Tadeusz Koczera

Data urodzenia: 1950 r.
Miejsce urodzenia: Bobolice

 

Wywiad z Tadeuszem Koczerą.


 

Nazywam sie Tadeusz Koczera. Urodziłem sie w 1950 roku w Bobolicach.
To też jest ciekawe, jak z Bobolic trafiłem na teren gminy Świeszyno. Spotkałem takiego nieżyjącego już pana Naończyka w Koszalinie. Gdzieś tam sobie przypadkiem usiedliśmy, on siedział, ja się przysiadłem, a on takie fajne historie opowiadał, jak to zdobywał te tereny, zdaje się od strony Bobolic, Polanowa tu. I ja tak ciekawy byłem, usiadłem, porozmawiałem. A on mówi: „A tu na terenie u nas, to nauczycieli trochę jest, ale wiem, że są braki, że coś tam".

Na drugi dzień spotkałem kolegę w Koszalinie, któremu powierzono zadanie utworzenia Internatu Technikum Budowlanego w Strzekęcinie. A ja pracę miałem załatwioną, miałem pracować na Śląsku. Już były załatwione papiery, wszystko. A on mówi: „Słuchaj, jedź, zabierz papiery, do mnie chodź tutaj". To mój kolega z dawnych lat, jeszcze młodzieżowy. Ja mówię, że przecież mam tam załatwione wszystko, to gdzie ja będę tu teraz kombinował. A on się pyta, jaką pracę mam. Mówię, że będę pracował w swoim zawodzie, będę uczył wychowania fizycznego, bo jestem nauczycielem wf i będę pracował w klubie górniczym. Dostanę mieszkanie pod warunkiem, że też będę grał w klubie górniczym. Nie ma sprawy, ja gram na skrzypcach. Wtedy byłem odważny i pojechałem do Bolesławca, tam był kombinat górniczy miedzi. No i tak mnie jakoś namówił, ja go posłuchałem, jak wariat wsiadłem w pociąg, pojechałem do Bolesławca, żeby mi oddali dokumenty. Wszystkie oddali dokumenty, jeden dzień tam byłem zatrudniony, a na drugi dzień już byłem w Koszalinie, zaniosłem tutaj papiery, że w budowlance będę pracował.

A on od podstaw w Pałacu Bursztynowym zakładał internat budowlany i niczego nie było – ani poduszki, ani widelca. I tak żeśmy latali obaj. Jeszcze jakby była kupiona syrenka, to byśmy może i łatwiej, ale on dopiero później się postarał. Trzeba było zorganizować spanie, jedzenie, kuchnię, wszystko od podstaw, no i tym sposobem się znalazłem w Strzekęcinie, w mieszkanku w Pałacu Bursztynowym. W tym pokoju, gdzie teraz jest ta komnata królewska, najdroższa. Piękny pokój taki miałem, rzeźbiony, ślicznie tam było.

Gdzieś w 73. albo 74. roku przyjechał do mnie jeden z dyrektorów, pan Eugeniusz Ośka. Przyjechał porozmawiać, bo dowiedział się, że tu jest nauczyciel, a im potrzebny do szkoły, a ja miałem skończone wychowanie fizyczne z biologią. Koniecznie na biologię, jak nie na cały etat, to chociaż na godziny. Ja byłem na grzybach, a jak przyszedłem, to żona takie podejścia do mnie robi, bo ja byłem niechętny na takie zmiany, a ona, że ciekawe, jak w Świeszynie, czy ładnie. I namawia, żebym w szkole pracował, bo przyjechał dyrektor. A mówię, że dyrektorów nie znam. „Ale byś poznał, taki miły, serdeczny. Ja ich umówiłam, jutro przyjadą". O Boże kochany! I przyjechał, dyrektor Józef Zduński i ten Eugeniusz Ośka. I mnie wzięli tam w obroty, jak na pranie mózgu: „Całe życie tu będzie Pan siedział w internacie, wychowacą Pan będzie?". Ja mówię: „Mnie się to bardzo podoba". „Ale żadnych sukcesów Pan nie będzie miał!". A ja, że mam sukcesy, dwa razy już dostałem nagrodę ministra. W internacie też można się zasłużyć, zgłosiliśmy się do konkursu ogólnopolskiego, wystartowaliśmy, trudne to było, wychowawcę to kupę pracy kosztuje, no i nikt w to nie wierzył za bardzo. Ale ja mówię: „Na wsi, taki ładny pałac, ktoś przyjedzie, zobaczy, na odludziu, a takie rzeczy się dzieją, jak w mieście, no to może chwycić, nie?". Bazę sportową dobrze rozwinąłem, na muzyce się trochę znałem, na plastyce także, bo skończyłem też liceum pedagogiczne typu muzycznego. No to mi było dużo łatwiej. I jeszcze jednego takiego namówiłem, a kierownik był za tym.

