Helena Kitowicz

Data urodzenia: 1941 r.
Płeć: kobieta.
Miejsce urodzenia: Bieniakonie (okręg wileński).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: 1946-1968 r. Skrzatusz (powiat pilski), od 1968 r. – Dunowo.
Zawód: sprzedawca.
Zawód rodziców: ojciec – robotnik, matka – gospodyni domowa.
Zawód dziadków: rolnicy.
Kontakty z innymi językami: rosyjski.


 

 

 

Cieszyliśmy się, że jedziemy do Polski. Przyjechaliśmy naprzód na ziemie przy Braniewie, ale tereny były bardzo zaminowane. Rodzice się zdecydowali i przyjechali tu koło Piły. W Wałczu chodziłam do szkoły. Skrzatusz, to jest ta miejscowość, gdzie mieszkałam. Tam pracowałam. Potem żeśmy tu przyjechali, bo tutaj mieszkała siostra mojego ojca. Do rodziny tu przyjechaliśmy. Do Dunowa w 68 roku. Moja córka tu do pierwszej klasy poszła, najstarsza.

Ten dom zajmowały dwie rodziny. Niewielkie były pokoje, ale jakoś człowiekowi wystarczyły. Było dwoje dzieci. Córka – 60 rocznik, syn – 63. I potem urodziła się ta trzecia, tutaj, w 70 roku. Ci państwo, którzy tu mieszkali na drugiej stronie, wyjechali do Łodzi. Myśmy dostali całe to. Syn – tu jeszcze barak był – to zaczynał szkołę na baraku, ponieważ ta szkoła, która jest w Dunowie, dopiero się budowała. Była taka stara, z cegły czerwonej szkoła, z jedną klasą na dole, z trzema małymi u góry i z pokojem nauczycielskim. I to było nawet 8 klas. Tutaj w baraku była zastępcza szkoła, a potem budowała się ta. Początkowo plan był zrobiony na ośmiolatkę. Później się zmieniło, powstały te gminne szkoły, więc ja z taką panią pojechałyśmy do inspektoratu, że my chcemy tą ośmioklasową szkołę. Bo za to, co dzieci będą przewozić, za koszt tego, to będzie szkoła superwyposażona w pomoce naukowe. Ten inspektor się pyta: „A co, panie dziennika nie oglądacie?”. „No oglądamy, ale my mamy takie pomysły, żeby jednak została ta ośmiolatka”. „Nie!”. No to wybudowano taką, jaka jest. Naprzód tu były 4 klasy, teraz jest 6. I stamtąd po 4 klasach dzieciaki jeździły do gminnej szkoły w Świeszynie.

Ja początkowo pracowałam tutaj w przedszkolu na kuchni. No i dzieciaki tutaj chodziły, bo to było zakładowe przedszkole, ale później było coraz mniej tych dzieci, mniej. No i rozwiązali to. Naprzód poszłam do szkoły, do zerówki, trochę pracowałam jako pomoc nauczyciela. I potem poszłam już do Koszalina, jako sprzedawca. I tam pracowałam już do emerytury.

* * *

Na pewno żadna dziewczyna nie chodziła w krótkich spodenkach. Mini też wtedy nie było w modzie, było za kolanko. Nic nie było gotowego w sklepach, tak jak teraz jest full, do wyboru, do koloru i do rozmiaru. Przedtem po materiał też trzeba było czasami w kolejce postać. Jak kora była, jak była żorżeta. I do krawcowej z tym. Sukienkę ślubną też miałam szytą na miarę. Nie było przecież tych kremplin, bistorów – tego nie było. Dobrze, że to minęło. Wchodzę do sklepu, jak nie do tego, to do innego, co mi się podoba wybieram, szukam swojego rozmiaru – zazwyczaj jest – nie mam kłopotu, nie muszę do krawcowej jeździć i jeszcze się martwić, czy ona dobrze uszyje, czy źle. Także teraz co do ubioru, to nawet nie ma porównania. I czym się zachwycam? Że kiedyś, czy mały, czy duży, zdobyła matka jakiś materiał, to uszyła i sobie, i córce sukienkę. Teraz wybitnie się odbija moda dziecięca, młodzieżowa, damska, no i starszych ludzi też. Czyli tak jakby cztery, nie licząc męskich, bo to mnie nie interesuje. I tak często podziwiam na ulicy, w sklepie, takie małe szkraby przepięknie ubrane.

