Tadeusz Miąsek

 

Fragment wywiadu z Tadeuszem Miąskiem.

 

 

            Nazywam się Tadeusz Miąsek. Urodziłem się 14 kwietnia 1942 roku w Warszawie, gdzie mieszkałem prawie pół wieku. Rok mieszkaliśmy w Wyszewie. Pracowałem w Urzędzie Gminy w Manowie. Od 1977 roku, czyli od 40 lat jestem mieszkańcem Zegrza Pomorskiego, do którego początkowo mieliśmy przyjechać na 2-3 lata, ale jakoś tak zostaliśmy. W Zegrzu podjąłem pracę jako kierownik Zakładu Budowlanego, to był  jeszcze PMHZ. Później pracowałem też w różnych innych miejscach.

            Oprócz tego od mniej więcej od 1956 roku, wtedy była Olimpiada w Melbourne, zajmuję się sportem, a dokładnie lekkoatletyką. W 1954 brałem udział w Czwartkach lekkoatletycznych w Warszawie, na stadionie Sparty bodajże. Byłem zawodnikiem Legii Warszawa. Tam trenowałem z takimi znanymi ludźmi jak: Badeński, Kirszenstein. Wtedy lekkoatletyka była tak jak teraz piłka nożna. Na meczu Polska – USA, na Stadionie Dziesięciolecia w 1958 roku było 105 tys. ludzi. Tam ludzie byli bardzo zintegrowani pod tym kątem. Cały czas miałem ten kontakt ze sportem. Nigdy nie byłem na pierwszym miejscu, bo takie warunki, no ale tu już towarzystwo albo nie startuje, albo nie żyje. Było dużo osób z tego mojego środowiska szkolnego na dobrym poziomie. Kirszenstein to była sprinterka. Pyciak-Peciak, pięcioboista, też z mojego środowiska tylko młodszy. Ten sport takim był istotnym elementem poza pracą zawodową.

            Miałem takiego kolegę starszego ode mnie o 4 lata, który mnie w to wciągnął i tak żeśmy się bawili. Wtedy nie było przeciwwskazań, żeby się nie zajmować sportem. Legia była wtedy na wysokim miejscu, bo to był klub wojskowy. Tam obok cała infrastruktura – korty tenisowe, pływalnia. Ja chodziłem na Górnośląską, to do Legii miałem z 800 metrów. Agrykola to jest taki ośrodek sportowy bardzo duży. To było pomocne. Jednocześnie pomagały mi jakieś tam stronności. W Warszawie pracowałem na wyścigach konnych parę lat. Próbowałem tam różnych inwestycji, no i z końmi miałem na co dzień do czynienia. Do tej pory tak mi pozostało. Także tutaj konie też funkcjonują.

            Na tych terenach rozwoju sportowego, to nie było za bardzo, bo nie było ambasadorów sportu. Tak mi się wydaje. Jak prowadziłem zajęcia, to było chyba za Szczepanika, to robiłem tak społecznie dwa razy w tygodniu, to mi zabrali salę. Ja nie miałem jakiejś tam popularności. No to podziękowałem i tak się to rozeszło. Później samolotem woziłem dzieciaki z Klemensem Imiołą, bo to jest mój kolega. Boisko w Zegrzu, to zrobiłem za darmo. Tam było takie pobojowisko, to wszystko wyrównałem i tak to zostało. Później to inicjatywy, jeśli chodzi o sport, tu ze strony samorządu nie było. Tak sobie przypominam. To były indywidualne przypadki, ale nie było chęci wśród pracowników i chyba rady też. Tak mnie traktowali, bo wiedzieli, że się zajmuję sportem, ale to tak bez wzajemności było z mojego punktu widzenia. W Niekłonicach było boisko, to też tam się zaangażowałem. Stroje sportowe wszystkim kupiłem. Znaczy ja kupiłem, Klemens Imioła zapłacił. Za ubiory dla zespołu ze Strzekęcina też ja płaciłem.

