Sabina Pająk

Data urodzenia: 2.04.1935 r.
Miejsce urodzenia: Milewo (pow. Płońsk).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Dunowo, Strzekęcino (gm. Świeszyno).
Zawód: sprzedawca.
Zawody rodziców: rolnicy.
Zawody dziadków: nie pamiętam
Kontakty z obcymi językami: rosyjski.

 

 

Wojna była w 1939 roku. Hitler napadł na Polskę. Jeszcze takie powiedzenie było, że: „1 września roku pamiętnego wróg napadł na Polskę, pochodzenia niemieckiego”. Wtedy ja miałam 4 lata i była wojna przez 6 lat. Do 45 roku Niemcy szli jak huragan. Zajmowali wszystkie miasta polskie. Moja siostra szła do szkoły, do 7 klasy 1 września i ją Niemcy wrócili. Patrol niemiecka, zobaczyli, że teczka w ręku, idzie, fartuszek czarny. To miała 14 lat i pytali jej się: „Gdzie ty idziesz?”. Mówi, że do szkoły. Mówią: „Nie ma twojej szkoły, spalona i uciekaj do domu, bo cię Niemcy zabiją”. I ona szybko, tam może odeszła z kilometr od domu, szybko się wróciła i z płaczem. Boże, płakała, tu pamiętam, jak miała tę teczkę, rzucała po podwórku i płakała, że już szkoły nie będzie. A ona chciała iść na nauczycielkę, się bardzo dobrze uczyła. No i później już nie było ani szkół dla Polaków, ani szpitali, nic. Była niewola.

To ja w Płońsku widziałam czasem, jak siostra moja nieraz mnie brała w kolejkę tam na zakupy i Polacy mieli swoje sklepy i kartki. I mieliśmy inną żywność na kartkach, a Niemcy mieli swoje sklepy, bogate. Tam nie wolno było wejść, bo by zabili. To ja stałam z siostrą na ulicy w kolejce. To jak Niemczak szedł, a tam która polska kobieta gdzieś wyszła, trochę noga jej wystawała, to już ją kopnął w nogę albo pchnął ją, albo w twarz uderzył czy napluł. Takie za nic ludzi mieli po prostu. Dla nich było człowieka zabić, tak jakby zająca strzelił. Nawet „heil Hitler”, to myśmy krowy paśli i się uczyli mówić, żeby to, jak będą Niemcy jechać drogą, żeby jak najładniej powiedzieć. To oni cukierki nam rzucali. Takie wielkie cukierki. A gdzie tam dziecko widziało cukierka, bułkę. Chyba, że w domu matka upiekła. Nawet mamusia nie kazała nam brać. Żadnych zabawek, niczego. Bo to może być trucizna. Zabawki, piłka, rzucił piłkę. A gdzie kiedyś dzieci piłki mieli. Myśmy ze szmaty szyli takie bołdy, piłki i to gralim tak o! To nawet mogła tam być bomba. I raz taką piłkę znalazłam na drodze. Pędziłam krowy do domu i taką piłkę znalazłam. Pół była żółta, a pół czerwona. I tam było widać takie coś, taki guzik czarny. A to był zapalnik, żebym była tę piłkę rzuciła o kamień albo o drzewo czy w krowę, to by była się rozerwała. Przyniosłam do domu i ojciec czym prędzej wziął tę piłkę i nie wiem, gdzieś wyniósł, zakopał czy coś i powiedział, żeby nic nie brać.

Także niszczyli na każdym kroku. Młodzież, wszystko tam od nas ludzi wysiedlali, bo tu już Niemcy byli, do samej Piły były tereny rdzenne niemieckie. Także tutaj jak na przykład Pałac w Strzekęcinie, to tam dziedzic niemiecki mieszkał i tutaj miał Dunowo, Giezkowo, Niedalino. Te wszystkie inne pałace. To wszystko pod niego należało i to wszystko Polacy robili. I tam spali gdzieś takie chłopy przy koniach, przy krowach, kobiety spali w takich kojcach tam, dzieci takie marne jedzenie, umierały, bo z wygłodzenia.

