Władysława Ornatek

Data urodzenia: 1941 r.
Miejsce urodzenia: Strzelce

 

 

Wywiad z Władysławą Ornatek.


 

Nazywam się Władysława Ornatek. Urodziłam się 5 kwietnia 1941 roku w Strzelcach, powiat Strzelno, a województwo bydgoskie, czyli Kujawy.

Przyjechałam już po ślubie, w 1961 roku, do Dunowa. To już byłam mężatką. Skończyliśmy z mężem licea pedagogiczne. Dziadek był nauczycielem, w rodzinie dużo też mam nauczycieli. Z męża rodziny bardzo dużo. Mój mąż dostał skierowanie właśnie tutaj. On był bardzo dobry matematyk. On mnie namawiał na tę matematykę, ale ja to byłam taki ciemny zieleń z tej matematyki. Przed maturą, to koleżanka do mnie przychodziła zawsze. Nie byłam aż taka słaba, ale na przykład trygonometria była dla mnie ciężka. I ta Aniela przyjeżdżała do mnie na wakacje i żeśmy rozwiązywały zadania. Jak już była algebra, to wszystkie równania dla mnie, ale na maturze dostałam dwa zadania z trygonometrii! Jak ja poszłam, to ja nie wiedziałam, gdzie cyrkiel, tak mi się ręce trzęsły. Dopiero ten przewodniczący podszedł do mnie i mówi: „Spokojnie, dziewczyno, zrobisz, bo to są takie łatwe. Masz tu cyrkiel, masz tu ekierkę, wzór. Wzór znasz?". „Znam". „Napisz". Napisałam. Normalnie, bo to ustny był, bo na pisemnym, to ściągnęłam, bo mi profesorka w bułce przyniosła jedno zadanie, a jednego zadania nie. No, przyniosła mi w bułce. To ten matematyk tak latał, a potem się okazało, że on od mojej mamy, to jakiś krewniak był. Ale zdałam, bo wystarczyło nawet dwa zadania tam rozwiązać. To przy końcu już mi przerwał, bo już mówi, że wie, że wiem, co dalej. A to trzecie, to w bułce, to tak latał przy mnie. Boże, jak tu otworzyć. Miałam z tafty spódnicę i kieszenie. No to tą kartkę wyciągnęłam z tej bułki, wyciągnęłam i teraz do kieszeni, a z kieszeni wyciągnąć, to już każdy umie. Więc jakoś wyciągnęłam, położyłam pod kartkę, otworzyłam i szybko napisałam na tej kartce, co miałam obliczenia, potem już na czysto. A on mówi: „Co ty tam masz za kartki?". Ja mówię: „Proszę mi tutaj nie przeszkadzać, ja teraz jestem skupiona, a pan profesor mi tu przeszkadza". O Jezu, ten pan przewodniczący wyleciał, co tu się dzieje. To ja mówię, że jestem skupiona, na brudno sobie napisałam, tu sobie przepisuje na czystą kartkę. „Proszę odejść". I odszedł, a ja sobie ściągnęłam.

***

Trochę żeśmy się znali już z liceum z mężem, ale to tylko tak, może jeden rok, dwa i potem ta znajomość koleżeńska się zagubiła, zniknęła.

Rok po maturze, to w Janikowie pracowałam, w GS-ach, byłam kartotekarką. On mieszkał w Kruszwicy, a ja w Janikowie, no to jest pewna odległość. On skończył te liceum, potem do wojska, z wojska dostał nakaz pracy do Mielna. To było dwóch, trzech mężczyzn i jedna kobieta, pani Maria. I oni wszyscy osiedlili się w Mielnie, a mąż nie, bo on musi na wieś. No to wtedy dostał do Konikowa i tam dwa czy tam trzy lata pracował. A z mężem właśnie to spotkałam się na weselu mojej kuzynki i jego kuzyna. To on już tutaj pracował w Konikowie, ale praca mu się tu nie układała, więc prosił kuratorium, żeby go przenieśli gdziekolwiek do innej pracy. No i było wolne stanowisko w Dunowie i tam zaraz został kierownikiem. No i ja jako pani kierownikowa, bo tak na mnie w Dunowie gadali. No i właśnie tam był i jak żeśmy się pobrali, to od razu przyjechaliśmy do Dunowa, bo dostał mieszkanie 3-pokojowe w szkole, starej szkole, a gdyby nie ożenił się, to mieszkania by nie dostał. W 62. roku urodziłam syna, w Koszalinie i praca moja pedagogiczna odbywała się od 63. roku. Dwadzieścia lat tam byłam w Dunowie, a potem się przeniosłam do Świeszyna, bo mąż został dyrektorem gminnym. Po dyrektorze gminnym pełnił stanowisko inspektora oświaty i wychowania i zaczynał pracę wcześniej, bo ode mnie był 4 lata starszy. Z racji tego, że był inspektorem, powinien mieć biuro w Urzędzie Gminy, ale ponieważ nie było tam warunków, to mąż mówi: „To już sobie w szkole swoje biuro mam i nawet lepiej, bo mam kontakt z nauczycielami".

