Teofil Miłaszewski

Data urodzenia: 1946 r.
Miejsce urodzenia: Konikowo

 

Wywiad z Teofilem Miłaszewskim.


 

Jestem Teofil Milaszewski, Teofil to moja drugie imię, nim się posługuję. Urodziłem się 10 stycznia 1948 roku w Konikowie. Moi dziadkowie i rodzice pochodzili z Dziawgów, województwo nowogródzkie przed wojną.

Przyjechali tutaj w maju 1946 roku, zamieszkali w Konikowie pod numerem 3, a teraz to numer 64 jest. Dziadkowie mieszkali tu do śmierci, rodzice do śmierci, a teraz w tym miejscu mieszkają dzieci. Rodzice z dziadkami 70 km od Mińska mieszkali. Obok siebie mieszkali, razem, mamusi rodzice i ojca rodzice, po sąsiedzku. Rodzice matki mieli gospodarstwo i rodzice ojca też mieli gospodarstwo. Ojciec na wojnie walczył, był jako wyklęty, w tych, w Armii Krajowej był i ukrywał się. Po wojnie, po wkroczeniu Związku Radzieckiego na tereny polskie, te tereny, na których mieszkali zostały wcielone do Związku Radzieckiego. Dziadkowie ze strony matki zdecydowali się wyjechać do Polski. A rodzina ojca została. Braci ojca tam dużo zostało, ale w polskiej partyzantce byli, to wszystkich wybili, wszystkich. Ojca matkę, to tak tłukli, że jej syn sam wyszedł i się poddał. Najgorzej jak dwa fronty wchodzą, najgorsze takie pogranicze. Tak jak Polska, między młotem a kowadłem, między wschodem a zachodem. Tak później opowiadali, jak Jan przyjechał, na Syberii zesłany był, małe dzieci zabierali, godzinę czasu spakuj się, zbierz, dzieci płaczą, noc, zima. To jest okropność, to jak te filmy pokazują, to nie chce się patrzeć. Ale co? Takie były czasy. Ci, co przeżyli, to zadowoleni. Kamień pęknie, nie zrośnie się, a człowiek pęknie i zrośnie się, i żyje jeszcze, i robi, i cieszy się życiem.

Dziadkowie przyjechali tu z rodziną w 46. w maju. W czasie transportu, gdy jechali do Polski, to zabrali stary samowar, w którym gotowali w wagonach herbatę na dworcach. Ostatnie pieczęcie 1800 któryś rok, mosiężny samowar, taki 5-litrowy. To jest jedyna pamiątka po babci, bo babcia pochodzi ze szlachty. W zaścianku mieszkali, to po jej matce, babci, po mojej prababci. Opieczętowane. To stare, fajne to było. Nasypali tego węgla drzewnego, podpalili, od góry butem pompowali. To jeszcze był taki czajniczek do herbaty, stawiało się czajniczek, otwierało, para wychodziła. Wlewało się wodę, wkładało węgle, tam podchodziło powietrze, bo to na węgiel drzewny było. Później, już w Związku Radzieckim, robili te na elektrykę. To stare tu, drewniane. Te pieczęcie to już zaszły. Kiedyś to popiołem czyścili. Taki stary, ale działa. Jakby nasypał węgla drzewnego, co do grilla, wody nalał, to byłoby. Tu para odchodziła, stawiali czajniczek z herbatą, esencją i siedzieli, szlachta piła.

Dziadkowie osiedlili się w tym domu (na zdj.), tu była właścicielka, Niemka, a ojciec z wojny przyjechał też w 46., ale na jesień. No i w 1947 pobrali się zimą z mamusią albo to styczeń był, no i za rok ja się pojawiłem. Później dziadkowie pracowali na gospodarstwie, ojciec pracował wpierw w mieście w przedsiębiorstwie remontowo-budowlanym, później w latach 60., jak dziadkowie przeszli na emeryturę, objął gospodarstwo razem z mamusią po dziadkach, no i do śmierci pracował jako rolnik. Po śmierci gospodarstwo przeszło na synów, a na siedlisku, gdzie mieszkali rodzice mieszka obecnie wnuk Łukasz z rodziną. Także taka historia krótka. Wszystko zostało w rodzinie.

***

Szkołę podstawową skończyłem w Konikowie. Stara szkoła była, fajna, była tam, gdzie sklep teraz. Do 4 klasy już do nowej szkoły poszliśmy. Stara szkoła była gdzieś do 58-59 roku. Także długo. Czas leci. Miałem zdjęcie, ale gdzieś się zapodziało. Była tam Szkoła Powszechna w Konikowie i cały rocznik od dzieci do tych dorosłych, co tam po wojnie byli. To dużo tam znajomych było. Michalina, Szućko, Szumczyków dzieci, Gregorcewiczów, Nawrotów dwoje dzieci, wujek Jacek, jego żona, tam od Króla, bardzo dużo, z Raduszek dużo było.

