Zofia Nowaczkowska

Data urodzenia: 17.06.1926 r.
Miejsce urodzenia: Jaranowo, powiat Konin, województwo poznańskie

 

 

Myśmy się tu wprowadzili w 1953 roku i mąż założył tutaj pocztę i 40 lat pracował tutaj na tej poczcie, a potem jeszcze umarł, i jeszcze inni byli. Poczta istniała tutaj gdzieś do 1995 roku. Z domu nazywam się Pięta Zofia. Urodziłam się 17 czerwca 1926 r. w Jaranowie, powiat Konin, województwo Poznańskie. I później pracowałam już za Niemca. Jak Niemcy do nas weszli to ja miałam 12 lat i pół roku, bo w czerwcu kończę lata, a  Niemcy weszli we wrześniu. Do wojny byłam wychuchana, wydmuchana u rodziców, bo ja byłam jedna, brat się urodził dopiero w 1935 r. więc ja szłam do szkoły, a on się urodził. Taka byłam durnowata, że ojciec dał mi 50 czy ileś tam złotych (wtedy pieniądze były wartościowe), i mówi: „Kup sobie cukierków, ja Cie zawołam do domu, nie przychodź, tylko ja Cię zawołam”. Ja to pamiętam jak dziś. A potem ojciec przybiegł na łąkę i mówi bym szła do domu, bo baba nam dziecko przyniosła. Jak w 1935 roku zmarł Piłsudski, wtedy mój braciszek już był malutki dopiero, bo on 12 kwietnia się urodził a Piłsudski zmarł w maju. Ja już do szkoły chodziłam, mieszkaliśmy tak na górce, a wózki dziecięce wtedy nie były takie jak teraz, super tylko takie wysokie, wleczone na takich kołach wielkich jak od rowera. Mama mi kazała go wozić, a było po deszczu i ja zaczęłam go wozić, ale słyszę tam na szosie jak krzyczą dzieciaki: „Umarł dziadek, umarł dziadek”. No to jak umarł dziadek to ja byłam ciekawska czyj ten dziadek umarł. Jak się rozpędziłam z tym wózkiem, tak na moście dzieciaka wywaliłam do rowu, w te błoto. Matko Boska, ale przeżył! Mamy siostra mieszkała tam na górce i widziała to wszystko i mówi „zabiła dziecko”. Dziecko się całe umorusało, ale się nie zabiło, bo nie tak jak teraz w kocykach tylko było w beciku, zawiązane mocno tak, żeby się nie wysypał ten dzieciak, tylko napił się tej wody brudnej. No to jest taka historyjka.

* * *

No a potem Niemcy weszli, no to jeszcze dwa miesiące chodziliśmy do szkoły, jeszcze była taka możliwość, ale się chyba Niemcy zorientowali. Nawet była godzina po niemiecku. Ja się uczyłam bardzo dobrze i po niemiecku nas nauczyli, ale coś się Niemcom  odwidziało i zlikwidowali tę szkołę. I potem jak zlikwidowali, tak zaraz w 1940 r. brali wszystkich do roboty. I to nie to, że tak brali, tylko jak kogoś na ulicy spotkali to mówili łapanka i łapali i w samochód wrzucali. Już ani nie do domu, po ubranie żadne, ani po nic. Ile razy siedziałam na polu w kartoflach, żeby mnie nie złapali. Po domach chodzili, ale jakoś mi się udało, że nie złapali. Myśmy mieszkali na wsi i zaraz opodal, był majątek, dziedzic taki Pułaski się nazywał. Miał wielki majątek – dwie wioski, trzy nawet wsie miał przy sobie. Prawie wszyscy ludzie tam szli do roboty, no bo to coś tam się zarobiło. Buraków się na syrop przyniosło i to, i tamto, także żeśmy tam pracowali. Rodzice się zapisali do tego majątku. No i ponieważ oni się zapisali to i ja musiałam. Więc od dwunastu można to nazwać lat już pracowałam. 5 lat świątek-piątek. Nie było niedzieli, nie było godzin tylko tak: świt o szóstej, ciemno się robi, szaro się robi, idziemy do domu. To nieraz mówiliśmy: „Panie Boże, czy Ciebie tam nie ma, nie możesz tego słońca spuścić niżej, żeby prędzej się zgasiło, żebyśmy mogli iść do domu”. Wiadomo młodzież swoje robi, umył się i jeszcze na randkę poleciał, bo człowiek był jeszcze młody. U nas była taka mała rzeczka, nazywała się Struga, to myśmy wszyscy tam latali się myć. No to tak było do 1945 roku. Jeszcze 14 września, myśmy na stogu młócili zboże Niemcowi. Nie było żadnej ulgi, nie było nic, że się wojna kończy, tylko jeszcze robiliśmy, te zboże. Patrzymy jadą samochody, jadą, a zima była taka, śnieg taki był, że tunele były powykopywane, tylko żeby się samochody minęli jeden za drugim. A tych Niemców na tych samochodach, na wierzchu i jechali na Poznań wszyscy, a co tam z Poznania się robiło, to nie wiadomo.

