Henryk Jasionek

 

Fragment wywiadu z Henrykiem Jasionek.

 

 

            Nazywam się Henryk Jasionek. Z wykształcenia jestem inżynierem zootechnikiem. Pracę w Świeszynie zacząłem jako agronom gromadzki w 1972 roku. Dowiedziałem się od kolegi z Wydziału Rolnictwa w Koszalinie, że zwolniło się takie stanowisko w Świeszynie i złożyłem podanie. Jakiś tydzień później do naszej Agronówki, tam w drawskim, podjechała nysa Wydziału Rolnictwa. Ale nie nasza drawska, inny kolor, bo każdy region miał swój kolor samochodów służbowych. Wysiadł kierownik. Poczęstowałem go kawą, a on powiedział, że przyjmie mnie do pracy. Nie wiedziałem, dlaczego przyjechał specjalnie z Koszalina, żeby mi to powiedzieć. Przecież mógł zatelefonować albo wysłać list. Dowiedziałem się dwa dni później. Okazało się, że jeździł po wsiach i rozmawiał z rolnikami na mój temat. Robił wywiad. Taki solidny pracownik administracji państwowej. Krótko z nim współpracowałem, ale potem zetknąłem się z nim jeszcze raz w Zjednoczeniu PGR, gdzie on był jednym z dyrektorów.

            Byłem tym agronomem jakieś 3 miesiące i wtedy zaproponowano mi, żebym kandydował na naczelnika gminy. To było jakoś w maju. Czytałem coś o tych zmianach w czasopiśmie „Pobrzeże”, chyba w styczniu, ale zupełnie wtedy nie widziałem, co to będzie. Powiedziano mi, że muszę jechać na kurs. Na dwa miesiące skoszarowano w Miastku kandydatów na naczelników i sekretarzy. Tam wdrażano nam, co to ta reforma. Przyznam się, że byłem sceptycznie nastawiony, bo co można przez dwa miesiące opowiadać. Ale okazało się, że to było przygotowane solidnie. Dawano nam stare akty normatywne, to znaczy aktualnie obowiązujące i projekty, które dopiero miały wejść w życie. Kiedy je przejrzałem, wydawało mi się, że to w zasadzie to samo. Dopiero jak już byłem naczelnikiem przez kilka miesięcy, to zauważyłem różnicę. Otóż na przykład w tych starych aktach było napisane: „Jeżeli obywatel zwraca się o coś, to urząd może wyrazić zgodę”. A w nowych było powiedziane: „Jeśli obywatel spełnia takie i takie warunki, to urząd wydaje zgodę”. Czyli skasowano uznaniowość. To był znaczący postęp w stosunkach obywatela z urzędnikiem. Ponadto skasowano pisanie podań. Urzędnik miał obowiązek przyjąć obywatela i zrobić notatkę: „Był Kowalski, chciał to i to, data i podpis”. Takie różne elementy przekonały mnie, że ta reorganizacja ma jakiś sens.

            Z budżetem też było inaczej. Na koniec roku z Komisji Planowania Gospodarczego przychodził budżet na następny rok i należało go uchwalić. Było dokładnie napisane, na co ile pieniędzy dostaniemy z budżetu centralnego. Istniała możliwość przesunięć, ale były pewne ograniczenia. Nie wolno było zdjąć ani z kultury, ani z oświaty. Bo takie ciągotki, żeby z kultury ściągnąć zawsze istniały. Drogę to widać, że się zrobiło, a kultury namacać nie można.