A w Dunowie co roku prowadziłam pierwszą klasę, bo nikt nie chciał pierwszej klasy. Nowa szkoła jak powstała, dostałam klasopracownię, sama sobie ją urządziłam, oczywiście. Od 63. roku jak tylko zaczęłam pracować w Dunowie, to prowadziłam drużynę zuchową. No to też dostałam takie wyróżnienie. I szóstki potem utworzyły się śpiewające i zawsze organizowano festiwale. Tu nie było, że z Dunowa to drugie, czy trzecie, czy pierwsze miejsce, nie było. Bo sam wystrój, w który ja wystroiłam dzieci, w biało-czerwone kokardy, mundurki pięknie odprasowane, od tego. A ostatnio jak miałam tą szóstkę, to byliśmy na przeglądzie w Szczecinku, to pierwsze miejsce zdobyliśmy i puchar żeśmy dostali. No i wtedy dostałam nie nagrodę, tylko jakieś takie odznaczenie z komendy chorągwi. I wtedy mieliśmy zaproszenie na warsztaty muzyczne, bo jeszcze żeśmy w jakiejś miejscowości śpiewali. I wtedy ta pani przyszła i mówi: „Jezu, jakie te dzieci zdolne. Jak one to wszystko wykonywały! Te ciastka, potrafił zejść ze sceny i jaki ukłon!". No i potem pani Kiciowa ze Strzekęcina mówi: „Pani Władysławo, toć te dzieci byłyby teraz artystami!". Ja mówię: „No byłyby, ale widzi pani, jedna chciała, druga nie chciała".

20 lat byłam w Dunowie i po 20 latach przeszłam do Konikowa, no bo wiadomo i odległość taka była, no i mąż tu, a ja tu. Miałam bardzo zły dojazd ze Świeszyna do Dunowa. Jak był pierwszy, to się rowerem z Dunowa jechało po wypłatę tu do Świeszyna.

I wtedy tu było jakoś miejsce wolne, nie miał kto pierwszej klasy wziąć, no to ja wzięłam, no i od tego czasu pracowałam w Konikowie. W którymś roku miałam klasę 3 i było tam 28 dzieci, miałam też z orzeczeniami lekarskimi, opóźnione dzieci w rozwoju, no to z nimi trzeba było osobno pracować. No, ale wyniki były. Na tym sprawdzianie była pani dyrektor Łuczyńska, był mój mąż inspektor i była pani metodyk z Koszalina. Ale moje dzieci były tak przygotowane do tego sprawdzianu! No nie powiem, że były orłami, ale nie byli najgorsi. Oczywiście, zawsze uczeń słaby miał przy sobie ucznia zdolnego. I to nie to, że tam będzie pisał za niego. Ale ja powiedziałam: „Jeżeli napisałeś swoje, masz zerknąć na kolegi albo trochę podsunąć. Po prostu sprawdź, czy ten kolega ma te wszystkie wyrazy z „u" czy z „rz" napisane. A jeżeli ma źle, to nic nie rozmawiać, tylko palcem pokazać, że tu źle jest". I oni napisali na czwórki. No i najlepsze w całej gminie były wyniki. To się bardzo cieszyłam i dostałam nagrodę.

W Dunowie na przykład było otwarcie nowej szkoły, mąż dużo zdrowia stracił, żeby tę szkołę wybudować. Bo to jeszcze była ta partia zjednoczona, oni nie chcieli, żeby ta szkoła była, bo po co szkoła w Dunowie. To ja mówię: „Matko, to my w takich warunkach pracowaliśmy, w jakimś takim baraku, jak w międzyczasie budowali tę szkołę, to w jakiejś takiej świetlicy się zajęcia odbywały, to żaden nauczyciel by nie chciał w takim baraku pracować". To jeszcze przyjeżdżali na hospitacje i na sprawdziany. W tym baraku ja, pamiętam, miałam sprawdzian, jeszcze za pana Zduńskiego było. Mówił, że ja za dużo pomagam dzieciom. Ja mówię: „Panie dyrektorze, ja wiem od czego ja jestem. Ja uczyłam się za nauczycielkę i wiem, że dziecko oczekuje od wychowawcy jakiejś pomocy. A co ja takiego robię? Że pokazałam dziecku to, czy tamto? Ja mam prawo do tego". No i wtedy już nie miałam pierwszego miejsca. Miałam bardzo słaby zespół klasy.

