Stanisława Markowska

Data urodzenia: 1925 r.
Miejsce urodzenia: Krzywa

 

Wywiad z Stanisławą Markowską.


 

Nazywam się Stanisława Wanda Markowska. Urodziłam się marcu 1925 r. we wsi Krzywa na Wileńszczyźnie.

Mieliśmy mieszkanie pobudowane, ładne, z drewna wybudowane, pokoik i kuchnia była. Czysto i ładnie. I kapustę sadzili, i buraczki, i marchewkę, wszystko mieli i wszystko swoje jedzenie było. Ze swojej gospodarki, nie kupowali nic, tylko chleb. I nawet chleb piekli tam swój. Piece mieli, to mąki już zmielili, w żarnach mielili. Byli takie żarny dwa, jeden leżał, drugi na wierzchu i kręcili, mąkę robili. I chleb piekli, bo swój był chleb i wszystko swoje, i świniaka wychowasz, i kurę wychowasz, i kaczki, i wszystko.

Na Wigilię robili tam różne. I mak tarli, i kluski takie z makiem, i mięso później na drugi dzień, świniaka zabili, i czy kurę, czy kaczkę, no, wszystko tak samo było jak i tu. Ubrania robili, warsztaty mieli, tkali różne płótna, na płótnie tam wyrabiali na dole ładne kwiatki, jakie sobie chcieli. Jak była młoda, to też tak ładnie spódniczkę uszyje, bluzeczkę, z płótna białego, wybielisz to. Tak ubierali się, bardzo ładnie ubierali się.

Na różne choroby chorowali. Igrypa była, i gruźlica. Mojego męża siostra też na gruźlicę zachorowała i zmarła, nie wyleczyli. I ojciec był bogaty, i co oni nie robili, i nie wyleczyli. Gruźlica jak wpadła, to już nie, kapota, i zmarła. Ale ja to nie chorowała na żadne choroby. I boso chodziło się, i zimno, krowa nasika – pogrzeje nogi, i zdrowa była. Pan Bóg tak dał.

***

Ale ja miała trudne życie, roczek miała, od taty została, tata zmarł, mama mnie wychowała. Rodzeństwa nie miałam, sama była. Nie umiem czytać, nie umiem pisać, do szkoły nie chodziła, bo na służbę poszła. Ale pieniążki znam, już nikt mnie nie oszuka nigdzie na pieniądzach. Osiem lat miała, jak poszła na służbę. Służyła, krowy pasła, tam u gospodarzy wszystko tak robiła, aż póki za mąż nie wyszłam.

12 lat miałam, jak mama drugi raz za mąż wyszła. Ja mówiła: „Mamuńka, nie wychodź Ty za mąż, nam będzie dobrze dwie, ja będę służyła i chleba będziem mieli, i wszystko". No nie, mama wyszła za mąż. Ojczym był niedobry.

Ja jak służyła, bardzo dobrze miała. Przez dwa lata mienie gospodarze nie wypuszczali. Gwałtem wyjdę, z mamą chcę pogadać chociaż. Tak mienie nie wypuszczali, zadowoleni byli. Bo ja była taka zdrowa, dzięki Bogu, zdrowie było, nigdy nie chorowała, w pracy nie leniła się, nigdzie nikt mienie nie powiedział, że ja leniła się, czy co. Gospodarz tak był jak ojciec i matka.

Dziewiętnaście lat miała, za mąż wyszła, nawet krzestny wziął mienie za synową. Ale ja lepiej służyła, niżeli za mąż wyszła. Mąż był taki niedobry. Był ojca jeden synuś, wycackany. Urodziłam czwórkę dzieci, 3 córki i syna. Samochodem się jeździło do Wilna. Coś kupić – i mąkę, i cukier taniej. Chleba kupowali, bo najbliżej 50 km do Wilna mieli, no to pojadę, kupię mąki i kaszy, i chlebka kupię, dzieciom przywiozę. I tak przeżyło się. Było wesoło, ludzie byli dobre i do ludzi pójdzie się, pogości i pośmieje się, i pogada, i do Ciebie przyjdą. I tak żyło się, naprawdę.