Później tak wojna tam w Rosji trwała. Ruski już osłabili, Niemcy wybili dużo wojska radzieckiego i już byli tamten dowódca Stalin i byli już ruskie przegrywali, tylko że tam uratowali, bo to szli od Berlina do Lenina i pod Stalingradem były mrozy do 40 stopni. Niemcy niezwyczajni byli tego i dostali ruski posiłki. Amerykanie przyszli z wojskiem, samoloty, wszystko tam, te bomby, to wszystko pomogli i dopiero zaczęli od Stalingradu z powrotem ich cofać. To już tak niemieckiego wojska naginęło, no i ruskiego to samo, że tutaj Hitler to już brał takich po 14 lat chłopaków i po 19 takich.

* * *

Tam u nas to też nas wysiedlili. Mieliśmy taki ładny dom. Taki tutaj drewniany jak w „M jak miłość”, co nagrywają. To jak ja zobaczę, to myślę sobie, że to moja chałupa jest. Do chlewa nas, ojciec chlew zrobił, tak przegrodził, pokój, kuchnia i takie kuchnię postawił, aby tylko być na swoim. A tam wprowadzili rodzinę niemiecką. I tam była kobieta, panienka, dwóch synów. A on, ja wiem, może on w Oświęcimiu ludzi palił. W czarnym ubraniu, SS tutaj ta trupia głowa taka była i SS. To najgorsza policja, żandarmeria była. Najgorsza. To on nieraz tylko przyjeżdżał, ale już tam nie było wolno, żebyśmy my chodzili. Takiego chłopaka mieli jak ja, a drugi do ogólniaka chodził, do Płońska. To też go później na front zabrali i zginął. I on przyjechał po nią w nocy. Przyjechał, nie wiem, jak gdzieś samochodem i tamtego już nie było syna. I ją wziął. I takiego chłopaka mieli, jak ja właśnie. 10. rok miał i on był strasznie chory. Gorączkę miał, a Niemcy się boili, że to może być tyfus czy coś tam. I go zostawili. Jak ta Niemka płakała. Tak się wracała do matki, do siostry, że w razie jak on przeżyje, będzie go szukać, jak ona przeżyje. Nie wiem, czy jakiś samolot stał z tyłu, czy samochód za domem, bo to noc była, i zabrał ją. I myśmy go tam wyleczyli i on chodził do szkoły razem ze mną i żeśmy do 14 lat go mieli. I później ona znalazła tego syna. Przez Czerwony Krzyż. Ojciec musiał go odwieźć do Warszawy na Okęcie. Tam był zbiór wszystkich tych Niemców. Bo jeszcze dużo Niemców tu było. I on tak cieszył się, bo ta matka, ale tu już się przyzwyczaił od dziecka. No i ojciec go zawiózł na Okęcie, tam był zbiór, samolot, no i on pojechał, a to matka jego była w Niemczech. Do Berlina to byli demokratyczne Niemcy, to co Ruski zdobyli do Bramy Brandenburskiej i tamten mur berliński, a za tym murem, to już byli federalne Niemcy i on był w tamtych Niemczech. Matka tam już na lotnisku na niego czekała i później już za jakieś dwa tygodnie napisał list, że zajechał, spotkał mamę, jest szczęśliwy, zdrowy i pozdrawiał nas wszystkich, ale więcej już jemu nie wolno było pisać. I do tej pory jeszcze nie wiem, może on żyje, z tego roku co ja był, może żyje.

* * *

Ja przeżyłam front, że takie schrony kazali kopać kiedyś ojcu. Taki nakaz był i ojciec za domem, ileś tam metrów za domem taki schron w ziemię, 5 metrów. Schodki były, potem się wchodziło tam i tam musiał taki być prosto krzyż i zakręt, że w razie czego jak czołg wjedzie w jedno miejsce, żeby nie zagniótł w drugim miejscu. Takie brzozy wielkie ścinali i kładli na to, i zamaskowane było. I do nas, w nocy żeśmy spali, a tu żandarmy pukają w okna. Weszli, cały sztab taki wojskowy, front już nadchodził. Już w Warszawie tam wojska były radzieckie, a oni tutaj weszli. Nam kazali: „Raus!”. A oni wtedy stół, rozpostarli na stole wszystkie te mapy. Cały sztab ten niemiecki. No i tam badali, dokąd te Ruski już są. My wstajem rano, patrzym – w stodole stoi czołg, lufa skierowana na Warszawę, u sąsiadów za chlewem czołg, po boku u sąsiadów to samo, u nas za domem. Tylko te lufy powytykane i wszystko na Warszawę, a tam już Warszawa była zbita. Niemcy już zbili do cna. Które budynki jeszcze stali, to walili z armat i rozbijali.