Dopiero odczułam, że jestem prawdziwym nauczycielem, jak przyszłam tu do Świeszyna i miałam klasę pierwszą. I to była szkoła jeszcze ośmioklasowa w Świeszynie, a pierwsza klasa zawsze musiała być w tej szkole. I tak, moje obserwacje, ja bardzo dużo robiłam i dla tej szkoły, i dla wszystkich zresztą zrobiłam. Ja nie chwalę się, że zrobiłam super, ale po prostu chodziło mi o dobro dzieci. A ja byłam takim wychowawcą, że ja przez miesiąc nie poszłam do pokoju nauczycielskiego herbatę pić, tylko ja byłam i na przerwie, i na lekcji. I ja to zauważyłam, co się dzieje. Ale potem, po kilku miesiącach, mówię do męża w ten sposób: „Słuchaj, tu trzeba coś zrobić. Tu nie może być, żeby starsze klasy były, dryblasy i takie małe dzieci. Absolutnie. Po naradzie pedagogicznej musimy uzgodnić, pojedziesz do kuratorium i powiesz". Bo w Konikowie, to już była 2 i 3 klasa, i oddział przedszkolny, pani Madziałowa prowadziła. „I dlaczego pierwsza klasa musi tutaj być? Mnie się to nie podoba. Ja tyle lektur przeczytałam. Małe dzieci muszą znaleźć się w swoim otoczeniu, w swoim wieku". No i pojechał, przedstawił to, kurator mu przyznał rację i zapytał, kto na taki pomysł wpadł. No i mówi: „Moja żona". „Widzi pan, jaką ma pan żonę?". I do końca roku, do czerwca, a od nowego pierwsza klasa już była tam i świetnie się wszyscy czuli, i zupełnie kontakt inny te dzieci miały.

A na rozpoczęcie nowej szkoły, to ja przygotowałam uroczystość. No i po tej uroczystości ten pan z kuratorium przyszedł do mnie i pytał mnie, czy ja te dzieci uczę. Ja mówię, że tak, że to jest moja pierwsza klasa. I on mówi: „Proszę panią, wyprzedziła pani jakieś tam plenum. Należy się pani nagroda. Ja osobiście przyrzekam, wobec tutaj pana dyrektora, że pani otrzyma tą nagrodę. No to było wspaniałe. Nigdy bym nie powiedział, że to dzieci wiejskie". A jeszcze jeden taki pan był Halagiera, to on mówił, czy ja wypożyczyłam dzieci na inscenizację. No to ja mówię: „Czy ty żeś oszalał? Jakie dzieci? Przecież to są moje dzieci!". A było przepięknie. A inscenizacja była przecudna. To byłam sama zadowolona. No i pięknie śpiewały takie różne piosenki i wiersze. 25 lat jeździłam na chór ZNP, to jest naprawdę bardzo dużo. I hymn szkoły ułożyłam: „Jacy my jesteśmy mali przodownicy". To ja sama, oczywiście, że tych słów to ja nie ułożyłam, bo to z jakiejś książki to podebrałam, ale muzykę, to ja sama. Tam też otrzymałam jakiś medal, który też zgubiłam. Tam jeszcze jakiś drugi medal miałam.