***

Wojny tam u nas takiej nie widzieli. Tylko pozabierali tam chłopów. Które wrócili, to wrócili, kto nie wrócił, to już tam zginął. Nie było tam u nas takiej wojny, żeby bili się, nie, to dalej było. A my tam siedzieli w takim kątku dobrym, że nas i wojna nie ruszyła. Później mnie tylko chcieli wywieźć na Sybir za kułactwo, a u nas takie było życie. My mieli 7 hektary ziemi, a tam sąsiedzi mieli po 20. To te w kułaki nie wstawili, ale nas wstawili, za siedem hektarów kułactwo z nas zrobili i chcieli wywieźć na Sybir. Męża do więzienia posadzili za to, że był kułakiem. Zaczęli werbować na Karelo-Fińsk (Karelo-Fińska Socjalistyczna Republika Radziecka – dop. red.). To Rosja była czy co, Karelo-Fińsk. Mnie dali 600 rubli, a na dzieci po 400. A mąż mój w więzieniu siedzi. Ja pojechała do niego i mówię, że piszą na Karelo-Fińsk, co tu robić, mnie dają pieniądze, dzieciom po 400 mnie 600. Mówi: „Jedź, a ja przyjadę do Ciebie". „No, ale czy ty przyjedziesz? Może nie przyjedziesz? Ja wtedy tam zginę!". „Przyjadę, jak odsiedzę, przyjadę, jedź, jak werbują, nie bój się, jedź". Ja zawerbowała się, pojechała z dziećmi na Karelo-Fińsk. Dali mnie mieszkanko takie dla mnie i dzieciom. No, ja poszła do studni po wodę, przyszła do studni po wodę, a tu te kobiety: „A cóż to za kobieta, że my Ciebie nie znaju, a Ty przyszła po wodę?". Ja im tak mówię, że taka i taka sprawa, że z dziećmi przyjechała, zawerbowała się. „A gdzież Twój móżyk?", czyli mąż gdzie. Ja mówię, że w więzieniu siedzi. „A za co?". A ja im mówię, że za kułactwo, że postawili w kułaki nas, jego posadzili, mnie chcieli wywieźć na Rosję, na Sybir. I ja wzięła wodę, przyniosła do domu. A oni na wieczór przyszli z mężami, przynieśli dzieciom wszystkiego i ubranka przynieśli, i jedzenie, i z mężami poprzychodzili, wygościli mienie, jak nie wiem co. Naprawdę, tak przeżyła, dzięki Bogu tam.

Później z dziećmi przyjechałam po wojnie do Polski. Bała się, może nie dam rady, ale dała rade. Do Golic najpierw przyjechaliśmy. W Golicach była 3 lata, no i wtedy do Strzekęcina tu. Chodziliśmy do lasu do pracy i przeżyliśmy. Później mój mąż przyjechał, ale zostawił mnie. Jakoś trafiło się mnie taki pokoik tu. Jedna pani Juchniewiczowa mówi: „Chodź do Strzekęcina, w Strzekęcinie dobre". No i przyszła tu, do Strzekęcina. Mieszkałam tam, pracowała w majątku. W majątku w polu robiła, co trzeba, ziemniaki sadzili i żniwa zbierali, wszystko tak rolniczo. Później tu pokoik ten zrobił się pusty, walczyła, nie chcieli dać, ale ja już wywalczyła, tak chodziła do dyrektora, chodziła. Dyrektor mówi: „Markowska, czego Ty chcesz tego mieszkania?". Ja mówię: „Panie dyrektorze...". A mnie chcieli nad Ruszczakiem tam posadzić, na góry tam, to takie mieszkanie było. Ja mówię, że gdyby młodsze byli moje lata, to ja poszłaby. Ale coraz gorsza, coraz starsza robię się, trzeba i drzewa napiłować, w lesie nabrać, napiłować, narąbać. Nie mam nikogo. Synuś ożenił się, sobie robi. Córki też, a ja że sama. A tu kotłownia była, palili, to ja mówię, pieniążki mam, emeryturę mam, to ja zapłacę za palenie, ale mnie będzie i drzewa narąbane, i napalone, i ja będę w cieple. I dał mi ten pokoik, i tak siedzę. No i dzięki Bogu tak żyję, szczęśliwie. W życiu tak jest, ale dzięki Bogu, Pan Bóg pomaga. Ty z Bogiem, to i Pan Bóg z tobą.