* * *

Jak wojna się skończyła to miałam 16 czy 17 lat, to już miałam narzeczonego, tego chłopa, który był moim mężem do śmierci. I my lataliśmy wtedy, „hulaj dusza piekła nie ma”. Zabawy się robiły to żeśmy latali, to żeśmy latali na każdą, wszędzie. Ze wsi grupka się zebrała chłopaków i dziewczyn i na zabawę idziemy. Pobili się nieraz na tej zabawie. No tośmy tak latali przez rok. Razem jak byliśmy w tym majątku, to mąż trzy i pół roku był w Niemczech, bo go zabrali. Wrócił jesienią dopiero w listopadzie, jak wrócił no to oczywiście, zaczęliśmy zaraz chodzić, już byliśmy narzeczeństwem „na 102”! On nie miał rodziny, bo matka jego zmarła, ojciec dawno zmarł, a szwagier był od Lenina do Berlina, więc dostał gospodarkę tutaj na zachodzie, w Suchej. Tylko przez zimę tam byliśmy razem, a już na wiosnę, w kwietniu braliśmy ślub. Bo już musiał się ożenić i być tam. Już pracował na poczcie, był wtedy w Suchej listonoszem. Nie mieliśmy mieszkania tylko żeśmy mieszkali u siostry. U siostry były 3 pokoje, a pięcioro dzieci, nas dwoje młodych i dwoje starych. Nie były to warunki dla młodzieży. Powiedziałam, że ja tu nie będę i wyjeżdżam z powrotem. No, ale mąż poszedł do naczelnika na poczcie i mówi: „zwalniam się z pracy, bo moja kobieta nie chce tu być”. Prędko opróżnili taki magazyn i mówi: „masz tu pokój i masz tu siedzieć i pracować”. No i tak się zostało. Później jeszcze drugi dostaliśmy pokój i siedem lat tam byliśmy, a mąż się w tym czasie dokształcał, bo jeszcze nie miał matury. Dawali nam mieszkanie w Sarbinowie, ale się bałam, bo tam woda. A w Suchej to już było słychać ten szum, bo to niedaleko było. Tu przywieźli nas. W Szczecinie był taki dyrektor, nazywał się Wozignój. Już wtedy były moje dwie córki. Jak tu przyjechaliśmy, to ktoś tu jeszcze mieszkał, tu tak zaniedbane było. Na podwórku kupa błota, gliny, nie wiadomo czego, ale tam żeśmy się starali i nam odszykowali to. Nie mieliśmy takich luksusów jak teraz, ale dawaliśmy sobie rade. W Suchej jak mieszkaliśmy to nie pracowałam, ale jak tu przyjechaliśmy i nie było mebli, to trzeba było szukać roboty. Nadarzyła się okazja na fermie przy wylęgarni drobiu. To była taka sezonowa robota, od lutego się zaczynało do lipca. Przez siedem sezonów tak pracowałam, także parę złoty się zarobiło. Kiedyś było tak, że były dyżury leśne i jak na poczcie miał tu telefon, to musiał pilnować czy tam się nie pali gdzie i musiał powiadomić żeby straż jechała. Nie było takich przypadków, ale za to płacili. Potem się nadarzyła robota w jednostce wojskowej, w pralni, tutaj w naszej jednostce, bo cała jednostka należała do nas. Na Boże Narodzenie to ten pokój był zawalony paczkami, bo wojsko dostawało paczki. No i jak ja tam poszłam do tej pralni, pracowałam 6,5 roku. Nie było to łatwe, bo była ciężka praca, bo praliśmy bieliznę wojskową. Toboł taki związany co miał 50 kg. Do maszyny trzeba było wrzucić. Jak śnieg padał to na pieszo, a jak nie to rowerem. Nie było tak jak teraz, że nie pojadę, bo nie ma samochodu. Co kogo to obchodziło? Nawet jednostka mogła przysłać, ale nikt się nie starał, a nas tu pracowało chyba 5 osób z Zegrza. Ta poczta to jeszcze było nie tak jak teraz tylko staliśmy na dworze koło sklepu, bo PKS jechał i miał te pocztę. Wyrzucił worek i cześć - zabieraj. No ale przeżyliśmy to wszystko. Jak już powstało lotnisko, to znajomy męża załatwił mi tam prace jako stewardesa, ale tylko sprzątałam samoloty. Pracowałam tam 10 lat bez czterech miesięcy. Jak miałam 55 lat to poszłam na emeryturę.