No i rozwinęliśmy działalność, i dostałem nagrodę zbiorową ministra oświaty, później indywidualną. A jakiś czas to i zastępcą byłem, proponowali mi na kierownika, no ale to trzeba było mieć podejście takie partyjne, a ja go nie miałem. To się zgodziłem na razie na godziny tutaj przyjść, do Świeszyna. Przyszedłem na godziny i byłem wychowawcą, i sobie dojeżdzałem, żeby się zaklimatyzować i poznać, bo to szkoła i szkoła. Bo ja przed tym już pracowałem w szkole w Bobolicach, także miałem skalę porównawczą, jak i gdzie, co. No i gdzieś po roku dyrektor Zduński mi zaproponował tu mieszkanie w Świeszynie u państwa Kułagów. No i przeprowadziliśmy się do państwa Kułagów i przeszedłem na cały etat w 75. roku. Uczyłem sobie biologii, bo takie były potrzeby. Znaczy tamtymi nauczycielami z tamtych lat można było sobie robić roszadę, bo jak ktoś kończył liceum pedagogiczne, to metodykę wszystkich przedmiotów w miarę możliwości miał opanowaną i we wszystkich przedmiotach mieliśmy praktykę. Przynajmniej ja chodziłem do takiego liceum pedagogicznego w Szczecinku, to nas tak prowadzili. W przedszkolu praktyka, potem na wszystkich przedmiotach. Jak człowiek chce, to dużo rzeczy zrobi, oczyta się i dla chcącego nic trudnego.

No i miałem biologię, później miałem trochę muzyki i przeszedłem na pełny etat wychowania fizycznego. I tak do końca już byłem na wychowaniu fizycznym. W międzyczasie zostałem jeszcze dyrektorem szkoły. Też psim swędem, bez mojej wiedzy. Tego to aż wstyd pisać, bo ja wyszedłem na korytarz z rady pedagogicznej, w 84. roku to było, no i przyjechał rodzic w sprawie wypadku swojego dziecka w szkole. Miał wypadek z nogą, złamanie, a ja byłem inspektorem pracy, to przyjechał, żeby dokumenty wypełnić, no i tam z nim załatwiłem, co trzeba, przychodzę do sali, gdzie jest rada pedagogiczne, a oni: „Brawo, już nie siada pan tu, pan siada przy stoliku". „A dlaczego?". „Bo jest pan wybranym dyrektorem szkoły". Bo wtedy różne były, byli dyrektorzy mianowani, byli wybierani przez urzędy. Wtedy było, że rada pedagogiczna miała prawo wybrać i szło do akceptacji dalej. No i tak zostałem dyrektorem.

