Antonina Konopacka

Data urodzenia: 1926 r.
Miejsce urodzenia: Nieścierowice

 

Nazywam się Antonia Konopacka. Mam 88 lat. Urodziłam się w lipcu 1926 roku za Bugiem. Pochodzę z Nieścierowic, powiat Stołpce. Bieda była, ale było wesoło. Nie tak jak tu. Tam jak był mróz, to mróz. Jak wiosna, lato, to lato. 3 km do kościoła, to na saniach wszystkie, wszystkie śluby, wszystko na saniach w zimie. Na saniach.

***

W sąsiednich wioskach do stodoły spędzali ludzi i podpalali wszystkich. Żydzi przez naszą wioskę szli. Każdy miał „Jude" przyczepione do pleców i mówią do nas: „Nami rozczynili, wami zamieszą. Pamiętajcie". I tak było. Pędzili ich trzydzieści kilometrów i musieli sobie kopać doły. Kazali im stawać tyłem do dołów i z karabinu maszynowego. A kogo nie zabili, to żywego do dołu. Ziemia się trzęsła i krew przez górę szła. Każdy wie, że Żyd miał sklep, bogaty był.

Gdy skończyłam drugą klasę, zabrali mnie do przymusowej roboty. Tu jest moje świadectwo. Tam to tylko cztery klasy uczyli. Tam dalej musiało się płacić. A tu 4 tylko. Do obiadu dwie i po obiedzie dwie. Jeden nauczyciel. Takie było życie. Musiałam z koniem uciekać na noc i nocować z koniem, bo partyzanty zabiorą i koniec, nie ma konia. Partyzanty byli. Mamy brata to tak, zabrali konia. Ale mama to wzięła taki drąg i zaczęła ich walić, i zabrała konia. Mama była odważna. Było strasznie tam. Strasznie. A Niemcy jak zaszli, to ojciec trzymał maciorę i wieprza. To przyjechali, przyszli do chlewa, zabili wieprza i niosą na plecach, a my płaczemy. A oni mówią: „Nie płaczcie, bo i Wam tak będzie". Zabrali wszystko – i krowy, i świnie, wszystko, wszyściusieńsko. Zabrali wszystko. A moi rodzice byli rolnikami.

W lipcu 43. wszystkich nas spędzili na łąkę. Całą młodzież wzięli do samochodu i wywieźli do Stołpców a stamtąd na pociąg zwierzęcy i do Oświęcimia. Tam tylko włosy obcięli, na goło kazali rozebrać się i w kolejce stać do pieca. Ale później za jakiś czas zaczęli dzwonić i do pracy rozwozić. Zawieźli nas z Oświęcimia koło francuskiej granicy. Tam była fabryka, budowa domów. Pustaki mieliśmy ładować na taczki i taczką wozić pod takie daszki, i układać pustaki z tego cementu. To ciężkie było. Z mojej wioski trzech nas tam było. I czterdziestu chłopów bunkier kopało, ale jak wojna się skończyła, to wszystko zawaliło się. I tak codziennie. A na obiad, to tylko woda i brukiew. W zimę to trzeba było stać w śniegu, bo nogi gołe. Potem jak nas wywieźli do Oświęcimia, spalili całą wioskę. Później dowiedziałam się, że rodzice też wyjechali do Niemiec. W Niemczech chodziłam do Arbeitsamtu. Prosiłam, że chcę do rodziców, bo nieletnia jestem, to więcej niż rok ich nie widziałam. Bo do Niemiec wyjechali rodzice, dwie babcie i dwie siostry, ale one miały pięć i dwanaście lat, to nic nie pamiętają.

Jak skończyła się wojna, to mnie majster zawiózł do rodziców, ale za mnie na fabrykę musieli przysłać inną dziewczynę. Tam (u rodziców – dop. red.) trzeba było dwadzieścia krów doić ręcznie i w polu robić. Niemka była niedobra. Niemiec był przy telefonie przy wojnie. Mało kiedy był w domu. Na łące były wygnane krowy, poszłam tam doić. Niemka mówi: „Masz tę krowę doić", a ja: „Dój sama" i poszłam do domu. Chłopaki mi powiedzieli, że jak ona się mnie pozbędzie, to nikogo innego nie dostanie, sama będzie doiła. To nie mówiła do mnie nic, nie pyskowała. Ja się nie patyczkowałam. Jak tylko przyjechałam, to od razu po niemiecku mówiła, a ja nie wiedziałam co, bo nie umiałam. Ale chłopaki z Polski mi tłumaczyli. Różne rzeczy kazała mi robić. Niedobra była, ale ten chłop jej dobry był. Jak przyjechał nieraz, to na stół przynosił nam kolację.