            Od 1 października zostałem pełnomocnikiem ds. utworzenia gminy. Wszyscy pracownicy biur gromadzkich dostali wypowiedzenie i ja przyjmowałem od nowa. No i miałem problem. Mianowicie, w tamtych czasach było tak, że nieprzestrzeganie dyscypliny budżetowej było bardzo mocno karane. Był kandydat na głównego księgowego, który wcześniej prowadził księgowość gromadzką – pan Marian Truszkowski. Ten pan miał dwie wady. Pierwsza, to nie miał wykształcenia. Był obowiązek zatrudnić kogoś, kto miał minimum średnie, a on miał podstawowe. A druga wada, dla mnie nieistotna, to że się strasznie jąkał. Inteligentny i oczytany człowiek. On tak początkowo chyba krzywo na mnie patrzył, jak na takiego smarkacza. Miałem tylko 32 lata, bez doświadczenia, a on mający takie doświadczenie i jemu takiego stanowiska nie proponowano. Ale ja mu zaproponowałem, żeby został głównym księgowym. On mi powiedział, że wykształcenia nie ma. Ja mówię: – Akta pańskie, panie Marianie, to ja czytałem. Pan wyrazi zgodę, to ja już tak zrobię, że pana zatrudnię. To on wyraził zgodę, bo miał w perspektywie „zieloną trawkę”, ewentualnie zostanie jakimś robotnikiem niewykwalifikowanym. Bo przecież kwalifikacje formalne, to miał żadne, ale faktyczne kwalifikacje, to miał duże. Wcześniej w Komisji Planowania pracował i stamtąd go zepchnęli do biura gromadzkiego, bo wykształcenia nie miał, ale wiedzę miał. Po dwóch, trzech miesiącach pan Marian uznał mnie za swojego przyjaciela, a ja żadnej ważnej decyzji strategicznej bez rozmowy z nim nie podejmowałem. Miał duże doświadczenie, znał realia i przepisy. Także uważam, że to jedna z istotnych postaci tu, na terenie gminy Świeszyno. Jest współautorem wszystkiego, co się działo, jak ja tutaj byłem.

            Kiedyś razem drogę przy szkole ułożyliśmy. Było coś takiego jak Niedziela Czynu Partyjnego. I tak się zdarzało, że w te niedziele to jakieś głupoty robiono, mało istotne, tylko tyle, żeby wspólnie. My żeśmy z Marianem doszli do wniosku, że jak ma być Niedziela Czynu Partyjnego, to żeby jakaś korzyść była. On stanął na czele brygady układającej, a ja na czele brygady odzysków. W Mierzymiu była kopalnia żwiru nieużywana. I tam leżały takie płyty jumbowskie. Był taki Krauze, co miał dobrą przyczepę i żeśmy to ładowali i tu przywozili. Przedtem oczywiście jakiś piach przywieźliśmy. I jak wiadomo, do remontu kapitalnego tej szosy, to było użytkowane. A to my zrobiliśmy, bo autobus przywożący dzieci stawał na szosie i chodziło o to, żeby te dzieci nie przechodziły przez jezdnię.

            Wspieraliśmy inicjatywy miejscowe. W Świeszynie nawet pretensje do nas mieli, że w Konikowie coś robimy, w Niedalinie coś robimy, w Mierzymiu coś robimy, a tutaj nie robimy. No ale tamci chcieli coś mieć, sami się ruszali, to żeśmy robili.

            Sekretarzem gminnym była taka pani Lucyna, nie pamiętam nazwiska. Wcześniej była sekretarzem biura Gromady w Mścicach i przyszła tutaj. Była znakomitym pracownikiem, doskonale znała wszystkie przepisy, struktury i umiała kierować urzędnikami. Także tę kwestię miałem z głowy. Ona, Truszkowski i jeszcze taki pan Bogdan Krzyżak, który zajmował się kulturą, oświatą, zdrowiem. Pan Bogdan uważał, że kultura i oświata, to jest najważniejsza rzecz i że na to muszą być pieniądze. W domu kultury wszędzie miało być super. Tam ma być ludziom lepiej, niż w domu u siebie. Wtedy będą przychodzić. I tak samo uważał, że szkoła powinna świecić przykładem. Tak się składało, że władze ówczesne miały co do szkoły taki sam pogląd. Na remonty szkół, na wyposażenie, to dostawałem tyle pieniędzy, ile wnioskowałem, dosłownie. A na co innego nie dostałem nic poza budżetem. Na kulturę też nie było dodatkowych pieniędzy, ale na oświatę zawsze były. Pan Krzyżak umarł kilka lat temu. Był profesorem Polskiej Akademii Nauk, tak że to był inteligentny człowiek. Trafili mi się różni naprawdę inteligentni ludzie.