A w dzień przyjechała kuchnia niemiecka na podwórko. U nas było takie ładne, duże podwórko, wjechali. Poszedł do sąsiada, strzelił w jałówkę, w łeb, zabili, co lepsze mięso wybrali, przynieśli. Poszli do chlewa do nas, tam że to już niemiecki ten chlew, ale już nasz był, bo jej nie było. Kur bagnetem naobcinał, rzucał, obcinał i rzucał tam 10-20 i kazał matce to z siostrą skubać i rosół gotować. I tam był jeden Niemiec, co go do niewoli wzięli, patrol jakiś, jacyś zwiadowi, taki zwiadowiec. On był gdzieś starszym wojskowym, ale nie wiem, czy w ruskim wojsku, czy w polskim wojsku, i mówi: „Już niedługo, jutro już tu nas nie będzie”. Ale prosił ojca, żeby go ojciec przechował. I ojciec mu taką dziurę zrobił w stodole, słomy wyrwał i jego tam. Mówi: „Jak kula trafi w stodołę, no to cię nie będzie”. I on przesiedział przez noc. Rano wyszedł. Ojciec nas wyprowadził z tego bunkra, a to tylko kominy stoją. Boże, popalone te domy u sąsiadów, tu u nas pół domu urwane było jak kula trafiła. Tam tłukli, gdzie te czołgi stały. I wiem tylko, pamiętam, jak uciekaliśmy do schronu i zaczęli kury bić, i tak u sąsiada za szopą taką stał czołg i jeszcze jakiś facet, ten Niemiec, wyszedł się załatwić, a ten czołg jak rąbnął w ten chlew, to tylko widziałam nogę z kalesonami, jak w powietrzu leciała. Gdzie on się rozleciał, to nie wiem wcale. I wyleciał pies, taki wielachny pies czarny spod tego czołgu, i za nami. Wpadł do tego bunkra, do nas tam. Jak ten psina się trząsł cały. I później był już u nas aż do starości. Mądry był taki, że nie wiem.

Później te Niemcy odjechali, zaraz na rano Ruski wjeżdżali. Z powrotem kuchnia, rosyjska. I ten facet wyszedł ze stodoły, ojciec go zawołał, on wyszedł i do tego sztabu ruskiego, też ten sztab był w pokoju. Weszli z tymi mapami, z tym wszystkim, ale już tak nie byli, żeby tak zabijać inwentarz, czy coś. Mieli swojego żarcia w bród. Już tam gdzieś może wieźli, co natłukli. Ojciec wyprowadził go i on przyszedł do tego sztabu, za pół godziny wychodzi już w mundurze oficerskim, no i podziękował ojcu, dał takie garść pieniędzy, ale jakie to byli te pieniędzy, to ja nie wiem. Przecie to nie polskie były, to i tak nie miały żadnego znaczenia oni. No i poszli naprzód, aż do Berlina. No i 9 maja zdobyli Berlin. Na tej Bramie Brandenburskiej flaga była zatknięta biało-czerwona polska, no i radziecka czerwona. I później ruskie, jak wracali, to i Polaków zabierali stąd na samochody. Dziewczyny wracały, co służyli u Niemców, no i chłopaki młode. Ale niektórzy z powrotem tu poprzyjeżdżali, bo tam nie było ani pracy, niczego. Tam same gospodarki. Tam jeszcze Niemcy poniszczyli wszystko jak uciekali.