* * *

Lubię gotować, zupy przede wszystkim. Lubię swój makaron zrobić. Jak miałam zdrowe ręce, to zawsze robiłam swój makaron obowiązkowo. No, pierogi ruskie, bliny. Bliny to są z naszych stron. Ludzie się zajadają, ale nie wszyscy umieją je upiec. Te bliny to coś w podobie jak naleśniki, tylko, że z ziemniaków tartych, z mąki – prawdopodobnie, że ludzie jeszcze kiedyś gryczaną dodawali, ja nie, tylko na pszennej. Serwatka, sodka. To w naszej rodzinie do tej pory pieczemy. Brat do mamy przyjeżdżał z Piły z dziewczynką, swoją córką, specjalnie zawsze w niedzielę na bliny do babci. A kiedyś były raczej takie potrawy prostsze. Ja tak myślę, że to wiele z tego, że było biedniej w tym kraju. Nawet jeszcze z opowieści swoich rodziców czy dziadków, to te pierogi, kluski różnego rodzaju, czy te śląskie, czy te pyzy, to było pracy trochę więcej, ale materiał nie był drogi, ziemniaki nie były drogie. A było bardzo smaczne. Jak byłam w Stanach, to tam w polskich sklepach nie tylko Polacy, ale i Amerykanów pełno. Bo pierogi to jest polska potrawa tak rozpowszechniona. I te ruskie, i z mięsem, z jagodami też.

* * *

Na podwórku to głównie w klasy grałyśmy. I to takim kawałkiem dachówki narysowane było. Skakanka, w chowanego. Bo przedtem przecież nie było żadnych gier, żadnej telewizji.

W 47 roku u nas założono w każdym domu głośniki. Już był kontakt taki ze światem. Bo w południe był hejnał z Wieży Mariackiej, muzyka była, jakieś tam słuchowiska były. Jako dziecko bardzo to chłonęłam. Kołchoźnik nazywali to. Nie wiem, gdzie był punkt nadający. Zawsze myślałam, ze hejnał jest tylko raz w południe, a on jest co godzinę. Później, będąc na wycieczce w Krakowie dowiedziałam się, że hejnał jest co godzinę. Ale dla mnie to było już coś. A potem, w 55 roku, moja ciotka na Targach w Poznaniu kupiła nam radio. Jako pierwsi prawie mieliśmy we wsi to radio. Boże, dla mnie to już było… Ja nie odchodziłam. Wszystkie „Podwieczorki przy mikrofonie”, to były tak wspaniałe rzeczy, słuchowiska. Bardzo się cieszyłam. A pierwszy odbiornik telewizyjny… to człowiek zbierał pieniądze, żeby to kupić. I znowu miałam w domu świetlicę. „Czterej pancerni i pies”, cała podłoga, dzieciaki siedzą. To były czasy! A ja słuchałam też radia zagranicznego. Wolnej Europy tak szukałam, bo musiałam aktualne wiadomości znać. Zagłuszali to zagłuszali, ale zawsze coś tam usłyszałam. Radio Londyn też nadawało. Zawsze coś się usłyszało, bo bardzo zagłuszali. A ja się interesowałam. W naszej prasie się nic nie wyczytało. Jako młoda dziewczyna już sobie zaprenumerowałam „Nową Wieś”, a mój tato miał „Gromada Rolnik Polski”. Zawsze trochę tam wiadomości było. Cenzura była porządna, ale ja zawsze się tam gdzieś dopchałam do tych wiadomości. Interesowało mnie to, co jest na świecie, a u nas się usłyszało to, co podali. To nie jak teraz, że wszystko jest odkryte.

