Irena Kozłowska-Abucewicz

Data urodzenia: 1937 r.
Miejsce urodzenia: Słoboda

 

Wywiad z Ireną Kozłowską-Abucewicz.


 

Nazywam się Irena Kozłowska–Abucewicz. Urodziłam się 24 lutego 1937 roku we wsi Słoboda. To jest na Wileńszczyźnie, zawsze podawało się powiat wileńsko-trocki.

Zanim stamtąd przyjechaliśmy, to był rok 1941, jak już zaczęła się wojna, tak rano. Pamiętam, że taki ładny dzień był, słoneczko, ale cała wieś już na nogach, bo samoloty takie ciężkie jechały gdzieś, bomby padały, nawet w naszą stodołę i nowy dom zaczęty budować też bomba, spaliło się wszystko i cała wieś wtedy do lasu uciekła. Tylko jedna, bo duża wieś była, tylko jedna rodzina została. No i zaraz front wszedł, Ruskie weszli. A te samoloty to niemieckie. Raz akurat już Ruskie szły i u sąsiadów, to akurat trzeci dom od nas, taki ogród duży był, tam właściciel zawsze pomidory sadził i tam ruskie wojsko na tym ogrodzie rozlokowało się, tam gotowali sobie. A u nas w oborze zostali świniaki, tylko krowy zabrali, bo kto mógł, to zabierał krowy. Ale w tym lesie, to i tak, jak te niemieckie samoloty jechali i strzelali, to parę tych krów pozabijali. A u nas akurat świnia, maciora została i miała małe mieć. No i mama mówi, już tak ciszej się zrobiło i te Ruskie tutaj były, no i mama wysłała brata, jak tam, co tam jest. A ja zaraz: „Czesiek, bierz i mnie", chwyciłam go za rękę i dogoniłam go, i nie mógł już mnie z powrotem, no i wziął mnie. I przyszliśmy do domu, ale tych małych jeszcze nie było tam, no i z powrotem do lasu. A jak tu Ruskie te stali, to ta jedna rodzina, co nie uciekła do lasu, została naprzeciwko tego ogrodu, przez ulice. No i my akurat szliśmy z powrotem, brat trzymał mnie za rękę i ten samolot niemiecki nadleciał, i zaczął po tych Ruskich strzelać, to ja już nogami nie przebierałam, tylko brat wciągnął mnie do domu, bo jakby po nogach mnie posiało, to nie wiem. I wpadliśmy do domu, a te sąsiedzi już wszyscy na podłodze leżeli, to tak uratował mnie brat. To przez głupotę, bo mogła zostać, ale nie, ciekawa, musiałam zobaczyć. Ciekawość. Trochę i strachu było. No i też strachu przeżyliśmy tam z tą partyzantką, Mówię tam. Noce nieprzespane nigdy były. Nieraz to noce, a nieraz i w dzień partyzanci przychodzili. Jeszcze jak Ruskie przyszli, to jeszcze poprosili tam zjeść, czy coś, ale już jak te Litwini przyszli, to koniec. Litwini byli okropni. A no tak. I takie ot dzieje. Taki kolej rzeczy.

No i wtedy to już trochę ucichło, chyba już front szedł bardziej, to Niemców nie było widać. Tylko jeszcze dwóch Niemców dezerterów, to jak dziś pamiętam, pierwszy raz zobaczyłam Niemców wtedy. Takie wysokie, chude. A my w lesie tym, każdy w ziemi, kopali takie ziemianki i tam nocowaliśmy, chyba niecałe dwa tygodnie tam w tym lesie. No i te Niemcy płakali, że oni rodziny też zostawili, ale zdezerterowali i uciekali gdzieś też. Nie wiadomo, czy Ruskie ich nie złapali. No i później wróciliśmy, bo już się uspokoiło, front przeszedł. Wróciliśmy do swoich domów, do wsi. Najgorsze było jeszcze, że partyzantka chodziła po nocy. Wszystko zabierali. Niby szukali broni, a na strych, gdzie zobaczyli jakieś jedzenie, to wszystko zabierali, także najgorsze to było jeszcze te takie te bandy, no, Litwini i Ukraińcy, polskich tych z partyzantki, to rzadko przychodziło do nas. Najwięcej to Ruskie i najgorsza to była litewska partyzantka i ukraińska. Później już uspokoiło się to.

