Henryk Łądkowski

 

Fragment wywiadu z Henrykiem Łądkowskim.

 

 

Nazywam się Henryk Łądkowski, urodziłem się w Lipcach koło Złotowa. Po przyjeździe do Świeszyna moim pierwszym miejscem zamieszkania było Strzekęcino. W 1986 roku podjąłem pracę w Stacji Hodowli Roślin (SHR). To tutaj zacząłem swoją pracę społeczną. Byłem też podsołtysem sołectwa Niedalino.

Było to o tyle ciekawe, że Strzekęcino nie miało swojego sołectwa, należało do sołectwa Niedalino. Toczyły się walki, żeby pan Burski został sołtysem w Niedalinie. Powiedział, że zgodzi się, ale pod warunkiem, że znajdzie się ktoś, kto będzie zbierał podatek w Strzekęcinie. Wtedy przekonano mnie, bym pracował w radzie sołeckiej na zasadzie podsołtysa. No i faktycznie – od tego momentu zacząłem wrastać w to środowisko i w te wszystkie malutkie problemy. Wcześniej rzadko zwracałem uwagę na takie drobne rzeczy typu nieczynny ściek albo że trzeba zrobić kawałek chodnika. Świeszyno było typową gminą podmiejską. Prestiż był wysoki, bo tu praktycznie był już Koszalin.

W 1989 roku, kiedy zaproponowano mi funkcję naczelnika gminy, to siłą rzeczy trzeba było zrezygnować z funkcji podsołtysa. Ale ta praca dała mi jedną ważną rzecz. Kiedy zaproponowano mi, żebym kandydował na naczelnika gminy, nie miałem oporów, ponieważ już zdobyłem dosyć duże kontakty środowiskowe. Moja praca, służba społeczna w radzie sołeckiej nie ograniczała się do kontaktów z sołtysem w Niedalinie. Żeby cokolwiek zrobić, trzeba było załatwić w urzędzie, więc te kontakty z urzędem gminy cały czas miałem.

Właściwie nie była to dla mnie nowość. Czułem się mocny, gdyż miałem wykształcenie kierunkowe – jestem magistrem administracji. To było 5 lat solidnej nauki na studiach zaocznych w Poznaniu. Studia były dwustopniowe. Najpierw trzyletnie Zawodowe Studium Administracji. Sesje były co tydzień, w soboty i w niedziele. Natomiast na Magisterskim Studium Administracji zjazdy były co trzy tygodnie, więc człowiek już czuł się jak hrabia. Trzeba było dojechać, przygotować się, żeby coś osiągnąć. W dodatku z rejonu naszego powiatu startowało nas trzech, a skończyłem tylko ja z tego mojego rocznika. Były to trudne studia, ale bardzo dużo mi dały.

Bardzo dobrze wspominam tamte czasy na przykładzie Niedalina i Strzekęcina. Mało kto pamięta, że w Strzekęcinie mieliśmy kapitalnie funkcjonującą świetlicę, była biblioteka, były koła zainteresowań. Wtedy można było stworzyć przy wspólnym działaniu Stacji Hodowli Roślin i gminy taką placówkę kulturalną, której generalnie Strzekęcino nie miało. Do oficjalnych uroczystości i przyjęć był Biały Pałac. Na dobrą sprawę utworzenie wówczas takiej świetlicy było ogromnym plusem. Również w Niedalinie przeprowadzono remont świetlicy naprzeciwko poczty. Zaangażowanie mieszkańców było ogromne. Do tych prac rady sołeckiej włączały się też inne firmy – młyn, dawny tartak w Niedalinie. Poza tym był dobry klimat, jeśli chodzi o kierownictwo zakładu SHR.

Dobrze i prężnie działała w Niedalinie straż, zawsze mogliśmy na nią liczyć. Cokolwiek trzeba było zrobić, np. naprawa chodnika czy ogrodzenia – nie było problemu. W Niedalinie, w Bardzlinie i w Strzekęcinie wszystkim chciało się pracować. Mimo że nie mieliśmy dużo środków – nie było funduszu sołeckiego. Sami zrywaliśmy się do pracy. Nawet jak było nas 5 czy 7 to solidarność była bardzo silna. Chęć do zaistnienia i zrobienia czegoś w środowisku istnieje do tej pory, choć rady sołeckie się zmieniały. Nie mieliśmy pieniędzy i wszystko zależało od nas. Każda celowa dotacja według mnie deprawuje. Pieniądze dawane odgórnie na określony cel uzależniają.