No to 10 lat chyba pracowałam i wtedy mi mąż umarł nagle. No i taka byłam rozgoryczona, no człowiek 55 lat, zdrowy, nie chorował nigdy, zła diagnoza lekarza. I byłam w takiej żałobie, to już te wszystkie panie, pani dyrektor Jezierska i wszystkie, tak się mną opiekowały, taką opiekę miałam, tego to nie zapomnę do końca życia. Tacy wspaniali ludzie. Tak samo mile wspominam ludzi z Dunowa. I teraz do tej pory słyszę, że miłe opinie dają właśnie o nas, że mówią: „No takich nauczycieli, jak Ornatkowie, to nie będzie". To jest miłe, bardzo miłe. Tak samo miło wspominam Konikowo. Ja nigdy nie miałam problemu, przez 30 lat. Po prostu umiałam sobie znaleźć metody, bo wiadomo, psychika dziecka jest inna, psychika dorosłego człowieka też jest inna. No to w tym trzeba się znaleźć, ale po to się człowiek uczył, żeby te doświadczenia swoje zdobywać, tą wiedzę umieć przekazać. Także ta praca właśnie mi tak bardzo miło upłynęła. Potem jak już byłam w tej żałobie, to urodziła się wnusia moja. Wnusia, tak, to dzięki niej tak człowiek żył. I tak po tygodniu, czy po dwóch przyszła pani Jezierska i mówi: „Władziu, potrzebujemy do Konikowa, bo taka pani chora. Przyjdziesz?". „Przyjdę, ale przyjdę z wnuczką, bo ją bawię". „Dobrze, przyjdź z wnuczką, są sprzątaczki, będziesz miała lekcje, to się zaopiekują". Ale nie musiały się zaopiekować, bo była tak grzeczną dziewczynką, że nie było kłopotu. No to było w Konikowie. No ja wiem, ja tam byłam chyba z pół roku na zastępstwo. Potem się urwało znowu. No to już ona miała rok i 7 miesięcy. Córka oczywiście też jest nauczycielką w Zegrzu Pomorskim, to ją wzięła do przedszkola. Tylko mam dwóch wnuków. Później to Kubę bawiłam, to też skończył dwa latka, no to ona już zabrała do przedszkola, a ja byłam już tutaj wolna. No i był etat bibliotekarki w gimnazjum. I przyszła pani Kawęcka i mówi: „Władka, gdzie Ty tam jeździsz do tego Koszalina?". Bo jeszcze korepetycje też udzielałam. Dojeżdżałam, męczyłam się, to jest fakt, bo to było daleko. No to przyszła pani Kawecka i mówi: „Władka, ty masz uprawnienia do biblioteki, chodź do biblioteki". Ta biblioteka była niewyprowadzona, to też tak nie bardzo chciałam, bo to wiadomo, w bibliotece, to trzeba mieć wszystko poukładane, ale powiedziałam jej, a ona mówi: „Nic Cię nie obchodzi, wchodzisz tak jak jest, przyjmujesz to, co masz i żadnych kartotek nie będziesz wyprowadzała, tylko będziesz wypożyczała, udzielała pomocy dzieciom, jak rano przyjeżdżają". To rano ktoś musi być w bibliotece, bo one przyjeżdżają i głodne, i chłodne, 7 rano to już trzeba było iść. No i zgodziłam się. Umowa zlecenie na rok i byłam zadowolona, bo aż trzy lata przepracowałam. Co roku otrzymywałam też nagrody, pochwały. No i który to ksiądz był, Bartos chyba, to nie mógł się nadziwić gazetki, które ja robiłam. A gazetka informowała o wszystkim, o czytelnictwie, o bibliotece, o wychowaniu, o zachowaniu, wszystkie takie różne te dziedziny, które sprawdzają się na lekcjach, wszystko odbywało się na tych gazetkach. To on mówił: „Kto takie gazetki piękne robi? Niech przyjdzie do mnie do kościoła i robi takie".

No i co roku oczywiście byłam nagradzana za pracę. Dzieci też pisały do wójta, żeby nie odchodziła, żebym została, bo mają dobrze, jak przyjeżdżają, to już dzbanek wody gorącej na herbatę jest. No i nieraz, wie pani, dzieci bez śniadania przychodziły, ja widziałam, niektóre znałam. Wójt przyjechał do szkoły i powiedział, że on chce ze mną porozmawiać. To ja mówię: „Boże, coś tu narozrabiałam, czy czegoś nie zrobiłam?". Bo tu było tej pracy mnóstwo i dzieci mi też pomagały. To mówię: „Niech mi pan powie, o co chodzi. Nagrodę chce mi pan dać?". A on: „O, no też, też, ale co innego". I dał mi taką kartę i tam podpisy były, cały ten sztab, aktyw bibliotekarski i jeszcze ze 20 podpisów uczestników biblioteki. No i czytam, że proszą, żebym została, bo jestem dla nich jak druga matka, bo jak przychodzą, to mają gorącą herbatę, kanapki... Ja mówię: „Panie wójcie, ja nie chcę młodym nauczycielom zabierać tutaj etatu. Ja już jestem w pewnym wieku, chociaż jestem w pełni, że mogę pracować, a ja mówię, nie wiem. To zależy od pana". A wiem, że pani Rogalska się szykowała na bibliotekę właśnie. Bo ona miała coś z gardłem. Ja zostanę, ta na to gardło choruje, ja mówię, nie, ja ustępuję. Tu jest taka pani, co ma zaświadczenie lekarskie, że choruje na gardło, że nie może być polonistką, bo za dużo rozmowy, a raczej się nie unika rozmowy i to jest taka jej choroba zawodowa nauczycieli. I ja wtedy zrezygnowałam, i objęła pani Rogalska. I się tak skończyło. No, dużo osiągnięć miałam.

Byłam na 50-leciu szkoły w Dunowie. Ja byłam przygotowana na taką mowę, chciałam opowiedzieć dzieciom właśnie, jak przyjechałam, co ja tu zastałam, że nie miałam wody, że były piece, że była pompa na podwórku szkolnym, która co jeden tydzień tylko działała, a potem nie. Potem od pół wsi nosiłam wiadrami wodę, żeby uprać, żeby tego. No to przecież były ciężkie warunki, ale nie miałam szansy o tym opowiedzieć.

No, ja jestem bardzo zadowolona z mojej pracy. No, ja jestem bardzo zadowolona z mojej pracy. Także gdybym wybierała po raz drugi zawód, to na pewno wybrałabym nauczycielkę. Najważniejsza była dla nas praca i rodzina.