Teodor Graś

Data urodzenia: 28.09.1939 r.
Miejsce urodzenia: Leśnictwo Rakówko (pow. Tczew).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Strzekęcino (od 1972 r.).
Zawód: leśniczy, hodowca rolnik.
Zawody rodziców: ojciec – leśniczy, matka – gospodyni domowa.
Zawody dziadków: właściciel ziemski.
Kontakty z obcymi językami: niemiecki, rosyjski, kaszubski.


 

 

Teodor: Po ukończeniu technikum zacząłem pracować w nadleśnictwie jako rachmistrz. Później przeszedłem w teren pracować jako podleśniczy i później leśniczy. Następnie po 12 latach tej pracy zdecydowałem się po prostu zmienić zawód mimo tego, że ten zawód bardzo lubiłem. Po prostu lubię naturę i w ogóle, no ale to nie wystarczało. Chcąc utrzymać rodzinę, no to cóż tam była, przypuśćmy, taka pensyjka. W końcu zdecydowałem się ruszyć troszkę w Polskę. No i tak była Stocznia Remontowa Gdańsk. Byłem pracownikiem produkcyjnym. Długo tam nie pracowałem, gdzieś koło roku. Ale miałem to nieszczęście, że pracowałem w tym okresie, jak wybuchł strajk. Tak, to był strajk w grudniu związany z małymi podwyżkami cen na produkty spożywcze i towary. Wszystko to, cała machina strajkowa ruszyła. No i to były też straszne przeżycia, bo jednak tam ludzi wystrzelali, strzelali jak do kaczek. Tam chyba ponad 80 ludzi zginęło. Ja też brałem udział w tym strajku, no bezpośrednio, i tak jakoś mi się udało przeżyć, bo tam wiadomo, no nie każdego tam kula uderzyła, trafiła i tak dalej. No strzelali do ludzi jak po prostu do kaczek. Ten strajk minął, stocznia pozamykana, był ten strajk okupacyjny, gdzie, przypuśćmy, przez okres tygodnia czasu stocznia była zamknięta w ogóle. No i musieliśmy bronić, przypuśćmy, stoczni przed jakimś tam najazdem sił wrogich i tak, jak to mówiono. Tam było trudno, bo myśmy spali na posadzkach. Były tylko takie kioski spożywcze, jak tam robili. Na tej zmianie w stoczni pracowało prawie 4,5 tys., to tej żywności w końcu zbrakło. A myśmy tam tydzień musieli siedzieć jako strajk okupacyjny. Później, jak się sytuacja trochę ustaliła, że już można było wychodzić, że nie będą strzelać do ludzi i tak dalej, no więc w końcu nas wydelegowali na urlopy. Stocznia była po prostu zamknięta i mieliśmy czekać, aż dostaniemy powiadomienie ze stoczni, żeby przyjechać do pracy. No i tak czekałem, chyba to było przed grudniem, przed Bożym Narodzeniem, ale gdzieś w styczniu dostałem znów powiadomienie, że zostałem przyjęty do stoczni. No i w stoczni wtenczas już długo nie pracowałem, chyba do jesieni tego roku.

Później nadarzyła mi się okazja znaleźć pracę tutaj, jak to mówili na „dzikim zachodzie”. Miałem tutaj między innymi brata, który był kierownikiem szkoły niedaleko Sławna, po prostu z nim tutaj miałem kontakt, z jego rodziną. Przyjąłem tutaj niedaleko Sławna stanowisko kierownika Międzykółkowej Bazy Maszynowej. No i tam przepracowałem też niecały rok chyba, czy półtora, ale ze względu na bardzo trudne warunki mieszkaniowe… Mieszkanie miałem wynajęte przez to przedsiębiorstwo, ale wilgoć i po prostu, już dwójka dzieci była. Bardzo niezdrowe warunki.

