Tadeusz Koczera

 

Fragment wywiadu z Tadeuszem Koczerą.

 

 

Nazywam sie Tadeusz Koczera. Urodziłem sie w 1950 roku w Bobolicach. Gdzieś w 73. albo 74. roku przyjechał do mnie jeden z dyrektorów internatu budowlanego, który mieścił się w Pałacu Bursztynowym w Strzekęcinie, pan Eugeniusz Ośka. Przyjechał porozmawiać, bo dowiedział się, że tu jest nauczyciel, a im potrzebny do szkoły, a ja miałem skończone wychowanie fizyczne z biologią. Koniecznie na biologię, jak nie na cały etat, to chociaż na godziny. Ja byłem na grzybach, a jak przyszedłem, to żona takie podejścia do mnie robi, bo ja byłem niechętny na takie zmiany, a ona, że ciekawe, jak w Świeszynie, czy ładnie. I namawia, żebym w szkole pracował, bo przyjechał dyrektor. A mówię, że dyrektorów nie znam. „Ale byś poznał, taki miły, serdeczny. Ja ich umówiłam, jutro przyjadą". O Boże kochany! I przyjechał, dyrektor Józef Zduński i ten Eugeniusz Ośka. I mnie wzięli tam w obroty, jak na pranie mózgu: „Całe życie tu będzie Pan siedział w internacie, wychowawcą pan będzie?". Ja mówię: „Mnie się to bardzo podoba". „Ale żadnych sukcesów Pan nie będzie miał!". A ja, że mam sukcesy, dwa razy już dostałem nagrodę ministra. W internacie też można się zasłużyć, zgłosiliśmy się do konkursu ogólnopolskiego, wystartowaliśmy, trudne to było, wychowawcę to kupę pracy kosztuje, no i nikt w to nie wierzył za bardzo. Ale ja mówię: „Na wsi, taki ładny pałac, ktoś przyjedzie, zobaczy, na odludziu, a takie rzeczy się dzieją, jak w mieście, no to może chwycić, nie?". Bazę sportową dobrze rozwinąłem, na muzyce się trochę znałem, na plastyce także, bo skończyłem też liceum pedagogiczne typu muzycznego. No to mi było dużo łatwiej. I jeszcze jednego takiego namówiłem, a kierownik był za tym.

No i gdzieś po roku dyrektor Zduński mi zaproponował tu mieszkanie w Świeszynie u państwa Kułagów. No i przeprowadziliśmy się do państwa Kułagów i przeszedłem na cały etat w 75. roku. Uczyłem sobie biologii, bo takie były potrzeby, trochę muzyki i przeszedłem na pełny etat wychowania fizycznego. I tak do końca już byłem na wychowaniu fizycznym. W międzyczasie zostałem jeszcze dyrektorem szkoły. Też psim swędem, bez mojej wiedzy. Tego to aż wstyd pisać, bo ja wyszedłem na korytarz z rady pedagogicznej, w 84. roku to było, no i przyjechał rodzic w sprawie wypadku swojego dziecka w szkole. Miał wypadek z nogą, złamanie, a ja byłem inspektorem pracy, to przyjechał, żeby dokumenty wypełnić, no i tam z nim załatwiłem, co trzeba, przychodzę do sali, gdzie jest rada pedagogiczne, a oni: „Brawo, już nie siada pan tu, pan siada przy stoliku". „A dlaczego?". „Bo jest pan wybranym dyrektorem szkoły". Wtedy było, że rada pedagogiczna miała prawo wybrać i szło do akceptacji dalej. No i tak zostałem dyrektorem.

Parę lat pobyłem dyrektorem, a przed emeryturą poszedłem sobie i jeszcze uczyłem wychowania fizycznego. Trochę zyskałem, bo jak trochę godzin człowiekowi wpadło, to ta marniutka emeryturka minimalnie większa.

 

Sala gimnastyczna, co jest tutaj w gimnazjum, to malusieńka jest, to jest salka dla dzieci klas 1-3 chyba, więc ona się tam nie nadaje. To ja chciałem to rozebrać i na szerokość by zostało, ewentualnie dobudować i pójść w tamtą stronę na długość, żeby długą salę, taką halę zbudować. Przed Konikowem miała być budowana, przed Zegrzem i miałem poparcie z kuratorium na to, no ale tu jakoś w gminie nie wyszło. Ja wiem, powiedzmy nie dało rady, jednak poszli po rozum do głowy i wybudowali piękną salę w Zegrzu, jest potrzebna, ale wtedy tutaj się wszystko głównie skupiało, więcej młodzieży było. Myśmy o piątej wychodzili ze szkoły. Jakieś zajęcia miałem jeszcze poobiednie, to o szóstej nieraz wychodziłem. Było bardzo dużo młodzieży wtedy, a teraz w tej chwili to już jest luz. A tam, gdzie jest orlik, to miało być boisko gminne, takie z prawdziwego zdarzenia, nawet nie chciałem na miarę wioski, bo miałem potrzebę, żeby robić zawody powiatowe chociaż w lekkiej atletyce, czyli chciałem bieżnię i chociaż po jednej stronie takie do siedzenia, ławki, nie musi być nasyp, mogą być takie metalowe, teraz nie problem, taka konstrukcja lekka, łatwa do zrobienia. No, ale nie dało rady. Kolega mi tam tłumaczył, który miał dojście do gminy, że została zmieniona klasa ziemi i nie można robić boiska. No, a to pole, gdzie tam jest ten budynek orlika, to topole wysokie rosły, to wyciąć nie wolno, nie wolno drzewa ruszyć, wycinać. Wszystko wolno, topole się wycięło, zrobiło się boisko orlik. Nastąpiła zmiana ludzi i inny pogląd, inne spojrzenie na to wszystko. Ja mówię, w gminie to dobrze byłoby, żeby starszych w różnych dziedzinach brali jako ciała doradcze. To nic nie kosztuje. Ja mówię o sporcie, bo akurat się interesuję tą dziedziną, a w tej chwili to czym innym się interesuję, zająłem się czymś innym. To w dziedzinie rolnictwa, czy nie mogłoby być ciało doradcze byłych wójtów czy zastępców wójtów, czy sekretarzy? Jakieś ciało doradcze bezfinansowe, raz tam na kwartał się zebrać. Nie, niepotrzebne. Teraz troszeczkę ze zdrowiem człowiek szwankuje, ale tak do tej pory mogłem prawie że normalnie pracować. Odszedłem, bo przepisy takie były, wygodniej było odejść, a na moje miejsce dwoje wuefistów przyszło i godzin by nie było. Oni sami chyba musieli na świetlicy dorabiać. No i tak to.