Kiedy w 1989 roku zaproponowano mi, żebym kandydował na naczelnika gminy, zgodziłem się, oczywiście nie przewidując tego, co będzie za rok. Wielu mi zadaje pytanie, czy gdybym wiedział, jakie zmiany nastąpią, to czy bym się zdecydował na kandydowanie. Odpowiadam, że tak. Dla mnie to było nowe wyzwanie. Byłem młodym czterdziestoletnim człowiekiem, nie czułem zahamowań. Mało tego – to było po tych częściowo demokratycznych wyborach. Widziałem, że idzie ten powiew nowego, co mi było na rękę. Już po pierwszych miesiącach widać było, że coś się będzie działo, coś się będzie zmieniało. Ciekawostką jest to, że naczelnikiem gminy zostałem wybrany 24 sierpnia 1989 roku około godziny 12 i w tym samym dniu, niemalże o tej samej godzinie Tadeusz Mazowiecki został wybrany na premiera. Nawet niektórzy żartowali, że było słychać oklaski z naszej sali konferencyjnej i przez radio oklaski z sali sejmowej. I śmiano się, dla kogo które były. W każdym razie wszystko to świadczyło o tym, że ten okres dawał ogromne nadzieje.

Dzięki temu, że miałem dobre kontakty w sołectwach, to chociaż byłem z politycznego nadania jako urzędnik administracji państwowej, mogłem liczyć na wsparcie i współpracę. Kiedy zaczęto zapowiadać zmiany w ustawie o samorządzie, było to niesamowite wyzwanie. Nie zastanawiałem się długo, czy się tego podjąć. Wielu rzeczy może nie przewidywałem, ale sądziłem, że będę mógł coś tu jeszcze zrobić. Przypomina mi się taka sytuacja. Były sołtys Świeszyna zapytał mnie, czy wiem, z czego mnie zapamiętał.

            – Nie wiem – odpowiedziałem.

            – Byliśmy razem na pogrzebie, była jesień, potworna słota – zaczął. – Szliśmy na końcu i obserwowaliśmy jak wygląda kondukt pogrzebowy w Świeszynie. Powaga czoła konduktu jest wiadoma, ale cała reszta idąca za konduktem przedstawiała się humorystycznie, wręcz karykaturalnie. Ludzie, którzy szli konduktem nie szli właściwie, a skakali. Między jedną kałużą a drugą, ponieważ nie było asfaltu ani nawet bruku.

Wtedy przypomniałem sobie, że faktycznie była taka sytuacja i trzeba było to zrobić. Zresztą było to wówczas bardzo proste. Wtedy wystarczyło chcieć. Owszem, trzeba było się trochę nachodzić, pozałatwiać, przekonać decydentów, że taka droga jest potrzebna. Ale jak się chce, to można wiele rzeczy pchnąć do przodu.

Praktycznie na czele urzędu stałem do 1993 roku, do jesieni, bo potem znalazłem się w szpitalu. Oficjalne zakończenie formalno-prawne to luty 1994 roku. W sumie z naczelnikowaniem to była czteroletnia kadencja, a praktycznie ponad trzy lata jako wójt. To była jedna z trudniejszych rzeczy moim zdaniem, że rada wtedy wybierała wójta. Rada była mniejsza, 12-osobowa. I tak naprawdę w każdej chwili mogła wójta odwołać i zgłaszać kandydatów na kolejnego. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę fakt, że ta nowa rada została wówczas wybrana w tych wolnych wyborach samorządowych i w dużym stopniu były to nowe osoby, które wcześniej nie miały do czynienia z samorządem, a jeśli miały to niewiele. Ci ludzie wchodzili w coś zupełnie dla nich nowego. Czasem się nie mogłem z tym pogodzić. Na przykład mieliśmy gminny plan zagospodarowania przestrzennego. Prezentowałem jakie rejony są pod mieszkaniówkę, jakie gospodarcze i tak dalej. Pamiętam taką dyskusję. – Przecież my jesteśmy samorządem, tutaj chcemy przekreślić, mieszkaniówkę chcemy w innym miejscu – mówili.  Były czasem takie zakusy, ale to było rzadkie. Generalnie to była praca ludzi, którym bardzo zależało  i bardzo chcieli się wykazać.

Zaskoczeniem dla mnie było to, jak wielka była chęć zrobienia czegoś możliwie szybko. Mało tego, chęć podejmowania ogromnie ważnych decyzji. Kiedy weszła ustawa o samorządzie terytorialnym, zaczęła się sprawa komunalizacji. Najpierw się mówiło generalnie o komunalizacji tzw. „mienia”, które należało do Skarbu Państwa. Trzeba było to przejąć jako mienie gminy. Jako jedna z pierwszych gmin w Polsce – jeśli nie pierwsza, ale nie wiem – podjęliśmy się, nie mając żadnego doświadczenia w gospodarce mieszkaniowej i komunalnej, komunalizacji ogromnych PGR-owskich zasobów mieszkaniowych. Nie po to, żeby chlubić się tym, że mamy taki majątek. Każdy doskonale wie, co to znaczy przejąć mieszkania, czy bloki. Nie było jeszcze wspólnot, nie było norm, bo one wchodziły później. Chcieliśmy, by ci pracownicy przestali być niewolnikami, uzależnionymi od tego, że jak zostaną pozbawieni pracy, to muszą opuścić mieszkanie. Takie było prawo, to mieszkanie było zakładowe, jak zostałeś zwolniony, to byłeś zobowiązany opuścić mieszkanie.