***

U nas to cała repatriacja się odbywała. Dziadka brat przyjechał, zamieszkał u nas. Później ojca brat z Syberii, zamieszkał u nas przez jakiś czas. Później Basi Zenek przyjechał, zamieszkali trochę u nas, dopóki rozlokowali się, to u nas. Później Mirony przyjechali, to też u nas. Także taki był punkt repatriacyjny. Tak i było wesoło. Duży dom i dużo ludzi przewijało się na każdym kroku. Także fajnie. A teraz, teraz rodzin nie ma dużych. Kiedyś dziadki, pradziadki, dzieci, wnuki i wesoło było, a teraz każdy woli sam. Zmienia się świat, kultura, wszystko. Kiedyś sąsiad do sąsiada przyszedł, bez zapowiedzi, mieli czas, kosą kosili i jak te maszyny wchodzili, to jeden drugiemu pomógł, mieli czas. A teraz nie ma nikt. Piątek, świątek, a później ciiicho, tylko siedzą, patrzą w ten telewizor. No i taka prawda. Przychodzili sąsiedzi, bo to tylko jeden czy dwa telewizory na wioskę były. Na koloni tam u Szczeparskich tam był "Zemłuk", mieli pierwsi, to pogrzeb tego Kennedy'ego chodziliśmy tam patrzeć. Później u waszego dziadka, a później ojciec już kupił. A radio to było w 58. Pionierek, taki mały, to też wszyscy przychodzili radia Wolna Europa słuchać. To tak cichutko, bo jeden drugiego pilnował, a zresztą wszędzie byli kapusie, a system był taki, że jeden drugiego musiał pilnować, jeden na drugiego musiał donosić. Jak tutaj ktoś z braci przyjechał, to już wiedzieli, tylko spytał jednej osoby, to w pół godziny już milicja była. Także to były czasy takie.

***

Mnie się bardziej brązowe zdjęcia podobały, niż te czarne, co później weszły. Tak samo jak te, to też taki papier. To podwórko, tu jest strzecha jeszcze, a tam juz eternit. To naprzeciwko tego gospodarstwa. No, bruk jeszcze był! To był 27. rok, to właściciele, a ten chłopak to ich syn. Ten syn zginął pod Stalingradem w wojnie i wtedy ten Niemiec, jak dostał wiadomość, to tu były niewolnice z Polski, bardzo ich traktowali Niemcy dobrze. Nie siadał do śniadania, do obiadu, do kolacji, jak oni nie przyszli. Wszyscy razem usiedli. Przyjeżdżał z Wrocławia taki, jeszcze w siedemdziesiątym którymś roku przyjechał tu sprawdzić. Tak bardzo chwalił. Mówił, że jak Niemiec dostał wiadomość, że syn..., biały się zrobił od razu i już nie zależało mu na niczym. Miał jedynaka i zabrali. Ruskie jak przyszli, ogołocili wszystko. Dziadek tych Niemców wywiózł do Koszalina na dworzec i pojechali, tylko psa zostawili. Niemiec bardzo prosił, żeby tą sukę, Sztrola nazywała się, żeby chowali. Z rodziny ich przyjeżdżali. Bo oni jak wyjechali, to zmarli, on w 56., a ona w 58. roku. Później ich bratowa, co mieszkała tam na spalonym, pod Niekłonicami, też była, to przyjeżdżała tu zobaczyć, obchodziła, mówiła: „Tu był salon, tu stało piękne pianino, tu bawiliśmy się, o, ten piec, o, ta studnia ta sama, ale Ruskie to wszystko zniszczyli". Bo tu meble od wieków stare były, wszystko wywieźli, wszystko". Tu, co Rysiek Sobczaka mieszka, miał piękne gospodarstwo. Tam gdzie Capar, też było piękne wszystko. Ale teraz już koniec, nie ma gospodarzy.