           

            Jak wspominałem, jestem inżynierem zootechnikiem, więc zwróciłem uwagę na produkcję mleka. Obory były małe, takie obórki. Ludzie sprzedawali mleko. Zlewnia była na środku wsi. Ale wody pitnej nie było, a żeby produkować mleko, musi być woda pitna. Krowa powinna mieć wodę pitną i te wszystkie urządzenia – dojarki, naczynia – też trzeba myć wodą pitną. Dlatego żeśmy ruszyli ostro w kierunku wodociągu. W tym krótkim czasie jak ja tutaj byłem, udało nam się zrobić dokumentację na Świeszyno.

            Trzeba było mieć zgodę 50 % plus jeden potencjalnych użytkowników na to, żeby wystąpić o zrobienie wodociągu. Tu w Świeszynie siedmiu było takich, co mieli hydrofor, to myślałem, że oni będą przeciwko. Okazało się, że oni pierwsi byli za tym, chociaż trzeba było kilka tysięcy dołożyć. Zapytałem jednego z nich, dlaczego.   

– Pan ma swoją wodę, to myślałem, że pan będzie przeciwko – mówię.

A on na to:     

– Proszę pana. Jedna awaria, to mnie tyle kosztuje, co ten wkład. A jak u mnie w kranie będzie ciekło, to ja przyjdę do was z pretensją, gdzie jest woda.

            Próbowałem też wodociąg podłączyć do Sarzyna. Sarzyno wtedy należało do naszej gminy. Nie było jeszcze tych linii z Mostowa i tylko miasto miało wodę, był niedostatek i reszty nie można było podłączyć. W pewnym momencie przewodniczący prezydium miejskiego, bo taki był ówczesny tytuł prezydenta miasta, potrzebował, żebym ja mu coś załatwił. To ja mówię:

            – Słuchaj, tu mieszka 200 osób w Sarzynie. Ja ci to załatwię, a ty załatw, żeby to podłączyć.
No i powiedział, że 200 osób to przyjmie. Koszalin wtedy liczył 75-80 tys., to 200 osób w tę, czy w tamtą nie zaszkodzi. On się zgodził, więc ja pojechałem, poprosiłem sołtysa, żeby zrobił zebranie wiejskie. Byłem święcie przekonany, że oni będą zadowoleni, będą mówić że wspaniale pan naczelnik załatwił. A oni wszyscy mieli gęby takie, jakbym im jakąś złą informację podał. Jeden mówi:

            – A u mnie tam woda jest dobra.

A drugi:

            – Ja mam u sąsiada dobrą wodę.

Nie wyrazili zgody, nie podłączyliśmy ich. Tu w Świeszynie też się obawiałem tego, więc z sołtysem chodziłem podpisy osobiście zbierać, żeby wywrzeć presję.

 

            Byłem tutaj niecały rok, potem odszedłem. Żałowałem bardzo, bo się angażowałem w wiele rzeczy i była szansa je zrobić z uwagi na kontakty, jakie miałem w Koszalinie. Byłem na takiej pozycji, że wszystkie drzwi stały otworem. No i mieliśmy dokumentację na wodociąg. Przyniesiono mi tę dokumentację, żeby pokazać. Ja się na tym nie znam, ale jak przyniesiono, to trzeba obejrzeć. Rozłożyli te płachty, te linie to jest wodociąg, a to są obiekty. No i ja tak patrzę, w jednym miejscu jest prostokąt, a nie ma podłączenia, więc zapytałem co to jest. I oni mówią, że to jest kościół. Było wiadomo, że ja jestem ateistą, to były takie wtedy czasy.

