ach!, echo niosło śpiew. Cały maj.

Tam zwyczaje były takie, np. od świąt, od świętego Szczepana, chodziło 12 chłopaków, kolędniki, bardzo tak pięknie były ubrane, tak pięknie ubrane były, aniołek, królewna. A za królewnę był taki chłopak przebrany, miał taką twarz, taki był ładny, że nie rozpoznał, że to chłopak, tylko że dziewczyna. Ale długo nie żył, tylko 20 lat i zachorował na gruźlicę, i zmarł. To te kolędniki chodziły od domu do domu, a ludzie to zapraszali, a później, jak już się ta kolęda kończyła, w ostatni dzień zabawę robili. To było też takie fajne. A teraz to nie wiem, czy też jest. Chyba jest, bo to nie zginie. Już od dawna to tak było.

U nas tu jest inaczej. Tu jak przyjechaliśmy, to nie mogliśmy się przyzwyczaić, bo tu każdy z innych okolic, każdy inaczej się zachowywał, każdy inaczej, bardzo. A my znów inaczej. Akurat żeśmy przyjechali, to było w kwietniu, a 12 kwietnia Wielkanoc była. Jak nas przywieźli, bo pociąg mielim, i przywieźli nas, jak my tam wyszli, a tam... Boże! Brud, ludzie kochani, a tu święta! To ja byłam najstarsza siostra i męża siostra, popłakalim, popłakalim, później się wzięlim za robotę, posprzątalim, posprzątalim i były takie święta. Ale były skromne święta, bo w Wielki Czwartek przyjechaliśmy, to nie było czasu na cokolwiek. Pamiętam, jak była Wigilia, to normalnie były kluski z makiem, kapusta z grochem, takie potrawy tylko. Także biednie było, bardzo biednie, ale ludzie jakoś przeżyli. A teraz jakoś sobie też ludzie radzą. Już pobudowane, centralne mają w domach, wodę mają w domach, a kiedyś, to ze studni nosili.

Żyło się bardzo biednie, no my żeśmy mieli, mama miała, trzy i pół morgi. To nie wiem, jak to na hektary, później tatuś dostał pół morgi. To było 4 morgi. A to była wojna, to był straszny czas. Takie czasy straszne były, Niemcy, wszystko było wyniszczone, miasta były wyniszczone, fabryki wyniszczone. Początkowo były młyny, a później już nie było młynów, tylko żarna takie mieliśmy, ale nam się spaliło, nie uratowaliśmy. Tylko żarna było i tak się chleb piekło. Jak tatuś żył, to mieliśmy dobrze, bo był tkaczem i len ludzie sieli, to się plewiło, później się wyrywało, wiązało, młóciło, rozkładało, międliło. To było bardzo dużo pracy. I z tego robił tatuś mój takie płótno, to ludzie nawet takie prześcieradła, męskie koszule, kalesony, wszystko z tego się szyło. To myśmy mieli dobrze, ale jak tatuś zmarł, to naprawdę biednie było. Bo do pracy nigdzie, wojna, wszystko zniszczone było, ja miałam ile, 9-10 lat jak tatuś zmarł. Palić nie było czym. Jakie był zimy straszne! Takie były zimy straszne, taki był mróz, taki był śnieg, tak na pół metra i później się po wierzchu szło. Jak po podłodze. Nic się nie zapadał, takie były mrozy i śniegi. Przecież wujek mój był sołtysem i umarzł. Bo Niemcy puszczali, żeby ludzie szli, odgarniali szosy zawalony i on już szedł do domu, noc straszna i mroźna i kurzawa była straszna, wyszedł, tak parę metrów odeszedł od tych budynków i upadł. Laskę na ręce miał, rano go znaleźli. Strasznie ciężko było.

