Bogumił Lampkowski

Data urodzenia: 22.01.1936 r.
Miejsce urodzenia: Pałubinek, gmina Zblewo, powiat Starogard

 

 

Wyjechaliśmy stamtąd dlatego, bo nastąpiły zmiany historyczne. Polska uzyskała ziemie położone na zachodzie - wzdłuż Odry i Nysy i tu trzeba było ten teren zaludnić. Mój tata był nauczycielem i brakowało tutaj nauczycieli. Były już szkoły, ale nauczycieli brakowało, a koledzy mojego taty, czyli Bronisława Lampkowskiego prosili Go: „Bronisław, przyjedź do nas - już mamy szkołę, ale nie mamy nauczycieli”. Przyjechaliśmy tutaj i zamieszkaliśmy pierw w Siecieminie, to był 1946 rok, a następnie w 1948 roku przeprowadziliśmy się do Polanowa. Gdzie tata nadal był nauczycielem i kierownikiem szkoły.  
W Pałubinku, żyło się dobrze. Tam były lata mojego dzieciństwa, tam żyłem prawie do czwartego roku życia. Później przenieśliśmy się do Białachowa, a kiedy przeprowadzaliśmy się na zachód to miałem już chyba 10 lat.

* * *

Pamiętam jak Niemcy weszli, no miałem już wtedy prawie 4 lata. No i pamiętam tych żołnierzy niemieckich. Mój tata jeszcze nie wrócił, bo był w grupie górnej i mama moja narzekała na nich i żaliła się, że na pewno zabili go już, a oni mówili, że nie, że nie, na pewno wróci. Później się okazało, że naprawdę wrócił do domu! Była to już okupacja niemiecka. Mój tata, razem ze starszym bratem Józefem, miał już wtedy 17 lat, musieli pracować na tartaku u Niemca. Dojeżdżali rowerem codziennie 5 km, a tam był bardzo zacięty Niemiec, który za polską mowę od razu bił w twarz. Mój brat otrzymał takich policzków bardzo dużo, bo były takie sztaple z desek i za tymi sztaplami nie było widać, a on podchodził i nasłuchiwał. Za mowę polską było surowo karani, nawet byli wywożeni do obozu koncentracyjnego „Sztutowo”. Tutejsi Niemcy, którzy tu zamieszkiwali przed wejściem hitlerowców mieli już gotowe listy wszystkich inteligentów i ludzi, którzy mogli przeżyć polskość i dbać o patriotyzm. I tych brali: nauczycieli, lekarzy, profesorów, księży i tak dalej. Wielu z nich nie wróciło do swoich domów. Dwóch księży z Pinczyna jak zabrali ich to do dziś dnia nie wiadomo kiedy zginęli, jak zginęli, gdzie zginęli. Okupacja była trudna, nie wolno było modlić się bo chodzili pod oknami i podsłuchiwali. Obowiązywał wtedy nakaz zawieszania okna czarnym papierem, żeby niemieccy piloci, alianci czy radzieccy nie widzieli gdzie są osiedla ludzkie. Później, już w 1945 roku, była armia radziecka. Z naszej miejscowości Niemcy bardzo szybko uciekli, bo nawet pozastawiali różne rzeczy, np: młode konie. Z początku było dobrze, później nie było już tak dobrze, bo ta armia miała już swoje posterunki i po prostu jeździli nawet wozami konnymi i, tak się mówi, szabrowali. Wszystko co im się spodobało pakowali na wozy i zabierali ze sobą, twierdząc, że to jest pogermańskie. A to wcale nie była prawda. To były te czasy związane z wojną.

* * *

Po przyjeździe tu życie wyglądało dobrze, nawet było radośniej niż w obecnych czasach, bo po prostu w ludziach istniało przekonanie, taka ta wdzięczność, że udało mi się przeżyć, że ja żyje, a tyle ludzi zginęło, moich bliskich, sąsiadów, krewnych, a ja jakoś uniknąłem tej zagładzie. Ludzie byli bardzo życzliwi w stosunku do siebie, pomagali sobie, tworzyła się po prostu taka wspólnota wsiowa. Nie było tak źle, bieda była, czasami nie było i co do garnka włożyć, bo ja jako mały chłopiec musiałem chodzić po gospodarzach, żeby mleka trochę dostać, żeby mama mogła ugotować jakąś zupę mleczną. Ja tamte czasy wspominam dobrze. Hodowaliśmy króliki, żeby mieć coś do jedzenia, dużo tych królików było. Ja nimi się zajmowałem.

* * *

Uczęszczałem do szkoły średniej w Starogardzie Gdańskim, później po przeprowadzce w 1952 roku, uczęszczałem do technikum leśnego - najpierw w Zofiówce, wtedy województwo zielonogórskie, teraz lubuskie, a później ostatnie 2 lata kończyłem w technikum w Warcinie, w powiecie Miastko. Pracę podjąłem w mojej miejscowości w Polanowie, gdzie było nadleśnictwo i nadal istnieje. Pracowałem jako podleśniczy, a wraz ze zdobytym doświadczeniem zostałem leśniczym, następnie zostałem wezwany do wojska. Kiedy wróciłem z wojska, w 1959 roku, podjąłem pracę w biurze Nadleśnictwa jako sekretarz. Później różnie było, zgoda była, porozumienie - wszyscyśmy współpracowali. W 1996 roku odszedłem na emeryturę i teraz jestem jako emeryt. Mieszkam razem z żoną, dzieci wraz z wnukami nas odwiedzają.

* * *

Stosunki z sąsiadami były dobre. Do sąsiadów się chodziło, dużo się bawiliśmy z kolegami. Było groźnie, bo było dużo różnych niewypałów, amunicji. Moi niektórzy koledzy, przez lekkomyślność, przez niewiedzę zginęli, po prostu zginęli na wskutek wybuchów. Mnie się jakoś udało. Amunicji mieliśmy dużo, nawet w budynkach gospodarczych, ale jakoś udało się.

* * *

Czasu wolnego jako dziecko, jako chłopak miałem dużo, a później jako dorosły, młodzieniec to były różne spotkania, były chóry. Jeśli chodzi o sport to muszę z przykrością przyznać, że żadnych sportów nie było wtedy i ja żadnych sportów nie uprawiałem. Jak już byłem nastolatkiem to tylko w piłkę nożna i siatkówkę graliśmy, to ze sportu było najbardziej dostępne i popularne. Dwa ognie czyli tak zwanego „zbijaka” graliśmy na wychowaniu fizycznym w szkole.

* * *

Teraz jestem na emeryturze, jak już to powiedziałem, zaznaczyłem natomiast bynajmniej nie mam dużo wolnego czasu. Jestem tym faktem sam zaskoczony i zdziwiony, bo tak przypuszczałem, że jak będę na emeryturze to nie będę miał co z czasem robić i będę miał dużo wolnego. Okazało się, że tak nie jest, ponieważ muszę pomagać, to znaczy chętnie pomagam w domu w różnych pracach, poza tym są różne wyjazdy, byłem na wycieczkach, spotkaniach i tak prawdę powiedziawszy, jeżeli jeszcze mam trochę telewizji oglądnąć to czasami mi na to czasu nie starcza. Tylko wysłucham wiadomości wieczornych i dziwię się tyle miałem czasu, a miałem obejrzeć taki czy inny film, ale niestety nie było na to czasu i trzeba było z tego zrezygnować. Jestem zadowolony i cieszę sie, zdrowie mi dopisuje i tego sobie tylko życzę. I TYLE…