            – No ale woda do kościoła też potrzebna – coś umyć, wodę święconą zrobić, musi być – mówię. To tak spojrzeli na mnie ci współpracownicy... Ale poprawiono.

            Tutaj nie było parafii, tylko filia parafii św. Józefa w Koszalinie. Ksiądz tutaj był taki, można powiedzieć, delegat proboszcza, był bardzo aktywnym antykomunistą.

            Była szosa wojewódzka i na lotnisko się tędy jeździło, a w Boże Ciało procesja szła w poprzek. I taki był komendant, starszy sierżant milicji, nazywał się Strojek. Powiedziałem mu, żeby wezwał posiłki z Koszalina, bo jak procesja będzie szła w poprzek, to trzeba zamknąć całkowicie ruch. No i ten ksiądz był zdziwiony. Nawet jego aktywistka przyszła mówić, że jestem dobrym człowiekiem. Ale ja jej powiedziałem, że wcale nie jestem dobrym człowiekiem, tylko jestem porządnym urzędnikiem państwowym. Mam obowiązek dbać o tych obywateli, a moje przekonania religijne, to inna sprawa. Zapytała, czy ja przyjmę proboszcza.

            – Ależ oczywiście, że tak – odpowiedziałem. Czasem trudno z nim było, on chciał zostać takim męczennikiem, najlepiej by mu to pasowało. Tak go oceniałem.

            Taka historia. Na przystanku był krzyż. Postawiono go w latach 40. Później zaczęły autobusy przyjeżdżać i zawracały. Raz autobus lekko stuknął w ten krzyż, a że on był stary, to się trochę skrzywił. Potem przyjechałem do pracy gdzieś koło dziesiątej, bo wcześniej byłem w powiecie, a pani Lucyna, pani sekretarz mówi:

            – Panie naczelniku, tu jest do pana komendant milicji.

Znałem komendanta dobrze, ale tego, co przyszedł, nie znałem. To był zastępca ds. SB. I on do mnie mówi:

            – Jak mogliście dopuścić do tego, że tutaj krzyż wymienili?

Nie wiedziałem, o co chodzi. Okazało się, że w nocy wymienili krzyż na nowy. Potem tym aktywistom powiedziałem, że się wygłupili. Trzeba było przyjść do mnie, ja bym wydał zgodę na remont i myślę, że w biały dzień normalnie by postawili. Mnie ten krzyż w niczym nie przeszkadzał. Zresztą proboszczowi wtedy proponowałem, żeby go przenieść w inne miejsce, ale on się uparł, że nie, bo ten krzyż tu chroni przed niebezpieczeństwem. Ale wtedy ten z SB bardzo był zdenerwowany.

            – Towarzyszu kapitanie, ja nie rozumiem dlaczego tak się denerwujecie – mówiłem. – Chcieli nowy, ja bez problemu bym wydał zgodę na remont. Według mnie nie było podstaw, żeby nie wyrazić zgody. A właściwie należało wezwać ich, żeby wyremontowali, bo się jeszcze przewróci.
            Takie były czasy, jakie były i należało na takie realia robić swoje. Tak jak to Wojtek Młynarski śpiewał: „Róbmy swoje”. Pracownicy byli aktywni, starali się. Jak skasowano te podania, to było ułatwienie dla ludzi. Ja wprowadziłem taką zasadę, że jak ktoś przyjdzie w jakiejś sprawie niewymagającej żadnego naradzenia się, to miał zaczekać i zaraz mu wydawaliśmy to zaświadczenie. Przy każdym biurku postawiliśmy dwa krzesła z drugiej strony, żeby można było usiąść, w dni deszczowe żeśmy proponowali herbatę. Bo ludzie pieszo przychodzili, nie mieli samochodów. I to jakoś przybliżyło ludzi i pracowników do siebie. Jakoś łatwiej im się rozmawiało. Ja to oceniam na podstawie ilości skarg. A skarg praktycznie nie było. Pani Lucyna też była dobrym szefem i ona tu pilnowała, żeby wszyscy byli przejęci swoja pracą.