Parę lat pobyłem dyrektorem, a przed emeryturą poszedłem sobie i jeszcze uczyłem wychowania fizycznego. Trochę zyskałem, bo jak trochę godzin człowiekowi wpadło, to ta marniutka emeryturka minimalnie większa. No i to w sumie to moja cała historia. A żeby było ciekawie, to mam żal trochę i rodzina ma żal do kraju. Bo jak odchodziłem na emeryturę, to nikt mnie nie pożegnał czymś, ręki nie podał, nie podziękował za pracę, a dużo zrobiłem w tej szkole. Ani dyrektor tak nie zrobił, ani władze gminy. Dopiero jak poszedłem na emeryturę, to w dzień nauczyciela dostałem zaproszenie – bo do dzisiaj dostaję zaproszenie – i nowy dyrektor, pani Majrzchak Mariola, z własnego serca zadbała o to, żeby dopiero na dzień nauczyciela mnie podziękować za to, że ja tu pracowałem. Nawet dała chyba nagrodę dyrektora.

Ja nigdy nie wymagałem jakichś odznaczeń, czy coś, i nigdy nie dostałem, tylko nagrodę ministra, ale to za ciężką pracę, bo ja harowałem, bo dzieci wiejskie tego potrzebują, łakną wręcz. Teraz to jest dobre połączenie, jest Internet, ale w tamtych latach, jak dziecko wiejskie szło do szkoły średniej, to było takie zahukane. A jednak nasze dzieci, jak szły, nie dawały się, strona wychowawcza szła dobrze i dydaktyka też dobrze, a większość nauczycieli była z Koszalina, tu dojeżdzała. Też mieli ambicje takie, żeby uczyć te dzieci po miejsku. W plastyce 6. miejsce w województwie mieliśmy swego czasu, jak plastykę miałem. Z muzyki, jak miałem muzykę, to pierwsze miejsce zajęły dzieci w Połczynie-Zdroju na przeglądzie wojewódzkim. Dwanaście dziewczyn grało na mandolinach i na organkach, i na fletach prostych.

Dzieci od nas bardzo dużo zdobywały nagród w kole filatelistycznym, czego teraz nikt nawet nie pamięta. Wystawy takie potężne, gabloty robiliśmy ręczne. To jest trudna dziedzina ta filatelistyka. Bo raz, że droga, znaczki drogo kosztują, po drugie trzeba znaczki z klasera wyciągać i na dużych tablicach tematycznie układać: o kulturze, o sporcie, o muzyce, o histori. Ale tam były takie nagrody – brązowe, złote, srebrne malwy, o ile się nie mylę. Żetony, tak się nazywały.

Ale najwięcej to w sporcie. Zdobyliśmy mistrza województwa w biegach przełajowych, dziewczęta i chłopcy, tak zusammen do kupy zespołowo, w Szczecinku. No to miałem satysfakcję, no bo to mój zawód, moje hobby i tym zakończyłem, odchodząc na emeryturę. Należało tylko to dalej ciągnąć. W zapasach mieliśmy sukcesy, zapasy założyłem. Nawet mieliśmy matę! Pani nawet nie wie, co to jest zdobyć matę dla wsi, gdzie nigdy nic nie było. Ona była za duża na naszą salę. Zdobyłem matę do zapasów z klubu budowlanego z Koszalina, no ale były problemy, musiałem te zapasy zawiesić, bo była osoba bardzo niechętna – nie wiem dlaczego, do dzisiaj się nie dowiedziałem – i tą matę oddałem do Koszalina do budowlanych. Nie to, że ja zapasy umiałem, ja się dopiero uczyłem, ale przypomniałem sobie, że kolega prowadzi zapasy w Koszalinie, to dlaczego by dzieciom jeszcze nie wcisnąć zapasów, na wsi spróbować? I dzieci spróbowały, i znaleźli się nawet tacy, którzy zostali mistrzami województwa, a jeden się do kadry Polski załapał ze Strzekęcina, Brożyna, i nie tylko on taki dobry był, tylko oni się porozchodzili, bo to jeden do szkoły poszedł takiej, inny takiej, a tam zapasów nie było i tak odeszli.