* * *

Jeszcze do niedawna wisiała tara taka w komórce u mnie. Jeszcze ja na niej prałam początkowo. W 61 roku kupiłam pierwszą pralkę Franię. Też znowu chyba pierwsza we wsi. Męża brat mówił: „O, będziesz tyle za prąd płaciła”. Więc po pierwszym praniu poszłam, zobaczyłam ile jest na liczniku i to jeden kilowat był, nawet nie cały. Niestety, takie były czasy. Gotowało się w kotle białe, na kuchni, wygotowywało się pranie i na tarze się prało. Trzeba było wody przynieść do prania, do płukania, później tą wodę wynieść. Ja jeszcze te czasy przeżyłam. Była taka dzieża do pieczenia chleba, w której się zarabiało rozczyn. No więc taki zakwas był, taka bułeczka zawsze zostawała po pieczeniu chleba, jakby ciasto na chleb. I później do następnego, bo przeważnie raz w tygodniu się piekło chleb. Jak u mojej mamy, czy ja później, to się rozrabiało z ciepłą wodą i sypało się żytnią mąkę. No i powstawał taki rozczyn. On musiał się zakwasić. Jak już był zakwaszony, to po prostu tak pracowało jak drożdże. To się znowu sypało mąkę i dotąd się miesiło tą mąkę z tym rozczynem, aż to ciasto od rąk odstawało, ręce się wyjmowało czyste. To wtedy znaczy, że było dobrze wyrobione. Zostawiało się i rosło to ciasto w tej dzieży. Jak już wyrosło, to się znowu brało, formowało się i na blaszki. Znowu trzeba było trochę poczekać, aż ten chleb ruszył w tych blaszkach, zaczął rosnąć. Piec chleb to tak trzeba ponad godzinę, półtorej, godzinę czterdzieści. I on był długo świeży, cały tydzień był świeży ten chlebek.

Ale się chciało słodyczy. Cukierki robiłam z cukru i z octu, takie landrynki. Jakoś się tam gotowało, patyczki, na łyżkę się nalewało. I to jak zastygło to było takie, że nawet język podrapało. Ale coś tam człowiek pojadł. Gotowało się też z mleka i z cukru jakieś takie cukierki.

* * *

Nie było takich kolorów. Przeważnie zimowe płaszcze były w granacie, w brązie, no tak jak teraz. Ale nie było takiego wyboru, nie było takiego modnego szycia jak teraz. Nawet nie ma porównania. Popelina była bardzo modna swego czasu, płaszcze popelinowe. Jeszcze były dwustronne, nawet w butikach przede wszystkim. Był bardzo modny i bardzo dostępny taki Jablonex, to jest czeska firma. Oni tam piękne rzeczy mieli rzeczywiście i niedrogie. Ja sama chyba miałam z pięć rodzajów albo więcej korali. I kolory, i kształty. Nie było jubilerskich sklepów. Jak były, to jeden był w Koszalinie.

* * *

Ja to przeżyłam kawał świata. I koniec wojny przeżyłam, bo nawet też to pamiętam. Pamiętam z tego tytułu może, że żeśmy raz byli w takich wykopanych okopach. Skrywaliśmy się. To już była chyba końcówka, ostatni raz się Niemcy wycofywali. A mój brat był mały, on 44 rocznik, i tak bardzo płakał, pamiętam, w tym rowie wykopanym. To tyle pamiętam. No i tą podróż do Polski. Potem te kartki jeszcze tutaj były. Teraz już młodzież tego nie przeżyje, bo raczej tak monotonnie i jednakowo płynie czas. Nic się nie zdarza.