***

            Kiedyś był Festiwal Chórów Polonijnych i my mieliśmy obowiązek powitać w Niedalinie delegację z Ameryki. Dwa autobusy tych chórów jechały z lotniska. Żeśmy ich zatrzymali, mieliśmy tam orkiestrę z ZGS-u, taka kapelę i klub. Przyjechali też ci z tego sztabu organizacyjnego, ja ich znałem.

            – Fajny ty masz ten klub – mówią. A ja wszystkie pieniądze, jakie miałem, to właśnie wydałem na remont klubu i niewiele było. To powiedziałem, żeby trochę zwrócili. Kazali przysłać rachunek, więc poprosiłem pana Mariana, żeby przygotował rachunek dla tego sztabu organizacyjnego. Z panem Truszkowskim, to miałem super. Oczywiście nie szastałem pieniędzmi, bo to żadna sztuka szastać pieniędzmi, ale on tak zrobił, że zawsze było.

***

            Jeszcze w ramach tego czynu partyjnego, to w Niedalinie żeśmy przez ten szeroki rów mostek zrobili. Bo tam ludzie mieszkali z jednej strony, a sklep mieli z drugiej strony i musieli daleko chodzić. Jakieś takie konstruktywne pomysły mieliśmy, pożyteczne. A na przykład w Koszalinie w tym czasie grabili tereny inwestycyjne. Później wieczorem było podsumowanie tej Niedzieli Czynu Partyjnego i ja tam pojechałem. A przewodniczący prezydium mówi:

            – Te tereny, co zostały tak ładnie zagrabione, to będą od jutra kopane koparkami, bo Zakład Energetyczny dostał kable i będą likwidowali sieci napowietrzne.

Czyli ktoś nie zorganizował dobrze pracy. Teraz też się takie numery zdarzają.

            Wtedy co my żeśmy te płyty koło szkoły wozili, to gdzieś połowa była członków partii, a połowa nienagabywanych, co nie byli w partii. Przyszli, bo się coś robi. Ja chociaż byłem członkiem partii, nie oceniałem ludzi, czy należy, czy nie należy. Liczyło się, co on robi, co on wnosi. Żeśmy razem robili różne imprezy bez władz. I też ludzie się angażowali. 

 

            Były też na terenie gminy tak zwane Kluby Ruchu. Tam się propagowało czytelnictwo, ciekawe to było. Kluby Ruchu rozpowszechniły też picie kawy. Od czasu do czasu odbywały się tam prelekcje. Zdarzały się prelekcje interesujące, prelegent przyjechał przygotowany i wiedział do kogo mówi, używał zrozumiałego języka. Ale bywało, że przyjeżdżał i zupełnie nie nawiązywał kontaktu. Organizowaliśmy jakieś wyjazdy do teatru do Koszalina, do WuDeKu, tak się nazywało to centrum kultury sianowskiej. Sami tu nie mieliśmy żadnych pomieszczeń, gdzie można by było jakąś imprezę urządzić. Jeśli chodzi o czytelnictwo, to żeśmy się wspierali nauczycielami. Przy pomocy szkół żeśmy co nieco tutaj robili, ale trzeba przyznać, że zapotrzebowanie ze strony społeczności było stosunkowo niewielkie. Szkoła była takim miejscem, gdzie się odbywały różne przedstawienia. W kościołach się odbywały Jasełka. Dom kultury miał dopiero powstać, a baza jednak jest niezbędna. Zresztą to mi też tłumaczył ten mój pracownik, Bogdan Krzyżak, że ma być super dom kultury, to wtedy ludzie będą przychodzić. A nam brakowało środków i brakowało ludzi.