            Myśmy się dogadali wtedy. Oni wiedzieli, że ja sportem żyję, to poszedłem do Klemensa, mówię: – Zapłać za stroje. On zapłacił. Także nie miałem problemów. Samolot mi za darmo dawał do oblatywania z dziećmi, tak że też brałem. Wykazałem chęci, no ale pewnej akceptacji nie było. Później tam się pan Marcinkowski pojawił. Troszkę niewidoczne początkowo, ale później zauważyłem, że coś tam przebijał się.

            Jeśli chodzi o ludzi, którzy się stąd jakoś wylansowali i osiągnęli wyniki, to nie mamy. Ten wuefista w Konikowie to ma jakieś zacięcie chyba. Wuefista powinien mieć przegląd szerszy, bo to jest zawód jego. Nawet w małym zakresie tutaj tą bieżnię zrobić. Wiadomo, że to jest nakład, ale zrobić i od tego by się zaczęło. Na bieżni to krótkie biegi, skoki w dal. Takie początki byłyby. Tutaj niektóre dzieciaki mają zacięcie, jeśli chodzi o bieganie sprinterskie i można byłoby to kontynuować.

            Organizowałem też turnieje w tenisa. W Dunowie, Niekłonicach, robiłem takie turnieje no i sponsorowałem to wszystko.

            Jeśli chodzi o podróże, jakie odbyłem, to trudno policzyć. W Europie nie byłem tylko w Islandii i w Portugalii. Tak to wszędzie byłem. W niektórych krajach po kilka razy. W Azji byłem. Teraz mam już bilet na samolot do Malagi, do Hiszpanii. W przyszłym roku będą mistrzostwa świata, no to tam się wybieram. Tak że na parę lat mam w zamiarze wziąć udział w tych ważnych zawodach. Na Islandię też się wybieram, pod względem sportowym mam też tam znajomych kolegów z Reykjaviku, ale tam są specyficzne warunki. Jak rozmawiałem, to tam też jest stadion i można go spróbować. Bardziej mi się podoba jednak Skandynawia. Byłem w Helsinkach, Lahti, Rovanieli, to jest koło podbiegunowe. Wszystko to mam za sobą, już zobaczyłem. Jeśli chodzi o sport, to nie tylko, bo obojętnie gdzie jestem, to lubię być w środowisku. Im dalej, tym Polonia jest bardziej integracyjna. Z Polonią kontakty, no i z cywilizacją tamtą. No i techniczne rzeczy mnie interesują – domy, drogi, jakieś tam inne. To też podglądam, jak to jest robione, i porównuję z naszymi warunkami.

            Szczególnie Niemcy są sprawni, w Argentynie mam też kolegę, w Chile. W Szwecji, no to ze Szwedem tam sobie pisałem, no ale ja tak – francuski trochę znam, angielski muszę mówić, tutaj z portugalskim też musiałem się trochę podszkolić, żeby coś tam pogadać. Poza tym ludzie starsi już językowo tak nie są za bardzo sprawni, ale angielski jest taki niezastąpiony. Atmosfera jest taka familijna. Sympatycznie jest. W Polsce, to w Toruniu są zawody zimowe na hali w ciągu roku, później są zawody w lecie – Memoriał Duneckiego. Sopot – to jest corocznie zakończenie sezonu. Stadion jest przepiękny. Mistrzostwa Polski są w różnych miejscach. Do tej pory przez parę lat pięciobój był w Koszalinie. W dziesięcioboju w Polsce, to w tym wieku ludzi zorganizować, to nie ma szans. Dziesięciobój to jest tak: 4 biegi – 100 m, 400 m, 80 m przez płotki (albo 100) i 1500 m, skok w dal, skok wzwyż, skok o tyczce, rzut dyskiem, oszczepem i kulą. Ja korzystam na tym, bo to są konkurencje męczące. Dużo moich kolegów nie wytrzymuje i albo kontuzja, albo coś wyłamują sobie. Ja staram się wytrwać do końca, to jest mój sposób na życie w tym wieku, to już są takie osoby. W Poznaniu były Mistrzostwa Europy, w Krakowie, Opolu, we Wrocławiu, w Szczecinie i Warszawie. Maratonów nie biegam, bo wiem, że kręgosłup z czasem wyjdzie.