Nawet mieliśmy koło kolarskie ze Spółdzielcy Koszalin i też mieli drugie chyba miejsce albo trzecie w województwie w młodzieżówce i też zaniechałem, bo też potężne pieniądze trzeba włożyć w kolarstwo. Zdobyliśmy sukcesy i aż mnie serce ściskało, bo musiałem zaniechać, bo pieniądze potrzebne na to wszystko. Przypuszczam, że więcej różnych takich fajnych rzeczy by było.

O, ligę morską założyłem, a ta liga morska była na wysokim poziomie. Nawet zajęliśmy pierwsze miejsce. Wybraliśmy nazwę miesięcznika ligi morskiej Koszalin, w tym też wygraliśmy, taką statuetkę dostaliśmy. Już byłem dyrektorem i nie zaniechałem, i dalej prowadziłem tę ligę morską. I dzieci nasze jeździły, pływały na „Wojewodzie Koszalińskim". Tam sporo było tych kursów w trakcie wakacji i pływały po jeziorze w Czaplinku, a ja osobiście też mam satysfakcję, bo jako opiekun pływałem na „Zawiszy Czarnym", przepraszam – na „Generale Zaruskim". Na „Zawiszy Czarnym" mieliśmy pływać, ale nie pływaliśmy. Nie doszło do tego, bo ja już zaniechałem tą ligę morską, odszedłem też na emeryturę, ale na „Generale Zaruskim", kto się interesuje żeglarstwem, to jest piękna jednostka. I taki kapitan Michalski z Warszawy nami dowodził. Jechało się do Gdańska i z Gdańska po Morzu Bałtyckim. To zaliczyłem trzy takie rejsy. Pierwszy raz pływałem jako nowicjusz na takiej jednostce, a później bosman zaproponował, żebym był tam czwartym oficerem i zostałem na następny rejs. I później na następny rejs, i później już nie zostałem, bo w tym właśnie rejsie, gdzie ja nie popłynąłem, złamali maszt, bo taki sztorm był na morzu, skręt zrobili żaglami, to się może zdarzyć najlepszym, podmuch nie taki, maszt to takiej grubości, że rękami nie można objąć, jak zapałka fiknął. Dobrze, że jakaś jednostka była na morzu i ich uratowała, nikt nie zginął wtedy. Niesamowita jednostka, wtedy wyszła z obiegu na parę lat, teraz już znowu pływa. Jak w Gańsku jestem, jak popatrzę, to mi się aż łeska kroi.