* * *

Uwielbiam muzykę. Syn grał na akordeonie. Teraz jest u siebie. Teraz najwyżej sobie pośpiewam na jakichś spotkaniach. No i teatry, literaturę. Teatr też od dziecka uwielbiam. Mnie to zawsze pasjonowało. Jak miałam 16 lat, to w Wałczu wystawiano „Krzyżaków”. Ja nie myślałam, jak ja wrócę do domu. Ja tylko kupiłam bilet w Kinie Tęcza i tam pojechałam. I to się skończył spektakl bodajże koło 11. A ja jestem oddalona od Wałcza o 15 km. Na moje szczęście spotkałam z drugiej

wsi takich, co z kinem objazdowym jeździli. I zabrali mnie, i przywieźli do domu. Bardzo się pasjonuję teatrem. Teatrem i śpiewem.

* * *

Mojej mamy bracia, moi wujkowie, to było dwóch młynarzy. I oni zostali tam na Wileńszczyźnie. Już nie żyją, oczywiście. Jeden był szewcem. A dwóch było jeszcze w wojsku i jeden był dość długo w Warszawie jako kierowca, a drugi w Katowicach. Później tutaj wrócił do Koszalina, to był taksówkarzem. To były takie zawody. Krawce na wsi były. Lekarz był jeden od wszystkiego.

Tam, skąd pochodziliśmy, była taka wielka serowarnia. Ludzie też tam także pracowali. Te ogromne sery takie. Nam nieraz, dzieciakom, ten pan dawał obrzynki jakieś. I to mama mówiła, że ten pan był sprowadzony z Niemiec do warzenia tego sera.

Ojciec pracował, opowiadała mama, w fabryce kawy wojskowej. Bo tą kawę też wojsko miało przygotowaną, pewnie w jakichś kostkach. Zawsze mówiła, że przez zielony most przez Wilię (rzeka, dopływ Niemna) przejeżdżał do pracy.

* * *

Na pewno była gruźlica rozpowszechniona. Bo to jednak wojna, z niedożywienia. Szczepienia były na ospę. Najgorzej jak dziewczynę dopadła i została cera, ślady po ospie. Bo jak na buzi, to zostawały takie dołki, taka blada cera. Dlatego były te szczepienia. Żeby dwa strupy i już wtedy ospa nie rzucała się nigdzie. A tak, jeden strup był na twarzy. Wtedy tacy ludzie byli po prostu zeszpeceni. Na ten koklusz też były szczepienia. Ale za to nie było tyle na raka, co teraz. A kiedyś człowiek chorował, to bańki mu postawili. Penicyliny nie było, bo tą penicylinę to chyba dopiero we wojnę wynaleziono. To jaki to był ratunek. To wielki krok był w medycynie, bardzo wielki.

 

Słownictwo:

bliny – rodzaj naleśników z niesłodkiego, drożdżowego ciasta z mąki gryczanej i pszennej lub gryczanej i żytniej.

coś w podobie – coś podobnego do. Zwrot ten pochodzi od dawnego słowa podoba 'podobieństwo, podobizna', używanego między XV a XVII wiekiem, dłużej zachowanego w gwarach.

dzieża – daw. drewniane naczynie używane do wyrabiania ciasta chlebowego.

frania – elektryczna pralka wirnikowa popularna w Polsce przed upowszechnieniem się w latach 80. XX w. bębnowych pralek automatycznych.

kołchoźnik – pot. prosty odbiornik radiowy, pozbawiony możliwości zmiany pasma.

kora– bawełniany materiał o miejscowo wypukło-wklęsłej strukturze.

kremplina/bistor – tkanina z włókna poliestrowego.

miesić – daw. mieszać coś, ugniatać, np. ciasto.

naprzód – przest. najpierw.

popelina – lekka tkanina z bardzo drobnymi poprzecznymi prążkami.

tara – daw. prostokątna blacha falista oprawiona w drewnianą ramę, służąca do tarcia ubrań przy praniu.

żorżeta – lekka, przejrzysta tkanina o matowej, nieregularnie pomarszczonej powierzchni.