Tam biednie, teraz to nie wiem, bo już parę lat jak nie byłam tam, ale teraz jest tam trochę lepiej, bo już tam budynki są pobudowane, bo kiedyś wszystko było z drzewa, drzewiane, słomą kryte i to dlatego tak się szybko spaliło. A może byśmy nie przyjechali, gdyby mama dostała była, kiedyś to nazywali sekurówkę (ubezpieczenie – dop. MS). Całe życie płaciła, a jak się spalilim, nic nie dostała, bo uznali, że Rosjanie przejeżdżali i strzelali, że może iskry zapalającej się zapalili. Na popiele żeśmy zostali. Mieliśmy przepiękne dwa obrazy, Matka Boska i Pan Jezus, jak się dom nasz palił, to ja wracałam wtedy od koleżanki i jak wpadłam jeszcze do tego domu, to zdjęłam ze ściany obraz Matki Boskiej, a mama Pana Jezusa i to żeśmy wynieśli, i tyle żeśmy zdążyli, i już się zapadło. No, moment było, by nas przydusiło. Wszystko się spaliło. A od czego? Nie wiadomo. Ogień straszny.

No i mieszkalim u ciotki, ciotka nas wzięła, ale tylko do jednego pokoju, a było nas pięcioro, jeszcze mielim babcię staruszkę i tak żeśmy mieszkali do 52. roku, tam w Lubelskiem. A tu żeśmy jak przyjechali, to wszystko mój teściu. Niemcy go zabrali na taką przymusową robotę, to był chyba pięć lat, później jak wrócił, nie chciał tam być, choć bardzo mu się podobało, był zadowolony, Niemcy też byli z niego zadowoleni, bo był pracowity. I właśnie on tu przyjechał, i my z nimi przyjechaliśmy tutaj, zabrali nas. Początkowo mieszkaliśmy tutaj, gdzie Jagosze mieszkają. To jest jak się jedzie po prawo do Strzekęcina, ostatni dom, to tam teście mieszkali, my żeśmy mieszkali do jesieni. I w jesieni dopiero nam gmina na gospodarstwo nie tu, nie, to moje, tylko tam, gdzie mieszkają Sady, mieszkała jakaś pani, ona to opuściła i to przedzielili dla mojej mamy. Ale to było tak, że ziemi nie było, była ziemia wszystka w dzierżawie, dopiero w jesieni był wójtem Pałka z Niedalina i on to wszystko, te ziemie, później poodbierał i dopiero mamie dał. Rok czasu nikt nie pracował, bo nie było gdzie. Ja byłam najstarsza, bracia, było dwóch młodszych i siostra też. I dopiero mama dostała pożyczkę na jesień, i dopiero obsialim zboże. To ja byłam w charakterze krawcowej, ja szyłam dzień i noc, przy lampie, nie było światła, żeby wyżywić, bo przywieźliśmy dwie jałówki, dziesięć kur, tyle nam zostało, jak żeśmy się spalili. No to ja tak szyłam, żeby tak – i dla krów siana, słomę, dla nas jakieś życie, a nie było światła, i mieszkałam u mamy do 58. roku. To już dwoje dzieci urodziłam tam. Jeden syn jest 53. a drugi 57. I tutaj, sąsiedzi wyjeżdżali z tego gospodarstwa, ale to było tak opuszczone, nie było tej obórki, nic, było strasznie, strasznie! No, ale my nie mieliśmy już wyjścia, dwoje dzieci było, no i oni pierwsze w dzierżawę, na 15 lat w dzierżawę, ale ten właściciel, on był bardzo chorowity, nie mógł na rentę przejść i mówi: „Pani, ja bym to dał na państwa, a wy, żebyście od państwa kupili". I my tak śmy się zgodzili z mężem, i później żeśmy to kupili od państwa, i śmy spłacali tą gospodarkę. I tak żeśmy się tu znaleźli.

Tutaj zajmowałam się gospodarstwem. Później już krawiectwem nie, bo nie dało rady, bo dzieci trzeba było... Spokojnie, jak to mówią, w biurze się siedzi, żeby spokój, a przy dzieciach już nie. Tak dla siebie, tak, dla siebie wszystko sobie szyłam, dzieciom szyłam. A tutaj to z wszystkiego się szyło, wszystkie takie były, normalnie, takie kretoniki, jedwabie, takie różne materiały były. Ludzie w kolejce stali, bo nie można było dostać tych materiałów. A pościel to z adamasu się szyło. Taki był modny. A teraz pościel flanelowa najlepsza. I na drutach się robiło.