Już później przyszła wiadomość, nie wiem skąd, że można wyjeżdżać do Polski, no i kto już chciał wyjechać, to czekaliśmy na to. Wtedy od nas tam, to już drugi transport szedł tutaj, w województwo olsztyńskie. Do Olsztyna przyjechaliśmy. A z Olsztyna już wtedy do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie wyszłam za mąż. To już był 46. rok, styczeń, jak przyjechaliśmy do Polski. Jak przyjechaliśmy już do tego Lidzbarka, to każdy jechał i zajmował jakieś gospodarstwo, bo swoje tam zostało, to tu zajmowali. No to my to tam, ile? 6 km od Lidzbarka? Czy 7? Tak gdzieś. I jeszcze Niemka była, trzy córki takie. Jedna w moim wieku była i chłopak najstarszy, 13 lat miał. No to do 47., przez rok przeszło mieszkaliśmy razem. I też musieliśmy i karmić razem, bo oni nic nie mieli te Niemcy, w ogóle, ja nie wiem, jak oni żyli dotąd, zanim my przyjechaliśmy. Nie mam pojęcia. Także nas tyle było w domu! Ja 5 braci miałam, rodzice i Niemka z tymi. I jakoś pomieściliśmy się.

Później już oni wyjechali do Niemiec, do wschodnich wywieźli ich. A tam podobno tylko rok czasu żyła ta Niemka, a odnalazła męża w zachodnich Niemczech, że nie zginął na wojnie. Ona za dziedzica wyszła, bo taki majątek był, pałac. No, to tylko rok żyła tam jak odnalazła męża i zmarła.

A my na gospodarstwie, no żyli, do szkoły się chodziło później. My mieliśmy gospodarstwo nieduże, 14 ha, ale tak w obrębie domu. Taka ładna miejscowość, dwie rzeczki dookoła. Fajnie się żyło na tych Mazurach.

W 46. roku, jak przyjechaliśmy dopiero, akurat drugi dzień Wielkanocy było, ciepło było i jak to dzieciaki, nie było co robić, a tych poniemieckich różnych po wojnie niewypałów było moc. No i ja akurat z mamą szliśmy do ciotki i patrzę tam na drodze ognisko palą dzieciaki. Pełno ich tam było, no to i ja zostałam tam, a mama poszła do ciotki. No i paliło się tam, oni proch palili. Znaleźli takie naboje i wysypywali proch, i proch ten się ładnie palił. I zabrakło im, no to wyruszyli, mój cioteczny brat, chyba 9 lat miał, później sąsiadów chłopak, chyba 14 lat miał, no i poszli do wsi drugiej tam, bo jeszcze tam były niedopały, to przyniosą. A ja pomyślałam sobie, że pójdę też, bo tam akurat zabawa była i mój brat, jak przed wojną zabrali go do wojska, tak dopiero w 46. roku wrócił do domu i tam był na tej zabawie. No i pomyślałam, że pójdę tam do niego zobaczę. No i akurat oni znaleźli tam, rozbierali, kamień duży był, ten brat mój cioteczny tak uklęknął i bili tam. Wszystkie już mieli tam tego prochu nasypane i jedną kulę taką ostatnią wziął brat właśnie i ona była ona ta rozrywająca. A ja akurat z tyłu za nimi, bo oni już nazbierali tego, a tam drzewo rosło akurat. I on jak puknął dwa razy, tak wybuchło. A ja akurat na te drzewo. To jak za tym drzewem stałam, to ta noga mi, ręka tu, odłamki na te drzewo, ten kamień je rozwarstwił. No to bratu nogi urwało, ręce też, że sam tułów tylko był. Ten sąsiadów też chłopak tu miał całe. Przed ranem, to jeden i drugi zmarli. To jak wieźli do szpitala, to mnie w pierwszym rzędzie opatrzyli, bo najmniej miałam, chyba jeszcze mieli nadzieję. No i tak ot, było. No i później przez dwa lata chodziłam z krzesełkiem. Nie mogłam chodzić. Bo jeszcze kuli nie było gdzie dostać, to krzesło brałam i jakoś tak z krzesłem chodziłam prawie dwa lata. Bo później odłamki te wychodziły, to wrzody się robiły. No i całe szczęście uratował mnie taki ordynator, jeszcze on z Wilna był chirurg, taki sławny był i on akurat w Olsztynie był. No i mnie tam zawieźli, mama zawiozła mnie tam i on dopiero wziął się za mnie i już wtedy zaczęłam chodzić. Bo tak, to sztywna noga była, później zaczęłam już ruszać kolanem, także on uratował mnie. Także pamiątka jest powojenna. Oj, dużo było tych wypadków, strasznie dużo było dzieciaków.