Nie wiem, pewnie dużo rzeczy takich fajnych jest. Sala gimnastyczna, co jest w gminie, tutaj w gimnazjum, to malusieńska jest, to jest salka dla dzieci klas 1-3 chyba, więc ona się tam nie nadaje. To ja chciałem to rozebrać i na szerokość by zostało, ewentualnie dobudować i pójść w tamtą stronę na długość, żeby długą salę, taką halę zbudować. Przed Konikowem miała być budowana, przed Zegrzem i miałem poparcie z kuratorium na to, no ale tu jakoś w gminie nie wyszło. Ja wiem, powiedzmy nie dało rady, jednak poszli po rozum do głowy i wybudowali piękną salę w Zegrzu, jest potrzebna, ale wtedy tutaj się wszystko głównie skupiało, więcej młodzieży było. Myśmy o piątej wychodzili ze szkoły. Jakieś zajęcia miałem jeszcze poobiednie, to o szóśtej nieraz wychodziłem. Było bardzo dużo młodzieży wtedy, a teraz w tej chwili to już jest luz. A tam, gdzie jest orlik, to miało być boisko gminne, takie z prawdziwego zdarzenia, nawet nie chciałem na miarę wioski, bo miałem potrzebę, żeby robić zawody powiatowe chociaż w lekkiej atletyce, czyli chciałem bieżnię i chociaż po jednej stronie takie do siedzenia ławki, nie musi być nasyp, mogą być takie metalowe, teraz nie problem, taka konstrukcja lekka, łatwa do zrobienia. No, ale nie dało rady. Kolega mi tam tłumaczył, który miał dojście do gminy, że została zmieniona klasa ziemi i nie można robić boiska. No a to pole, gdzie tam jest ten budynek orlika, to topole wysokie rosły, to wyciąć nie wolno, nie wolno drzewa ruszyć, wycinać. Wszystko wolno, topole się wycięło, zrobiło się boisko orlik. Nastąpiła zmiana ludzi i inny pogląd, inne spojrzenie na to wszystko. Ja mówię, w gminie, to dobrze byłoby, żeby starszych w różnych dziedzinach brali jako ciała doradcze. To nic nie kosztuje. Ja mówię o sporcie, bo akurat się interesuję tą dziedziną, a w tej chwili to czym innym się interesuję, zająłem się czymś innym. To w dziedzinie rolnictwa, czy nie mogłoby być ciało doradcze byłych wójtów, czy zastępców wójtów, czy sekretarzy? Jakieś ciało doradcze bezfinansowe, raz tam na kwartał się zebrać. Nie, niepotrzebne. Teraz troszeczkę ze zdrowiem człowiek szwankuje, ale tak do tej pory mogłem prawie że normalnie pracować. Odszedłem, bo przepisy takie były, wygodniej było odejść, a na moje miejsce dwoje wuefistów przyszło i godzin by nie było. Oni sami chyba musieli na świetlicy dorabiać. No i tak to.

A teraz poszedłem na emeryturę i mam jeszcze lepsze zajęcie. W kapeli koszalińskiej gram. Ona w tej chwili nie koszalińska, ona była kapela koszalińska, osiedlowa, w Klocku, w Koszalinie. Natomiast jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, więc teraz jesteśmy przy gminie Będzino i sobie chwalimy, już parę lat ładnych sobie z kapelą ludową jeździmy po całej Polsce i nie tylko. Do Czech, do Niemiec, do Francji mieliśmy jechać w tym roku, Budapeszt, Wiedeń i w Pradze mieliśmy zakończyć, i z Pragi do Wrocławia. Taki profesor z Wrocławia z żoną prowadzą grupę jakąś tam i jeszcze grupa z Wołowa, ładne miasteczko, na południu Polski. I oni robią grupę, i nas sobie upatrzyli, konkretnie w Międzyzdrojach jak grywamy, oni sobie nas tam upatrzyli, byliśmy tam u nich na południu, no i chcieli, żeby z nimi tam. Jak ja byłem w pełni sił, to czy ja nie mogłem taką kapelę założyć?

Oj, zapomiałem powiedzieć! Ja bym sobie nie darował, że tego nie powiedziałem. Szkoła w gminie naszej, to jest jedyna, w województwie tylko dwie szkoły załapały się do konkursu olimpijskiego, o tematyce olimpijskiej. To pisało się opowiadania, takie obszerne, z sensem, z takim zadziorem, z pomysłem, do Warszawy się wysyłało, do Komitetu Olimpijskiego z całej Polski i tam siedziała grupa ludzi, znająca się na rzeczy, poloniści także w tym byli. I kwalifikowali do grupy 400 czy ileś opowiadań z Polski. Resztę były odrzucone. I tamtą grupę znowu, od nowa czytali i były wyróżniane. To było sprawiedliwe, bo nie dawali pierwsze, drugie, trzecie miejsce, tylko wyróżnione w Polsce. Czyli była grupa takich olimpijczyków wyróżnionych. I ta szkoła nasza była wyróżniana, trzeba powiedzieć, dzięki trzem chłopcom. No i ja byłem opiekunem, ja nadawałem temu ton, bo ja to w szkole najpierw robiłem. To tych opowiadań miałem czasami 70, 60, 80. I nie powoływałem komisji, sam siedziałem i od strony sportowej brałem. A czasami brałem od strony takiej polonistycznej, żeby to miało ręce i nogi, bo to idzie na forum ogólnopolskie. I trzech – Sienkiewicz ze Strzekęcina się załapywał, Owczarek Wojtek, jego mama prowadzi ogrody tutaj w Świeszynie, ten Wojtek to był chyba trzy razy laureatem ogólnopolskim. I był laureatem, chyba dwukrotnym, syn pani Rogalskiej, Michał Rogalski. I z nimi jeździłem do Komitetu Olimpijskiego w Warszawie po odbiór nagród, dyplomów, ja też dostawalem nagrodę jako opiekun, że wprowadziłem dużo laureatów do tej puli ogólnopolskiej. Fajnie było. I wycieczki nam organizowali.