No i 9 maja – dzień wyzwolenia. Wyzwolili nas. Ja poszłam do szkoły, do 1 klasy, no to świadectwa nie było, niczego. Wiem, że u mojej rodziny, u jakiejś ciotki tam taki wielachny pokój był i tam takie ławki długie, jak w kościele byli i tam nauczycielka. Bo wszystko się ukrywało, czy nauczyciel, czy na księdza miał iść, czy księdzem był, to się ukrywali, nie pokazywali. Krowy pasali u Niemców, nauczycielki to samo, bo Niemcy zabiliby. Nie wolno było, ciemnota żeby była i tego. Ani szkół, niczego. Absolutnie. Jeszcze ja mam gdzieś świadectwo z 1 klasy na kartce papieru, że tam skończyłam 1 klasę w 46 roku. Bo nawet tacy byli, po 18 lat mieli, po 19 i nie umieli czytać, pisać, nic. Analfabeci byli, a mnie to w domu uczyła siostra jedna, druga. Ja umiałam wszystko i czytać, i pisać, i tabliczkę mnożenia już jak szłam do 1 klasy. No i później już coraz to lepiej było, tylko że tak to już było za Stalina. Taki rygor był, komuna.

Chodziłam do szkoły podstawowej tam u mnie na wiosce. Sześcioklasowa tylko była. Później do 7 klasy poszłam do Płońska, skończyłam tam, no i chciałam iść do ogólniaka i nie wolno było, żeby dzieci gospodarzy szli dalej do szkoły. Tylko rolnicze szkoły albo traktorzysta mechanik, albo jakiś rolnik, jakieś rolnicze szkoły. Ja już miałam 16 lat, 17 rok i poszłam do Ciechanowa do szkoły, korespondencyjnie się uczyłam aż skończyłam. Później już miałam 18 lat skończone, no to już miałam dalszy ciąg tej nauki i poszłam do pracy do Gromadzkiej Rady. Byłam referentem meldunkowym, tam u nas na wiosce Gromadzka Rada była. Później już skończyłam maturę, byłam sekretarzem w Gromadzkiej Radzie. Dawałam śluby. Mam bardzo ładne pismo kaligraficzne, wypisywałam dowody osobiste, bo to trzeba było ładnie. Brali mnie do WKR-u, wypisywałam książeczki wojskowe tym tuszem elegancko, wyraźnie, żeby nie było nabazgrane.

I później dali mnie na staż pracy. Bo tu na zachodzie nie było w ogóle wykształconych ludzi. Tu po PGR-ach jak miał 7 klas kierownik albo dyrektor, to wszystko. Ja tu przyszłam koło Świdwina, w Dąbrowie. Byłam na stażu pracy jako księgowa. No i tu zapoznałam chłopaka, no i tu wyszłam za mąż. Później wyjechałam tam, do centrali z powrotem do rodziców. Ten syn miał starszy 2 latka, to wyjechaliśmy tam, ale nie podobało mi się tam. Pusto, głucho. Tu jakoś było wesoło, tak jakoś inaczej było i tutaj się zostało. Miałam sklep, tutaj niedaleko Lasek, w tym Sownie miałam sklep, taki duży GS-owski sklep. No i ten, co on miał kobietę w Sianowie, okradł mi ten sklep z pieniędzy, no 1000 złotych, a to w 65 roku były wszystko te spożywcze rzeczy tanie. To był samochód ciężarowy towaru. Mieli mnie przenieść na inny sklep gdzieś. Taki wielobranżowy, taki, że i materiały byli, i takie spożywcze rzeczy. No i zrobili remanent. Wszyściutko było, nawet worki się zgadzały, skrzynki się zgadzało, tylko pieniędzy nie było. Albo towaru za te pieniądze. A towar w tych pieniądzach, to było ciężarowy samochód towaru. No i co? Nie wolno mi się było ruszyć, jeszcze mnie w ciąży zostawił z Leszkiem, tym synem, byłam 6 tygodni w ciąży. Tylko policja do mnie przyjeżdżała i czekało mnie 3 lata siedzieć. I ja usiadłam, napisałam do Gomułki. Wszystko opisałam, za dwa tygodnie dostałam odpowiedź. Dostałam 5 prac, zatrudnić mnie i z mieszkaniem, no i komornika na raty spłacić te pieniądze. To 3 lata spłacałam. Nawet w Polanowie nie umorzyli procentu od tego, tylko musiałam co do grosika wszystko spłacić.