***

W Konikowie było kółko fotograficzne, robiliśmy zdjęcia fotograficzne, wszystko. Tam piaskownica stara była, to tam takie piękne zdjęcia był robione. Też gdzieś były. Ale to wiesz, jako dzieci te zdjęcia robiliśmy, gdzieś się rzuciło i potem to przepadło. Ale naprawdę takie fajne były. Fajny był nauczyciel od rysunku, plastyki, historii, Stanisław Czarny nazywał się. Fajne było kółko, zajęcia takie ciekawe. Chodziliśmy w plener, wszędzie robiliśmy zdjęcia, w szkole. Wtedy to stare były takie aparaciki. A tam na piaskownicy były piękne krajobrazy, to całkiem jest teraz zmienione. Niech się chowa teraz. To było jak się jedzie na Czersk, naprzeciw stacji paliw. Piękna ta piaskownica była. No, później była skarpa, wykopaliska prowadzili archeologiczne, przecież tam było cmentarzysko, urny z prochami, też jakieś tam narzędzie było. Ciekawe, ciekawe. Gdzieś w latach 50., w pięćdziesiątym dziewiątym czy sześćdziesiątym. Ja jeszcze do podstawówki chodziłem. Na tym cmentarzysku to stare urny, prochy z któregoś wieku były. Był piec odkopany z któregoś wieku, coś wytapiane było. Czyli osada była taka. Jeszcze prawdopodobnie proboszcz ze Świeszyna, jak budowali tą drogę, to natrafili, to też prowadził dokumentację, zbierał, nie wiem, czy gdzieś to do Niemiec zabrali do archiwum, czy coś, bo różnie to było. Także prehistoria to była. Słowianie, słowiańskie cmentarzysko. Takie tam garnki gliniane, w tym prochy, kości. Kamieniami obłożone, ziemia na wierzchu. Jak pobierali piasek, to otworzyło się, wysypało i wtedy wkroczyli archeolodzy. Także długo, tam ze dwa lata pracowali. Od nas to tam kilka osób, taka Stasia Gregorcewicz, to ona nawet tam rysowała te wymiary, bo to trzeba było kiedyś rysować, teraz to fotografować, ale nieraz też rysują. Także później w muzeum były te wykopaliska z Konikowa. Sklejali te urny, także muzeum je ma. Takie małżeństwo to prowadziło, Lachiewiczowie. Oni później w muzeum pracowali dłuższy czas. On był historykiem, a ona to była historyk-archeolog. On i ona prowadzili to i uczyli u nas w szkole.

Koło kościoła na cmentarzu też groby były piękne, marmurowe, granitowe pomniki, ogrodzenia kute z żelaza. Każda rodzina miała ogrodzone. Ale wszystko potem zniszczyli, na złom wywieźli. Stare były krzyże, gdzieś z 1800 roku były, jeszcze takie żeliwne, jak nieraz w filmach pokazują, gotykiem pisane. Bardzo piękna była też kwatera dzieci. Na tych dzieciach każdy miał jednakowego porcelanowego anioła i stał krzyż, taki chyba betonowy. Na cmentarzu był pomnik, też bardzo ładny, mieszkańców Konikowa, którzy zginęli podczas I wojny światowej. Kawałek tego u Łukasza koło stodoły jest, to są wypisane te nazwiska niektóre. Takie popękane, ale leży. Porozrzucali to wszystko. Tłukli, babcia mówiła, że tak tłukli, w nocy przychodzili, że babcia mówi: „Nie zawracajcie głowy, jak Wy się nie wstydzicie?! Wasze krzyże, katolicy, tłuczecie?". „A bo to niemieckie". A babcia mówi: „A niemiecki Bóg, a Wasz Bóg to co, nie ten sam?". Popili się i tłukli całą noc, bo to marmur, granit, a piękne, pamiętam jeszcze leżały nagrobki tych gospodarzy starszych, co pochowani Traichlowie, piękny czarny marmur. A dziecięce wszystkie jednakowe. Ładny był cmentarz, taka aleja lipowa, później tam nowy cmentarz był chowany. To powinno zostać. Bo co to komu przeszkadzało? Ale cóż, takie czasy. Bo to wszystko miały być polskie ziemie, a przecież Niemcy 700 lat tu mieszkali! Polska to tu w 1200 roku była, a potem to już się skończyła. Ale cóż. To przyjeżdżali Niemcy, Niemka przyjeżdżała, mówiła, że wszystko Ruskie zniszczyli.

***

W wiosce były stodoły pod strzechą. Tam, gdzie teraz mieszka ten Burdziuk, to też stodoła była pod strzechą, też duża taka, ale całkiem zmieniona teraz. No wiesz, teraz to stodół nie ma. Tak samo kościół, naprzeciwko plebania była, gdzie Makuszaki mieszkają, gdzie Pawlak. Później gospodarstwo nasze, później tam, gdzie dziadki mieszkali, później tam, gdzie teraz mieszka, ten warsztat ma, a później tam Gajewscy na drodze i koniec. Tam gdzie Bielaki, to z przodu była stodoła, było zagrodzone, potem spaliła się stodoła, no to odsłonięte wszystko. Tu Andrzejczuki, to ta stodoła też zakrywała całe podwórko. Tych parę domów jest tylko, całe gospodarstwa. To Iwańcie, to gospodarstwo zostało jak było, tak jest. Ta stodoła, ten wjazd, ten gnojownik na środku, to taka była moda niemiecka. No i jeszcze Kamińskie, tylko tych starych domów już nie ma. Także fajnie było, wszędzie było blisko.