Była też sprawa pałacu w Strzekęcinie, wtedy nazywał się Czarny, teraz Bursztynowy. Ten „prezent” spadł na nas bardzo niespodziewanie. Miała to być szkoła dla ZOMO, ale kiedy w roku 1990 ta jednostka została ustawowo rozwiązana, to obiekt został, chociaż Milicja tam zaczęła wcześniej remontować. Wojewoda wezwał mnie do siebie i powiedział, że oni tego nie chcą, Policja też nie, bo to dla nich obciążenie. Nagle taki niby „piękny kwiat” przekazano nam. Z tym się wiązały przeogromne koszty. Nie tylko ochrona obiektu, ale również remonty. Tym bardziej, że obiekt był wpisany do rejestru zabytków. To też się wiązało z ogromnymi perturbacjami. Z jednej strony wszyscy się zachłysnęli, jak się dowiedzieli, że gmina w prezencie za darmo dostała pałac. Ale jak żeśmy siedli potem i zaczęli robić kalkulacje, ile kosztuje zabezpieczenie i bieżące utrzymanie takiego obiektu, to się okazało, że to są przeogromne kwoty. Trzeba było przecież zadbać, żeby nikt nie rozkradł, żeby nie popadło w ruinę. Wdzięczny jestem tym poprzednikom (Milicji) za to, że zaczęli od dachu, czyli nie leciało do środka. Aczkolwiek cała reszta wymagała przeogromnych prac. Trzeba było znaleźć nabywcę. Zbycie tego było dla nas najważniejsze. Cała rada była zgodna, że jako gmina tego nie utrzymamy. Przetarg pierwszy, drugi... Z racji, że to był zabytek, było ustawowe obniżenie ceny. W końcu ten obiekt znalazł takiego nabywcę, że w tej chwili niewątpliwie gmina może powiedzieć, że ma taką perełkę. Uważam, że to była jedna z takich bardzo odważnych decyzji ówczesnego samorządu, że zdecydowali się na to, żeby jednak w tym kierunku pójść.

Był też drugi element, jeśli chodzi o komunalizację. Mimo że na komunalizacji mieszkań niewiele się zarobiło, bo tam trzeba było obniżyć do 10% wartości. Ale rada wiedziała jedną rzecz – potrzeba nam bardzo szybko środków, gdyż stajemy przed niepowtarzalną okazją. W tym czasie prowadzono przez teren gminy, w rejonie Chałup sieć gazową. Zaproponowałem wówczas na sesji, że wszystkie pieniądze z komunalizacji przeznaczymy na gazyfikację. Żeby to zrobić, nie wystarczyło to, że tu przechodzi ta miska gazowa. Trzeba było jeszcze przekonać Centralę Polskiego Gazownictwa Naftowego i Gazownictwa, żeby tutaj powstała stacja redukcyjno-pomiarowa. Od niej dopiero można było sprowadzać gaz, prowadzić średnie i niskie ciśnienie. Wszyscy wiedzieli, a ja jeszcze powtarzałem to na każdej sesji, że elektryfikację już mamy całkiem dobrą, telefony też już jako tako. Więc jeśli teren naszej gminy będzie miał gaz, to będzie ogromna zachęta dla ewentualnych przyszłych inwestorów. Dla komfortu mieszkańców to też kapitalna rzecz. Plan był wspaniały i się dziwię, że potem tak się poddali moi następcy. Chociaż myślę, że to się w pewnym stopniu udało, było właśnie takim bardzo znacznym dowodem, że można w tej gminie coś zrobić, nawet wielkiego.

Ten krótki okres pracy w samorządzie pokazał mi jedną rzecz. Jeśli nie rozmieniamy się na drobne, ale podejmujemy bardzo odważne decyzje, to trzeba się liczyć z tym, że będą one z jeszcze większą wnikliwością oceniane – mówmy szczerze – krytykowane. Często trzeba wielu lat, żeby wykazać, że to było słuszne, że to nie było pod publikę, czy na potrzeby propagandowe. Mam jedną satysfakcję, że bez względu na to, jak oceniano mnie wówczas i jak się ocenia w tej chwili, to mogę każdemu spojrzeć w oczy i nie mam żadnych wyrzutów, że wobec kogoś miałem nieczyste zamiary, czy mój prywatny interes był sprawa nadrzędną. Moja ambicja była rzeczą wtórną. Dlatego niczego nie żałuję. Nie żal mi tego czasu, mimo że niezaprzeczalnie przypłaciłem to wówczas zdrowiem i ta praca musiała być skrócona. Gdybym dzisiaj stawał przed dylematem, czy bym się podjął tego ponownie, powiem z całą szczerością – tak.