* * *

Jedna córka studiowała w Poznaniu. Potem wzięła ślub. Wybudowali się w Koszalinie, mieszkają w Koszalinie. Druga wyjechała na wczasy na Mazury i tam zapoznała swojego męża, i po trzech latach się pobrali. I mieszka teraz cały czas we Wrocławiu. Wnuczkę mam lekarkę, taka sprytna dziewczyna, że sobie radzi ze wszystkim. Dzięki córce i jej mężowi, jakoś funkcjonuję, bo sama bym sobie nie dała rady. Bolą plecy, bolą nogi, kręci mi się w głowie. Bardzo słabiutka jestem, ale głowa do gadania to jeszcze jest. Miałam zabiegi na wątrobę i woreczek żółciowy, ale wszystko się dobrze ułożyło. Nigdy nie chodziłam na zwolnienia w pracy, chociaż nieraz bardzo cierpiałam. Zięć mi się udał, bo wszystko potrafi zrobić, gdzie nie pójdzie tam wszystko wykona. Mieliśmy kawał pola, mąż kończył pracę nie o piętnastej, tylko o 14, i szliśmy na pole, dzieci pomagały. Nie było to wcale łatwe życie. Teraz dzięki Bogu mogę spokojnie oddychać, ale ja nie umiem tak siedzieć. Jak tam pracowaliśmy na tym majątku, u tego dziedzica, no to sama młodzież pracowała, nikt nie odczuwał tego, że jest tak ciężko. Piątek, świątek czy niedziela pracowaliśmy i nikt nie narzekał. Jakoś tak się żyło, że sobie radziliśmy. Nie było co jeść, nie to co dzisiaj. Pamiętam jak mama na pole mi przyniosła bobu i czarnej kawy gorzkiej i to był obiad. Jak ja byłam jeszcze młoda już się uczyłam wyszywać, robić na drutach, no to jeszcze nafty było szkoda, to rodzice spali tam, a ja żeby się coś nauczyć, pod stół wlazłam, pod obrus, lampę sobie tam postawiłam i tam robiłam, bo nie było nic światła. Jeszcze jak Niemcy byli to musieliśmy czarne papiery zakładać na okna. Cichosza, broń Boże, żeby ktoś coś powiedział i później kombinowali karbidówki – np. puszka po groszku i naładowana tym karbidem i tak żeśmy się zbierali sześć w jednym domu. Jak ta karbidówka wywaliła, porozsypywało się po łóżkach - „Jezu, ratunku” nie wiadomo co robić, nikomu się nic nie stało, ale była tragedia. Mojego męża siostry dzieci spały na łóżkach, ale na szczęście nikomu się nic nie stało i jakoś szczęśliwie to przeleciało. Jak żeśmy szli to cichutko, jeden był na straży.

* * *

Jak do Zegrza żeśmy przyjechali to było super. Raz na miesiąc przyjeżdżało kino, o Jezu jaka radocha była. „Kino jedzie, kino jedzie”. Na początku jak żeśmy przyszli to wojsko jechało do Koszalina, mieli deski takie, to stanęli koło poczty i krzyczeli „poczta, jedziemy do Koszalina”, to wszyscy się zebrali i jechali do miasta na cały dzień i wracali z powrotem jak było późno. Jak przyjechaliśmy do Łaz to stały tam tylko 3 chałupy i to jeszcze słomą kryte. Mieszkał tam taki rybak, który łowił na morzu, i woził do Sianowa na sprzedaż. Był taki Pan, Mączka się nazywał, od Ruskich, jego żona zaraz po wojnie do Afryki pojechała i tam w Afryce była, z wojskiem się zabrała, razem z dziećmi. Niemka mu pomagała, więc z tą Niemką żył, a tu nagle żona przyjeżdża. Przywiozła takie te orzechy, kto to widział z nas takiego czegoś. Mówią będziemy to rozcinać i mleko z tego mieli. Zrobili wielkie przyjęcie, ona zrobiła sandacza, w cieście drożdżowym był pieczony. Było to tak smaczne. Pokazała tego kokosa, którego nikt nie znał i każdy choć polizać to chciał.

