Wanda Krawczyk

Data urodzenia: 19.02.1926 r.
Miejsce urodzenia: Długosiodło (woj. mazowieckie).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Niekłonice.
Zawód: rolnik.
Zawody rodziców: rolnicy.
Zawody dziadków: nie pamiętam.
Kontakty z obcymi językami: niemiecki.

 

 

 

Wanda: Byliśmy biedni. Ja jeździłam do Warszawy i handlowałam. Ale byłam młoda, no może 16, może mniej nawet lat. I ja właśnie wtedy coś tam w domu brałam, żeby tu, tam, sprzedać drożej. A dostałam kartę do Niemiec, do pracy. No, ale ja za młoda byłam i taka szczupła i taka byłam… Nie, zostałam. Jeździłam do Warszawy, ale jak do Warszawy jechałam, to się schowałam, bo jak Niemcy czasami weszli do wagonu, to ja tak pod te ławki gdzieś, żeby mnie nie wzięli. Siostra poszła za mnie, bo ja byłam za słaba. A ja zostałam i pracowałam. Wpierw wyszłam za mąż, za pierwszego męża.

Córka: 16 lat miała.

Wanda: Męża miałam kalekę, chodził o lasce i był starszy już. Ja nie chciałam za niego wyjść, ale żeby mnie do Niemiec nie zabrali, to musiałam wyjść za niego. Ale jak z nim przyjechałam do Niemiec, to ja miałam dziecko.

Córka: Tutaj na te ziemie odzyskane.

Wanda: Tak. To ja miałam dziecko. To dziecko było małe, miało 6 miesięcy. I jak myśmy stamtąd wyjechali, to tam było mleko inne i karmiłam trochę, ale tu mało. Przyjechaliśmy tu z dzieckiem na inne powietrze, inne wszystko. I dziecko mi zachorowało. Lekarzy tyle nie było. Pojechaliśmy do lekarzy, lekarz mówi: „Koniec, nie możemy uratować”. I to dziecko mi tu zmarło.

Budynki były bardzo kiepskie, leciały na głowę. Przyszliśmy tutaj spać, to pękało, te sufity, wszystko się waliło. I jak tu było dalej, to ja już nie pamiętam.

Córka: I mama tutaj w 46 roku w lutym pochowałaś tego męża swojego pierwszego, Stefana. I byłaś w ciąży, wiedząc, że z nim byłaś w ciąży, i urodziłaś w październiku drugie dziecko. A później za rok wyszłaś za tatę. Nie, w czterdziestym ósmym w lutym wyszłaś za mąż.

Nie było mamie lekko jak tu przyjechała, bo wojna wycinała wszystkich. Zresztą mama pochodzi z takiej ubogiej rodziny. Mieli tam trochę tej ziemi, ale tam bardzo słabo to wszystko rosło. A ich wszystkich było czworo.

Wanda: Zrobili taki, no, że tych Niemców wywozili stąd. No to na te Niemcy oni chcą nas, żebyśmy zabrali po nich tę gospodarkę. Ta Niemka była taka kochana, taka dobra, że naprawdę. Pomogła mi przy dziecku. Jak to dziecko mi chorowało, to ona mi pomagała. Później dziecko umarło, to ona też płakała, bo ja płakałam, to ta Niemka też mi przy tym dziecku pomogła. Bo oni bardzo dobrzy byli dla nas. Niemka miała dwie córki. Chodzili tam tu, ale nie było roboty, nie było ani kurki, ani krówki, ani świnki, nie było nic, kompletnie nic, pusto było na tej gospodarce. Zabudowania, to te budynki się waliły prawie.