No i co? Nie miałam tu nikogo. Ani rodziny, nic. Sama jedna i tylko te dzieci. I poszłam do Ostrowca do PGR-u, bo tam miałam znajomego kierownika. Pojechałam i zaraz ciągnik przysłał, przyczepy z tymi rzeczami, tam z tymi gratami my przywieźli, mieszkanie miałam, wszystko. No i poszłam do obory, bo wyjścia nie miałam. Nie mogłam iść do biura, bo dzieci nie zostawię na cały dzień, żebym w biurze była. A tak rano szłam o 3, dzieciaki spały, przyszłam, mogłam do szkoły wyszykować, z dziećmi prawie cały dzień być w domu, poprać, nagotować im i na wieczór poszłam znowuż tam doić. Nie umiałam krów doić, chociaż w domu krowy byli i gospodarka była, ale myśmy nie doili. Ale jak później przyszło na to, to się nauczyłam i krów doić. No i tak zostałam. Do emerytury prawie 40 lat pracowałam w oborze.

* * *

Takie normalne saganki, a tak moździerz był, co już takie coś było z żelaza i to tam się tłukło nieraz pieprz, tam jeszcze jakieś. Matka sama kawę robiła, nie kupywało się kawy za Niemca. Bo raz, że chyba nie było, to nie pamiętam, ale myśmy zbierali żołędzie i matka suszyła te żołędzie tak w piecu, jak paliła do chleba, się piekło, to suszyła te żołędzie i później myśmy osmykiwali, tak tylko same pestki w żołędziach byli. No i pszenicę suszyła, i to wszystko razem w taki moździerz, i taką pałką żelazną to tłukła, i to takie wychodziło, jak kasza, tak musiała stłuc jak kasza. Wsypywała w takie pudło i to była kawa. Nie było cukru dla Polaków, tylko sacharyna. Nie było masła, tylko margaryna, ale to takie jakieś było, matka to świniom krasiła tym, tak wrzucała do wody, to było obrzydliwe takie. I jakieś zamiast smalcu, to był taki ceres. To taka wielka kostka była, jak pół cegły, to takie było niby smalec, niby margaryna. To też my tego nie używali. Bo tam ta Niemka zabiła świniaka, to sobie brała mięso, a nam resztę przynosiła. Zresztą ojciec tam zabijał. Mieliśmy i mleko, tylko trzeba robić było.