* * *

Tata jak był młody to pracował jako gajowy, u tego dziedzica, a potem to tak trochę gospodarki doglądał, trochę jeździł na roboty. Często tam wracałam, bo tam siostra mieszka i cała rodzina. Ja jak ta sierota tu na ten zachód sama. A ja tak bardzo chciałam tam z powrotem wrócić. Już teraz to nie, ale jak młodsza byłam to te strony moje, to mi się zdawało, że tak miłe są, że tak fajne, tak wszystko dobrze było, ludzie byli mili i szkoła była piękna, nauczyciel dobry, piękny. Nauczyciel oficerem był i nazywał się pan Delung. Miał dwóch synów i córkę. Szkoła była nowa, piękna, przed wojną była wybudowana i to duża szkoła. Miała siedem klas i nauczyciel jeszcze tam mieszkanie miał, także naprawdę ładnie. Boisko ogromniaste. Tam był duży ogród i oczywiście nauczyciele korzystali z tego, a dzieci robiły. Każdy miał swoją grządkę i ta grządka musiała błyszczeć i tak jeden przez drugiego, która będzie ładniejsza i nawet drzewek owocowych było kilka wsadzonych, oczywiście pod nadzorem. Nie wolno było tak wiele ruszać, ale było wszystko. Studnia była na podwórku. No dużo tam było… Remiza strażacka, mleczarnia. Wieś była duża, 300 domów było, ale wszystko strzechą kryte. A teraz leci autostrada przez tą wieś. Kiedyś każdy sobie na swojej działce kopał glinę i stawiał nowy dom i cegłę robili, wypalali sami i wszystkie domy teraz są piękne z cegły. No naprawdę nie do pomyślenia, to jest ta sama wieś. Do piątej klasy poszłam, ale tylko dwa miesiące chodziłam. I nie mogę tych moich świadectw znaleźć, takie luksusowe, piękne świadectwa mam. Jaki był kiedyś atrament, nie było nic zmazane, nic się nie starło, wszystko było pięknie stalówką pisane. Kałamarze były z atramentem, z takim dzióbkiem. Pióro się wkładało i namaczało i dopiero pisałeś. Ale musiałeś tak namaczać, żeby się na zeszyt nie nalało. To stało na wierzchu, na ławce. Ławki były takie dosyć wygodne i ja siedziałam w ławce, przede mną siedziała dziewczyna i ja miałam rozłożony zeszyt, a ta dziewczyna się jakoś odwróciła i wylała na ten mój zeszyt. Cały zeszyt zalała, ławka się polała i na sukienkę mi się jeszcze polało, no bo był pełny kałamarz tego atramentu. To wtedy do drugiej klasy chodziłam jak mi się to stało. Nie wróciłam do szkoły. Zaczęłam chodzić do krawcowej, mama moja chorowała i mówili, że nie pójdę do szkoły i już miałam przecież 18 lat. Ja chociaż tyle, że umiem sobie uszyć i dziewczynki ubierałam i takie rzeczy to umiem zrobić. Ale do szkoły już nie wróciłam, a koleżanka moja, co się sto razy gorzej uczyła ode mnie, nauczycielką została. Ni stąd, ni zowąd i tak było. Myśmy mieli, tak jak mówiłam, siedmioklasową tą szkołę i chyba było pięciu nauczycieli. I jedno to małżeństwo mieszkało i jeszcze inne dwoje młodych takich, to dochodzących było. I jeden był ze wsi, gospodarz nawet dość dobrze sytuowany. Jedna była pielęgniarką, druga była zakonnicą, syn był księdzem, a jeden nauczycielem, bo mieli kilkoro dzieci. To była jakaś tam piąta woda po kisielu moich rodziców i ja nieraz do nich tam szłam. I ja tam zeszłam, a tam dzieci jedzą obiad, ława taka wielka rozłożona, ławki małe takie. I wszyscy siedzą, i tu stoi donica z kapustą, a tu stoi donica z kartoflami i każdy brał z tej donicy łyżką, a jak nie to ręką, a takie bogate byli. Mi się tak chciało jak poszłam do nich, ale oni wiedzieli, że też chcę i też mi kazali usiąść przy tym dużym stole. Ale tam u Kaczmarków to mi się najbardziej spodobało, ta kapusta była z fasolą. I przyszłam do domu taka szczęśliwa i mama mówi: ,,znów Cie diabeł poniósł do Kaczmarków”. Ale było źle, bo chowali świnie i wtedy nie wolno było i tak po kryjomu ta świnia gdzieś się tam chowała i ktoś podkablował ich i oni zabili tę świnie. I przyjechali z takim żandarmem wielkim. Ja tego do śmierci nie zapomnę, tego kuzyna on był taki jak ja. Do motoru go uwiązali i miał lecieć za tym motorem. To było z cztery kilometry. I był z nami jeszcze biskup Zaręba i nikt nie wiedział że to jest ksiądz. I mieszkał w pałacu całkiem sam i nikt nie wiedział że on jakiś inny jest, bo ludzie to taka ciemnota była.