Zacząłem szukać dalej, chociaż ta praca dosyć mi się podobała, no bo była związana z rolnictwem. Rolnictwo, las – to takie pokrewne sprawy. I tak czytam, czytam w ogłoszeniach i mój wzrok padł na Strzekęcino – Stacja Hodowli Roślin. No, mówię, może to coś pięknego być. Jakieś wyzwanie dla mnie. No i tak przyjechałem spod Sławna tutaj, patrzę, rozglądam się – pięknie, czyściutko, las. Widziałem tą aleję platanową. Te budynki ładnie zadbane, gospodarstwo piękne. No i tak przychodzę do biura, patrzę, było gdzieś ok. 25 ludzi, też chcieli się przyjąć do pracy. Wchodzę do biura, nawet troszkę poza kolejnością. Mówię, że mi się śpieszy, jestem spoza Strzekęcina, spoza Koszalina i tak dalej, muszę dojechać dzisiaj jeszcze z powrotem, no więc tam mnie kilku ludzi puściło. Wchodzę do biura, no i tak coś mi się skojarzyło, że gdzieś tego człowieka znam. Ale to nie był on, co ja go znałem, tylko znałem jego brata, który miał w województwie gdańskim, w Gogolewie gospodarstwo rolne, takie duże 100-hektarowe i po prostu miałem z nim taki kontakt, że on był właścicielem lasów prywatnych i między innymi ja miałem nadzór nad nimi. I pytam się, czy ma brata, przypuśćmy, w Gogolewie. Szambowski się nazywa. On mówi: „Tak mam. A pan skąd jest? Ja mówię: Ja jestem z tamtych stron właśnie i pańskiego brata znam”. No i żeśmy pogadali, zaraz się kawka znalazła na stole. No ziomek. I po prostu zostałem od razu przyjęty do pracy, także pojechałem w te swoje strony z powrotem, żeby wszystko przygotować do przeprowadzenia się i tak 4 kwietnia 1972 roku przyjąłem pracę tutaj w Strzekęcinie. No a dalej, to już wiadomo. Pracowałem tutaj początkowo w produkcji roślin, później w zwierzęcej. Tutaj stanowisko oczywiście jako brygadzista, mając pod nadzorem prawie 700 sztuk bydła. Bardzo trudna praca i można powiedzieć – odpowiedzialna. Bo odpowiadałem finansowo, za zdrowotne, za prowadzenie, za jakość mleka, no wszystko było w jednych rękach. I tak przepracowałem tutaj prawie 28 lat w tej produkcji zwierzęcej, zmiany ustroju i tak dalej. W tym czasie była również zmiana w zarządzaniu gospodarstwem. Przyszedł rok 88, był taki bardzo pozytywny, było ponad milion zysków, a tu się okazuje, że już na przyszły rok, jak ta zmiana, nastąpiła upadłość Stacji Hodowli Roślin. Sama upadłość, przypuśćmy, wiązała się z tym, że zaczęto sprzedawać cały majątek, czy żywy, nieżywy. Co było tylko do sprzedania, można było spieniężyć, no i to, co myśmy, przez tyle lat pracowali, żeby doprowadzić do jakiejś jakości, to wszystko dosłownie w tym momencie, jak ta zmiana nastąpiła, zaczęto wysprzedawać. Ludziom zaczęto jakieś odprawy dawać. Część na kuroniówkę poszła. Ci, co jeszcze chcieli, to jakoś pracowali, a byli tacy co chcieli. Stacja Hodowli Roślin została jako tako zlikwidowana. Później powstała Pomorsko-Mazowiecka Hodowla Ziemniaka, później znów jakieś zmiany. To było gospodarstwo rolne Skarbu Państwa, w tej chwili to jest Pomorsko-Mazurska Hodowla Ziemniaka i to jest do chwili obecnej. No ale ja te wszystkie przemiany przechodziłem.