Córka: A dlatego zaniedbane było bardzo, bo nie budowali. Bo to jeszcze jako takie były zabudowania te gospodarcze, ale dom, to była ruina. Ja z moich wspomnień to pamiętam, mama też pamięta to, że jak spaliśmy tam, to baliśmy się. Łóżka to nam mama popodkładała tak pod ściany, bo cały sufit nam spadł. To było takie lepione trzcina z gliną. I ten sufit cały płatami spadał. Kiedyś Janek, młodszy brat mój, jak spał w łóżeczku, to pełno tego tam napadało. I cudem było, że na głowę mu to nie spadło. Niemcy tego nie remontowali, bo wiadomo, materiały, to wszystko, to szło na zbrojenie, na wojsko, a tutaj mieli zabronione. Bo tak mówiła ta Niemka, że w ogóle było wzbronione, cokolwiek, jakakolwiek inwestycja, czy w domu czy… Tylko mogli hodować tam inwentarz. No, ale jak już się wyprowadzili, to już pozabierali wszystko, to nic nie było, tylko tyle, co stało. Rodzice później tam zaczęli budować. Z gospodarczych budynków dwa pokoje wzięli i tam żeśmy się przenieśli, bo tam było nie sposób w tym poniemieckim mieszkać. Bo kapało, taki dach był z trzciny, a u góry było wszystko dziurawe. Mama była bardzo, bardzo pracowita, tata też. I tak pomału, pomału dorabiali się.

Wanda: Ja w nocy chodziłam snopki wiązać, bo deszcz miał padać. Niemcy zostawili nas, pojechali. Wyjechali tam. Później ta Niemka pisała, ja musiałam tam do niej jechać, odwiedzić ją w domu starców. I tu do mnie przyjeżdżali też często. Raz jak mieli odjeżdżać, to Niemka przyszła, już wyjechała, ale później wróciła z płaczem, bo ona nie ma chleba, nie ma co jeść dzieciom dać. A ja miałam zarobiony chlebek taki, jak w żarnach wykręciliśmy tego zboża, to zarobiłam i później zrobiłam. Takie brytfanki były i w te brytfanki, i do piecyka wsunęłam, dwa takie. I ta Niemka zaczęła, że ona nie ma chleba. Tak ja wyciągnęłam z pieca, bo on już upiekł się ten chlebek. I wyrzuciłam z tej brytfanki, zawinęłam i jej dałam, żeby miała dla dzieci. Jak ona się cieszyła.

* * *

Syn: A do prania taka pralka na przykład?

Wanda: Tak. Tara była kiedyś. Żelazko też, na dusze takie były. Tylko wiem, że takie były żelazka, że tam się wkładało taki upalony kamień czy coś co było do tego, no i się zamykało i to już grzało od spodu, i się prasowało. Centryfuga to była do mleka, ale myśmy mleka nie mieli, bo krów nie było. Cepy? To raz z tatą młóciłam, żeby mu pomóc.

Syn: A później, jak się to wzięło, to przewiało się, że trzeba było oddzielić ziarno od plew?

Wanda: To taka szufla była i do góry się rzucało, a drzwi były otwarte i tu, i tu i to przewiew był, i te plewy odlatywały. Tak podrzucił zawsze tata, to później już ja to robiłam.

* * *

Wanda: Nie wiedziałam, jak wygląda czekolada. Jechałam pociągiem, siedziała kobieta przy oknie, jadła tą czekoladę. Tak popatrzyłam. Co ona je? Chleb? Ale to nie wygląda chyba na chleb. Nie wiem, nie wiem. Ona wysiadła później, a ja tam w miejscu usiadłam i nie wiedziałam, co tak… i próbowałam. Słodkie takie, no dobre to, dobre jest. Boże, tyle człowiek przeżywa, nie wiedział. No później już się dowiedziałam, co to jest, że to było słodkie, to musiała być czekolada.

* * *

Syn: Jak się krowy poiło, to był taki wąż. To ten wąż, to się szlauch nazywał.

Córka: A galareta studzinina.

Syn: No, bo żeby się zsiadło, to trzeba było do wody spuścić. Tutaj po sąsiedzku, to w walonkach chodzili, ciepłe buty.

Wanda: Drewniaki takie były, drewno i trochę skóry.