***

Jak już specjalnie świniaka się zabijało, to robiło się – to teraz też jest – kindziuk. Ten cały żołądek tam, szynka i łopatka wchodziło, mięsa tyle się napychało. I jak na wiosnę, to aż do sierpnia wędziło się to, w węglarni wisiało, bo to już na żniwa było. Każdy przygotowywał takie coś, jedzenie. Dobre to było, smaczne, swojskie, doprawione elegancko, to smaczne, smaczne było. Gotowało się buraczki na tym, szczaw. Jedzenie było wszystko naturalne, zdrowe.

Jak były żniwa, to przecież kosami, kobiety sierpami, nie było przecież maszyn jeszcze. To tam jedni do drugich, tak z 20 osób szło i pomoc taka sąsiedzka zawsze była. No i później po robocie balowali trochę. Albo jak kapustę kisili, takie beczki, to tak samo, dziewczyny przychodziły szatkować, krajać tą kapustę, bo to ręcznie wszystko było, bo tych maszyn nie było jeszcze, no a chłopaki pod oknem zawsze stali, czekali na te dziewczyny. Tam nogami nie ubijali, tylko taki kołek. Ja wiem, jak oni to nazywali, tylko już zapominałam, tłuczek taki. Tak, kiedyś to było jedzenie inne niż teraz. Buraczki robiło się całe, też w beczki kładło się i kisło, a ten sok, jaki był dobry! Tylko wybierało się takie mniejsze zawsze buraczki i tak samo w beczkę, i one też ukisły tak, ten sok, jaki smaczny był, piło się. Nie trzeba było kupować tych różnych. Z kapusty sok piło się. Wszystko takie naturalne, zdrowe było.

Wesołe były czasy, pewnie, że wesołe. Kiedyś świetlica była, zbierali się młodzi, ze dwie wsie, ile tam było, szliśmy w następną wieś szukać, gdzie zabawa była. Wesoło było, śpiewali, szli, rano się wracało do domu. Naprawdę wesoło było. I telewizji nie było, i człowiek nie nudził się. A tak świetlica była, świetlicowy był, gry różne były tam organizowane. Do ping-ponga stoły były, później takie inne nawymyślali różne. Aby czas zleciał. Były różne fanty, tam czort, ustawiali tam krzesła, a i już człowiek zapomniał o tym. To już ten świetlicowy wymyślał. Z Lidzbarka był taki chłopak. Było wesoło, nie tak jak teraz młodzi mają, no.

***

W Lidzbarku mieszkałam do 1960 roku. Potem przeprowadziłam się do Trzcianki w Wielkopolsce. Tu zakład fotograficzny mieliśmy. Parę lat, z szesnaście, siedemnaście, gdzieś w 80. latach zlikwidowaliśmy, bo rentę wyrabiałam w 81. roku. Bo jak zakład trzeba było zlikwidować, to za miastem tam parę hektarów ziemi mieliśmy, od znajomych wydzierżawiliśmy, no to wtedy nie można było – albo w gospodarstwie żyć, albo zakład. No i zlikwidowaliśmy zakład. No to takie 3-pokojowe mieszkanie było, to w największym pokoju mieliśmy zakład. To wtedy trochę gospodarzyłam, zanim na rentę poszłam. Później właśnie z gospodarstwa na rentę poszłam, to z KRUS-u. Trzymało się i kurki, i nutrie, a różnie. To świnki, co było do sprzedaży, aby grosz.

Stan wojenny, to jeszcze i komuna była, bo nie można było sobie zabić świniaka albo co. Normalnie ognisko i opalało się świniaka, to później grzaliśmy wodę i świniaka tą gotującą wodą. Wtedy cichutko zrobiło się i już. Ale dało się radę, przeżyło się. Bo co tam na kartki byś dostała? W kolejce trzeba było stanąć, kolejka i nic nie ma. Takie czasy były, ale się przeżyło. Handel wymienny był, za papierosy, za wódkę czy tam wino się wymieniało kartki na jedzenie czy masło, czy cukier. Tam w Trzciance mieszkaliśmy do 1997 roku, a od 97. już do Koszalina przyjechało się. A w 2010 przeprowadziliśmy się tutaj do Chałup. Także dużo wędrowało się.