Z chwilą tych przemian, które tu nastąpiły, w ogóle w naszym państwie, to w całym Strzekęcinie nastąpił taki marazm. Taka beznadziejność. Świetlice rozebrali, nic się nie działo, boisko nieczynne, biblioteka rozkradziona, zniszczona. Nawet książki walały się po lesie, nawet tam kilka znalazłem sztuk, do domu przyniosłem. Takie coś, co się działo, to było chore po prostu. No w każdym bądź razie, po 2000 roku tu zaczęło się to wszystko rozkręcać. Jak już był gaz założony, to kotłownia została przerobiona na świetlicę. No i świetlicę tutaj mieliśmy. Zostało przygotowane boisko. Ale to już była duża działalność samych mieszkańców. Może nie tyle mieszkańców, co radnych, między innymi ja też byłem i tak myśmy te sprawy trochę tutaj podciągnęli. W świetlicy zaczęły się odbywać różnego rodzaju imprezy, powstał zespół muzyczny Cecylianki, było taekwondo. Na boisku zaczęły się mecze. Tu było w sali świetlicy obchodzone święto kobiet i inne sprawy związane z naszym środowiskiem i to się tak wszystko wtedy powoli zaczęło skręcać. Takie życie po prostu zaczęło powoli, powoli powracać. Jestem też od 2001 roku, od lipca, przewodniczącym wspólnoty mieszkaniowej Sekwoja, tego budynku także. Jestem 13 lat i sądziłem, że po prostu należy już zrezygnować i dać szansę młodym.

Lidia: Mnie teraz cieszy, że śpiewam. Właściwie nie powinnam już, bo tam szpecę w tym całym zespole, z laseczką idę. Ale śpiewam w Cecyliankach już 9 lat. Miałam jakiś czas takiej przerwy przez operację na sercu, ale pozbierałam się i śpiewam dalej.

* * *

Lidia: Kiedyś, to nazywało się jadalnia. Tutaj się teraz nazywają salony. Albo stołownia. To tak zwana jadalnia, taki pokój stołowy. To musiał mieć obowiązkowo ten bufet, kredens, stół, krzesła, nie tam jakąś ławę, czy coś takiego. No tak jeszcze u twoich rodziców był kołowrotek, było żelazko na węgiel. Jak ja wyszłam za mąż i potem mieszkałam w leśniczówce i nie było światła…

Teodor: Maselnica do ubijania masła.

Lidia: Kerzanka… To wszystkie koszule jak prasowałam, to zawsze miałam brudne od tego węgla, bo to na węgiel były. Jezu. A przyszłam z elektryczności, z wodociągów i poszłam do studni, lampy naftowej i żelazka na węgiel.

Teodor: A to bardzo stare czasy, bardzo. Ja jeszcze się urodziłem w warunkach takich czysto naturalnych. Wszystko swoje prawie z gospodarstwa. Mój ojciec był leśniczym. Były krowy, konie, to wszystko swoje, świnki też swoje. Tam się coś zabiło, bo był myśliwym. Wszystko swoje praktycznie. Masło swoje, no wsio. Tylko co się skorzystało z soli i cukru. A z cukru też nawet nie, bo były cukrowe buraki, to się robiło, taki ciemny, ale słodziutki... Można było słodzić, można było do chleba dać, wszystko.

Lidia: Ale leśniczówka była oddalona od sklepu ileś tam kilometrów, to trzeba było coś tam myśleć.

Teodor: To chyba melasa była, teraz jest melasa.

Lidia: Ale zakazane może i po wojnie.

Teodor: Człowiek jak gdzieś tam w lasach mieszkał, to robił, żeby było swoje, nie?

Lidia: No, ja w lesie się na początku źle czułam. Każdy szmer, każdy… się bałam, że ktoś tam nas napadnie, że ojej, jak ja się bałam w tym lesie mieszkać.

Teodor: Ale to był mój żywioł, niestety.

Lidia: No tak.

* * *

Teodor: A to wigilijne jedno, przypuśćmy. To się nazywają makliby.

Lidia: Tak, tutaj my to robimy dalej. Ciasto drożdżowe przekładane makiem, miodem, rodzynkami, bakaliami wszystkimi i zalewane wszystko słodką śmietaną, że to taka mamałyga z tego się robi. Ale to tak warstwowo. Dużo orzechów siekamy do tego. No wszystkie bakalie, jakie tylko możliwe i naprawdę jest to bardzo dobre. To raczej w Poznaniu chyba jest takie regionalne i chyba w Niemczech.