Bruk był jeszcze, bruk, także naprawdę fajnie było, fajnie. Długo była brukowa droga, gdzieś w latach 60. zaczęli kłaść asfalt. Do Niekłonic była żwirówka, to jak jechało się, to kamienie sypały się. Tam stara smołówka była od Świeszyna do Konikowa, ale też taka, pożal się..., bo to wiadomo, wojna zniszczyła to wszystko, zanim to odremontowali, to kleili, kleili, później zaczęli już dobrze robić te drogi. Most przebudowali tu w Konikowie, między Konikowem a Świeszynem, później w Niedalinie, ale to nie ma co narzekać, ładnie. Kasztany były, teraz wycięte kasztany. Drzew tyle było. Było ładnie. Cmentarz był stary, później rozbili, zrujnowali, bo co niemieckie, to trzeba było... W latach 50. porozbijali, a później w sześćdziesiątych dopiero spychacz przyszedł, pospychał to wszystko.

***

Później poszedłem do Technikum drogowego. Technikum Budowy Dróg i Mostów w Koszalinie, to było w 1968 roku. Po skończeniu szkoły pracowałem w Wojewódzkim Zarządzie Dróg Publicznych. Pracowałem w laboratorium drogowym przez 37 lat, w pracowni wpierw bitumicznej, później betonowej i do końca, do emerytury w pracowni betonu. Jakość betonów się sprawdzało, na odbiory trzeba było jechać, jak wybudowano, czy zostały wszystkie takie procedury zachowane. Także było ciekawe, ciekawe. Zaczynali od smół, później przeszli na asfalty, później na betony asfalty. Teraz to firmy wygrywają przetargi i robią tak o tej porze, kiedyś nie do pomyślenia, żeby w deszcze robić.

***

Teraz już nie ma tego starego pokolenia, nie ma już wcale prawie. Parę osób tylko. Ta Szućkowa Marysia, Wieńska, Sobczaki, jedna Sobczakowa, druga, Iwańciowa, no i ta, Michałkowa. Naprawdę nie ma. Nawrotów to nie ma. Ościsłowska też jeszcze tak. Romanowska to już staruszka. Tu to już mało zostało, jakby się tak ze szkoły spotkali, to by powspominali, ale to na palcach ręki można policzyć. W Konikowie z mojej klasy to nie ma nikogo, poumierali, powyjeżdżali. Z technikum to już 6 kolegów zmarło.

Ja jeszcze bym chciał pojechać na Białoruś, ale już nie ma do kogo. Dziadek chciał jechać na Białoruś, odwiedzić, ale tam już nic nie ma, wszystko zarośnięte. Komu się będzie chciało jechać? Tam tylko stoją dwa klony, bo był trzy, a ostatnio już dwa zostały. A tak, to już nic. Zniszczone. Pierwszy raz jak byłem, to jeszcze stała chałupa, a później już nic, wywieźli. Kołchoz posprzedawał, porozbierał, niszczył, nic nie ma. Jak tam byłem, to mogłem przywieźć większy samowar niż ten, co mam po babci, bo druga siostra babci miała duży. Ciotka mówi: „To czemuś Ty nie chciał, zbierali, to na złom oddałam". Kiedyś jakiś facet chciał ode mnie kupić, ale mówię: „Tego to już nie, bo to po babci mojej, to niech zostanie". Po babci mam jeszcze mosiężny moździerz. Pieprz się tym mieli, wszystko tłukło, ucierało się. Pieprz, wszystkie przyprawy. Ciężkie to. Tym to by zabił tłuczkiem. Ciężkie to bardzo.

Babcia na Białorusi była, mamusia też. Ale potem jak zmarli, to po co? Jeszcze tam kuzynka z mamusi strony jest z mężem i z dziećmi. Ojca tak nie znam, gdzieś są, ale nie znam. No mieszkali tam, to bratową widziałem. W jakimś mieście Iwieńcu też jakiś kuzyn mieszka, Mojżesz na imię ma. Ale w Mińsku naszej rodziny też już nie ma. Tylko ze strony mamusi szwagra, Kostka, to rodzina mieszka. Koleżanki mamusi, to też ostatnia teraz zmarła w tym roku. Też staruszka była. A młodzi to wiesz, nie zna się. Nieraz zadzwoni się, porozmawiać. Może jak załączę Internet, to będzie lepiej porozumieć się.