            Poza tym z Hermaszewskim się koleguję, ten kosmonauta. To jest mój rówieśnik. W Warszawie mieszkał u mnie w domu, stąd się znamy. Był bardzo wysoki, sprawny chłopak. Jak wrócił  z kosmosu, to już nie mieszkał u nas, ale odwiedził. Teraz jest licho z nim, jeśli chodzi o zdrowie, ale mam takich parę osób ważnych w Polsce, którzy gdzieś tam wykruszają się. W każdym razie nie tylko sport, ale mam kontakty takie dosyć wszechstronne, i zawodowe, i sądowe. Dają mi robotę od Szczecina do Białegostoku. Ja mam dwie specjalności – budowlaną i instalacyjną, a instalacyjna to jest woda, kanaliza, gaz, energia odnawialna, wiatraki, wszystko, a budownictwo to cała kubatura. W jednej specjalności mam te dwie. Ja piszę opinię do sądu i jest wokanda wyznaczona i wtedy muszę być, bo mam pytania zadawane. Wiadomo, że jeden wygra, drugi przegra, to ja jestem atakowany. Niestety, muszę krążyć, a to pracochłonne raczej. Do Gdańska pisałem opinię przez pół roku nawet, bo to cała gmina zrobiona – woda, kanaliza i skręcone. Muszę się zaangażować, żeby w sądzie nie paść, bo jak będę koniunkturalny, to już po mnie jest. Atak jest mocny. Tak że mam ja nie tylko ten sport, ale inne rzeczy, które powodują, że - o dziwo - mam często telefony w zakresie zajęcia stanowiska.

            Ciągle, ponieważ tutaj jestem, to chciałem w miarę możliwości współpracować, no ale... Cały czas szukam ludzi z jakąś werwą, iskrą, żeby móc coś zrobić, a najlepiej, niestety, mi się współpracuje z młodymi, znaczy młodszymi. Mam z nimi kontakt, a z rówieśnikami to już jest problem.

            Na początku to miałem taki dystans tutaj, że coś tutaj nie tak. A mnie tak trudno kupić, bo jak mam być za kimś i jak widzę, że ktoś nie ma racji, no to jego problem. Ja chciałem sport przełożyć na rezultaty w gminie. No, nie udało się. Zawsze tutaj miałem jakieś przeszkody.

            Lata lecą. Głowa mówi, że nie przebiję się, żeby bez przerwy się angażować, a angażowanie kosztuje. Moje straty są duże, jeśli chodzi o wydatki, a efektów dla mnie nie ma. Ja nie jestem w stanie do kogoś chodzić kilka razy. Ja w całej Polsce mam kolegów. Wszyscy startujący mają u siebie zielone światło, ja niestety nie. Od Białegostoku do Śląska po Szczecin. Wszędzie mają, a tutaj nie lubią tego sportu. Powiedzmy Klemens taki jest i takie osoby indywidualne to widzą, że ja coś robię. Wiadomo, bilet taki kosztuje 7-8 tysięcy, pobyt (bo to nie jedzie się na 2 dni, tylko jedzie się na 2 tygodnie). To, co mogę powiedzieć, to dostałem tą jedną nagrodę tutaj – 2 tysiące zł brutto. To tak muszę obiektywnie powiedzieć, że dostałem. To wszystko. Teraz to już z innymi samorządami mam współpracę i jeśli mam zrozumienie wzajemne, to jeżdżąc po świecie, mam okazję nawiązywać znajomości i pomału się mogę rozwijać na różnych płaszczyznach.