Syn: Laczki były, te takie od szmaciarza, bo szmaciarz przyjeżdżał. Szmaty, butelki na wymianę zbierał, szmaty kupował, a dawał na przykład laczki. Laczki to były takie buty, które od spodu podbijane były dętką od roweru, oponą od roweru. To była opona od roweru od spodu, a z góry taka szmata była.

Wanda: Ciężkie były.

Syn: Ciężkie były. Takie grube. Mama miała barana tutaj i dwie owce. I był kołowrotek, wełna i robiła na drutach. I my mieliśmy wszystko z wełny, takie gryzące. Spodnie, takie rajtuzy zrobione.

Wanda: I to z tego ja przędłam i sama robiłam. I to kręciłam.

Córka: To pamiętamy, że nas gryzło.

Syn: Gryzło nas. A później przefarbowała mama, wszystko było białe. No, a później mama przefarbowała na czarne, ale guziki białe i tak zostały, tam z boku były. Strasznie gryzły, ale ciepłe były.

* * *

Syn: Jak mama opowiadała, to mówiła o morgach. Ale tutaj mieliśmy normalne hektary, a że tam w Polsce, to my mieliśmy cztery morgi na przykład.

Córka: Zawsze mówiła, że u siebie, że w Polsce, tam.

Syn: A mieliśmy odważnik taki i tam pisało 17,5 funta chyba. A funt to był pół kilo chyba. A z takich zwyczajów, to było też to, że w sobotę było ogólne sprzątanie wioski. Każdy koło swojego wychodził z miotłą i zamiatał ulice, pół ulicy po całości, gdzie było to wszystko, wszyscy wychodzili wieczorem i zamiatali ulice. Na pewno było, jak ktoś zmarł, to spotykali się na takich pieśniach, na różańcu czy pieśni w domu zmarłego, bo ten zmarły leżał.

* * *

Córka: To była taka wieś gospodarcza.

Syn: Zupełnie inna wioska jak Giezkowo, bo w Giezkowie był PGR, to tam zupełnie inaczej, tam pracownicy mieli mieszkania pobudowane, jakieś tam bloki czy czworaki. Dzieci miały wolne, a u nas, no to wszyscy pracowali.

Wanda: Pamiętam…

Syn: Nie wolno było świniaka zabić, bo wszystko było zakontraktowane. O, świniak był zabijany, szlachtowany to nawet. Zabijanie świniaka to było szlachtowanie świniaka. Krowy gdzie ganiali, cała wioska? My nie ganialiśmy, mieliśmy swoje łąki, ale…

Wanda: My mieli swoje.

Syn: Cała wieś ganiała na ogólne, a tam były ogólne takie, nie wiem jakieś zbiorowe, państwowe. Cała wieś ganiała krowy tam. Tylko my nie ganialiśmy.

 

Słownictwo:

centryfuga– urządzenie do rozdzielania mieszaniny cieczy na składniki o różnej gęstości lub do oddzielania ciała stałego od cieczy, wirówka do mleka.

cep – narzędzie do ręcznego młócenia zboża.

drewniaki – buty z drewnianą podeszwą.

dusza – sztabka żelaza wkładana po rozżarzeniu do żelazka dawnego typu, powodująca jego nagrzewanie się.

funt – jednostka masy używana w krajach anglosaskich, niecałe pół kilograma.

ganiać – pot. prowadzić zwierzęta w określone miejsce.

kołowrotek – dawny przyrząd do przędzenia nici, napędzany pedałem.

laczki – klapki z podeszwą z opony od roweru.

morga – daw. miara powierzchni gruntu, licząca ok. 0,5 ha.

plewy – odpadki powstające przy młóceniu i czyszczeniu dojrzałych roślin, zwłaszcza zbóż.

studzinina / studzienina – inaczej galareta, potrawa w postaci kawałków mięsa z warzywami podawanego w galarecie na zimno.

szlachtowanie – daw. dokonywanie uboju zwierząt, np. bydła, świń.

szlauch – gumowy wąż służący do podlewania ogrodu.

szmaciarz – człowiek zajmujący się zbieraniem szmat i innych przedmiotów i handlowaniem nimi.