* * *

Matki brat był szewcem u Niemców. To takie przywoził nam nieraz cały worek takich, same te od butów, od kamaszów takie przyszewki od pantofli, a ojciec robił z drzewa takie zelówki i dopiero na to wsadzał skórkę, taki rzemyk, i gwoździkami naokoło obijał. I w tym się chodziło, bo butów nie było. Najwyżej z drzewa takie dłubaki wydłubane. A ubrania, to u nas sieliśmy len i to matka miała cały ten warsztat w domu. Ten len się wyrywało, jak już dojrzał, to go się wyrywało i te siemię było, takie brązowe ziarnka, to stawiało się w takie kopki i jak on już tak dojrzały był, to ojciec wtedy brał, w stodole rozpościerał tam jakieś płachtę, i młócił to. Tylko kijem to wymłacał, wytrząchnął i później to się oczyszczało. Był taki młynek, przemlewali przez ten młynek, bo musiało być czyściutkie te siemię i później olej z tego. Zawozili do Płońska, była olejarnia i olej wyciskali z tego, a myśmy na tym piekli placki i kapustę z olejem, surówki tam, bo wszystko się kisiło, wszystko naturalne, bez nawozu, bez niczego. I ten len, tę słomę woziło się do takiego stawu, moczyło się tam, nie wiem ile, czy 3 tygodnie, czy miesiąc, przyciskało się czymś, jak ona cała musiała opłynąć we wodzie. Jak ta słoma już spróchniała na tym, wtedy się wyjmowało, no i przywoziło się do domu, i matka miała takie, tak się nazywała, międlica. I brała takie, to były takie wiechotki, się wiązało w takie wiechotki ten len i brała to, rozwiązywała, wtedy rozpościerała, on wysechł z tej wody i taka rączka była, i tu się podsadzało, i takie wgłębienie było, i ciach, ciach, ciach. No i później takie szczotki były, czesała, to tak ładnie było przyczesane, jak włosy takie. I wrzeciono było, zwijała w taki warkocz, to nasadzała na taki kijek, no i tak o, przędła nici. No i krosna miała też i na tych krosnach robiła płótna, i to się wybielało we wodzie. Nie wiem, w czym wybielała. I z tego się szyło spodnie, farbowało się na czarno, farba tam była i farbowało się, koszule białe z tego, dziewczynom szyła spódnice, takie garsonki przybrane tak gdzieś materiałem. To ta Niemka nawet maszynę miała i szyła tam, i siostrę jedną nauczyła szyć na tej maszynie. I później siostra krawcową była. I była kaleką. Niemiec zrobił z niej kalekę, bo paśliśmy krowy, ja pasłam gęsi i tam konie chodziły, i krowy, i jechali Niemcy, a nie wiedzieli, że to jest nie nasze, niemieckie. I była taka piękna ja - łówka, wielka taka, i ona była cielna. Stanęli i wysiadł, i mówi, żeby dać mu tę jałówkę, przyczepić do tego wolantu. A ona mówi, że nie, to nie jest nasza. To jest niemiecka. I kazał to zdjąć znowu i jak ona się przechyliła, to już pistolet wyjął tylko strzelić w nią i tego, jak ona się przechyliła i jak on jej kopa dosunął takim oficerkiem, z całej siły, a ja tylko widziałam, jak ona tak leciała i w żyto wpadła. A on wziął tę jałówkę i do tego wolantu, i pojechali. A ja przez pola, prosto na dom, bo widziałam swój dom nie tak za daleko, przez pola do tej Niemki, że Niemcy jałówkę ukradli i mówię, że tu zaraz będą jechać tą drogą. Ona w samochód, miała swój samochód i zajechała im drogę, zabrała tę jałówkę z powrotem. I siostra co? Wybił jej łopatkę z ramienia i tak miała do góry, ale ani lekarza, ani nic. I chyba z tydzień się męczyła, tam matka jej jakieś zioła dawała na picie, bo to nie było ani przeciwbólowych, niczego. Smarowała jej tam czymś i ktoś tam powiedział, że do naszej wioski przyszło wojsko niemieckie i jest lekarz. Matka wzięła, pamiętam, jakiś spirytus taki, taką flachę z miodem, wzięła gęś zabiła, masła, jajek tam oj i do tych Niemców. Wzięła siostrę i poszła. On ją zbadał, zobaczył i mówi, że już jest za późno, bo już wszystko się oblało tą chrzęścią i trzeba do szpitala, i składać na nowo. A tam, to już nie da rady, on tego tu nie zrobi, bo on nie ma środków na to, ona z bólu nie wytrzyma, jakby jej połamał to. No i tak została.

 

 

Słownictwo:

bołda – ręcznie zrobiona ze szmat piłka do gry.

ceres – bezwonny tłuszcz o stałej konsystencji, używany jako tłuszcz kuchenny i do wyrobu margaryny.

dłubaki – prymitywne buty z wydłubanego kawałka drewna.

krosno – maszyna włókiennicza lub ręczny warsztat tkacki do wytwarzania tkanin.

miądlica / międlica – drewniane narzędzie używane dawniej do międlenia lnu i konopi.

moździerz – miseczka z tłuczkiem, służąca do ucierania na proszek przypraw.

osmykiwanie – ręczne oddzielanie nasion np. żołędzi od szypułki.

przyszwa / przyszewka – część cholewki obuwia przyszyta do podeszwy, zakrywająca stopę.

rozpostrzeć – rozciągnąć, rozpiąć na dużej powierzchni.

saganek / sagan – garnek żelazny lub miedziany.

w bród – bardzo dużo, pod do - statkiem.

wolant – powóz czterokołowy na resorach, bez budy używany w dawnej Polsce.

wrzeciono – przyrząd do przędzenia ręcznego w postaci wałka zaostrzonego na obu końcach.

zelówka – przednia część podeszwy buta lub cała podeszwa.

znowuż – pot. znowu, po raz kolejny.