W Niemczech wzięłam ślub w mężem Bernardem w Ebersdorfie. Po ślubie byliśmy tam jeszcze z dwa lata, bo chorowałam i leżałam w szpitalu w Edynburgu. Później w 47. roku urodziłam najstarszą córkę – Teresę. W lipcu 47. przyjechaliśmy do Polski z rodzicami. Do Konikowa, ale tam tylko z miesiąc byliśmy. Tam męża rodzina była, dlatego przyjechaliśmy. Ale ile będziemy u rodziny siedzieć? Dlatego przyjechaliśmy do Dunowa. Mąż dał ruskim radio i wpuścili nas do pokoju, a wszędzie Niemcy byli. I tak siedzieliśmy w jednym pokoju. Później Niemcy wyjechali i my to wszystko objęliśmy, bo gmina nam dała za to, że tam nam spalili wszystko. Ugory mąż orał, a później 12 hektarów mieliśmy, ale wszystko zabierali.

Tylko jak byłam w Niemcach, to ja nie miałam dokumentów i ja podałam fałszywy wiek. A tu przyjechałam, musiałam metrykę robić. Ojciec miał tam w bieliźniarce świadectwo i mi nie powiedział, i ja zrobiłam właśnie tak jak w Niemczech. A później patrzę, a tu moje świadectwo leży w bieliźniarce w Konikowie. A ślubu w Polsce też nie chcieli uznać. Gmina dokuczała, że nie mam ślubu z mężem. Bo jak przyjechaliśmy, to powinniśmy zgłosić to, zalegalizować. W Niemczech to tak, ale to inne czasy były. Gospodarkę mieliśmy i dziesiątkę dzieci. Co roku to prorocze. Ostatnia córka w 63. Nie rozpieszczaliśmy, bo trzeba było pracować. Konia mąż kupił, później dopiero traktor. Uprawialiśmy i buraki pastewne, cukrowe i zboże. Jak mąż wyjechał za Bug na miesiąc, to ja to wszystko musiałam robić. A mąż do swojego państwa pojechał i u mojej siostry trochę przebywał, ale tak, to nie jeździliśmy i nie odwiedzaliśmy tam nikogo. Mieliśmy gospodarkę, to biedy nie było takiej. Tylko praca była, ciężko było. Ale jakoś wszystkiego było nawet. Ja śmietanę woziłam i śmietanę bez przerwy woziłam i sprzedawałam. Za co było żyć.

W moich stronach gotowało się bliny. W piecach robili obiady rozmaite. Z mebli były tylko wersalki. Tam nie było takiej mody, tylko pokój i kuchnia. I piec był, w którym się gotowało i piekło. Tam taka moda była, że jak Wielkanoc, to nadziewany prosiak musiał być. Tam nie miałam swojego, to musiałam nabyć czy kupić, czy co. Ale prosiak musiał być nadziewany. Tak. Tam nie było czasu bawić się. Ja musiałam krowy paść, do szkoły i ze szkoły przyjść i krowy pędzić do wieczora. A później na konia i do lasu chować, bo partyzanty zabiorą.

Na krosnach tkali wszystkie tkaniny i z tego szyło się ubrania, i wszystko wyrabiali swojej roboty. A buty, to pletli z takiej jak chodaki, nie-chodaki. Z takiej jakiejś, zdejmowali korę z drzewa i z tej kory pletli takie, i nosili, tak. A już do kościoła 3 km trzeba było iść, to już mieli jakieś pantofle. I tak chodzili. Ale się zdjęło i na boso, a w kościele nałożyło się, a z powrotem też nałożyło się buty. Tak, tak szanowało się buty.

Choroby rozmaite byli, ale tam nie każdego było stać leczyć się. No my tak, jeden urodził się syn, nie wiem, jeden czy dwa dni i zmarł. Zdążyliśmy zawieźć i ochrzcić, przyjechali do domu i za parę dni on zmarł. Konwulsje. Ratunku już nie ma. Cztery dzieci mamie zmarły na konwulsje. Tam nie było lekarzy, tylko wszyscy mieli leki zrobione ze swoich ziół. Tam nie było za co kupić.

Tam bimber pędzili z żytniej mąki i pili. Przyjechała kiedyś milicja, a jedna baba zarobiła beczkę do bimbru, to od razu do tej beczki, a ona się kąpie i wynoście się do cholery, bo za pędzenie bimbru zamykali w więzieniu.

Obecnie mam 36 wnuków i prawnuków. Wszędzie ich pełno. Od 20 lat opiekuje się mną najmłodsza córka. Jeden z wnuczków księdzem katolickim jest na Florydzie.