O! Jeszcze o jednym zapomniałem. Też wygrałem ogólnopolski konkurs, jak miałem plastykę, dużo dzieci robiło rzeczy z plastyki o kosmosie, a jedna dziewczyna znalazła się w gronie sześciu laureatów i w nagrodę jeździliśmy do Poznania i lataliśmy samolotem. I to w tym czasie, co to był taki straszny wypadek samolotu na południu Polski, samolot runął, więc połowa tych dzieci i opiekunów nie poleciała samolotem. Bali się, bo dalej był stres, ale ten kapitan z żoną, z dwojgiem dzieci wyszedł i powiedział, że kto chce, to może ze mną latać, nikogo nie zmuszam, ja z dziećmi, z żoną lecę. Ja odważny byłem wuefista: „A, ciach, to ja idę", no to dziewczynka: „To ja z panem". No to ja pytam: „Ale może nie chcesz? Bo ja jestem tu dla ciebie, bo ty wygrałaś ten konkurs". „Chcę". No to my latali.

I to są właśnie dzieci wiejskie. Ja byłem dumny z tego, szczególnie z wychowania fizycznego. Z innych przedmiotów, to miałem orientację, jak byłem dyrektorem, a później nie miałem już orientacji, bo interesowałem się swoją dziedziną. Bo żeby dobrze w coś wejść, to trzeba wejść na całego, z całym sercem i duszą, i wszystkim. Ja się dowiadywałem, jak dziecko kończyło tutaj szkołę podstawową i szło do szkoły średniej, to interesowałem się, co dalej z tymi, nie tylko zdolniejszymi, z tymi słabszymi też. Ci słabsi, to tam bywali średni, a jeżeli chodzi o wychowanie fizyczne, to bywali w czubie. Nie byli mistrzami, ale nauczyciel był niesamowicie zadowolony. Ode mnie chłopiec wychodził, szedł do szkoły średniej, umiał sam przeprowadzić lekcję. Z grubsza, powoli, rozgrzewki każdy musiał umieć. Szkoła wiejska i co? Zamykali buzię tym z miasta. I dumny byłem, że to dzieci ze wsi. Ze wsi, to se możesz mówić, jeszcze do nas przyjdziesz oddychać.

Ja to różne miałem pomysły, ja to chciałem tu w gminie rozwinąć modelarstwo. No, ale nie wyszło. No bo sam się w mikromodele bawię, ale młodzież... chociaż nie wiem, bo teraz młodzież jest taka zdolna, że pewnie robiliby, bo dla dzieci to za trudne modele robić. Mikromodele pływające w skali 1:500 robię. I tylko żaglowe. Dość ładny zbiór mam. Dawałem tu do Domu Kultury, jak do Drawska jechali. I zdobyłem, jako Dom Kultury, Brązową Malwę, bo tam były Malwy – brązowa, srebrna i złota. No to brązową za zbiór żaglowców jako Dom Kultury. I wtedy to niby miał być taki plan, że ja rozpocznę i będę prowadził koło tych mikromodeli. Sprzętu wiele nie trzeba, tylko pomieszczenie i mądre dzieci, spokojne, bo do tego trzeba być bardzo spokojnym człowiekiem.