Teodor: To się tak przekłada warstwami i na końcu jest śmietana.

Lidia: Tak w szklanej misie jak to się podaje, to ładnie wygląda. My to dalej robimy.

Teodor: To takie coś podobne, jak na wschodzie kutię. A my tutaj robimy makliby. Nie wszyscy tutaj to znają, to takie regionalne bardziej. Kiedyś były zawsze modne, przypuśćmy, pasztet z zająca. Ci, co byli myśliwymi, mieli taką okazję.

Lidia: To już obowiązkowo trzeba było.

Teodor: To bardzo piękne danie na Wigilię, w ogóle takie na święta.

Lidia: Na święta, bo Wigilia zawsze u nas była przestrzegana postnie i tak jest do dziś. 12 potraw musi być. U nas jedzenie było zawsze na pierwszym miejscu. W moich stronach, to przede wszystkim zawsze myśmy mówili, że najlepszą jarzynką jest mięso i przeważnie tylko takie mięsne było. Teraz to przeszliśmy na surówki, ale kiedyś tak raczej jadło się bardziej mięso. A jeżeli chodzi o takie jakieś regionalne, to, mówię, bardziej się tu nauczyłam jakieś pierogi, jakieś kopytka. W mojej rodzinie się tego nie robiło.

Teodor: No były też modne zrazy, takie prawdziwe zrazy. Jak chodzi o wódeczkę, naprawdę takie bardzo smaczne... U nas tam był taki teren nadwiślany, gdzie ja mieszkałem i tam była nieduża powierzchnia, gdzieś może z 5 arów, gdzie rosła żubrówka. No ja te trawki zrywałem. Można było kupić Wyborową czystą, trzy, cztery trawki wrzucić, troszkę osłodzić i była wspaniała Żubrówka. I drugi taki sposób miałem wtedy, też na bardzo dobrą wódeczkę. U nas rosła też, bo tutaj nie widzę w tych lasach, tzw. marzanka wonna. Jest taki kwiat z baldachem, a poniżej taki okółek liści i właśnie te liście trzeba było zerwać już w trakcie kwitnienia, ona wtenczas ma aromat taki. Te liście po prostu trzeba przekładać cukrem i one wypuściły po jakimś czasie taki zielonkawy syrop, gęsty taki. I to wystarczyło pięćdziesiątkę wlać, przypuśćmy, na litr wódki i piękna, smaczna wódka. I człowiek się nie musiał wstrząsać, tak jak te, które mamy w tej chwili. Naprawdę była bardzo smaczna.

Lidia: No z tych wódek, to moja mama też robiła. Te przepalanki z cukru, karmelówki takie. Też kiedyś robiła ajerkoniaki. Likier jej taki kiedyś wyszedł, że trzeba było łyżką jeść.

Teodor: To było trudne takiego koniaka zrobić.

Lidia: Ale co twoja mama jeszcze z regionalnych kiedyś robiła… Teraz to się kupuje gotowe, ale robiła te bułki parowe z jagodami. To znaczy się, jagody osobno, się tak maczało w tych jagodach. Właśnie te bułki parowe bardzo dobre. No i u nas regionalne co było, to ta czernina. Z owocami, z wiśniami, ze śliwkami, z wszystkim się dawało. To z tej kaczej krwi, czy tam z gęsiej. A tego to by już nawet nikt nie chciał jeść, bo czernina. Ale pyszne to jest.

* * *

Teodor: Kiedyś na ubranie się mówiło ajncug.

Lidia: No tak, to z niemieckiego.

Teodor: Z niemieckiego, ale tak w Polsce dużo ludzi mówi: ajncug.

Lidia: Ale fakt, że na Kociewiu, to dużo takich chyba też. Ale najśmieszniejsze jest to, że ja jak się tu wprowadziłam, u nas nazywało się szneki z glancem. To drożdżówki. I ja przyszłam tutaj i w kiosku w Sławnie, pamiętam, ja mówię: „Poproszę cztery szneki”. Babka na mnie patrzy, jak na wariatkę, ja sobie myślę, co ona ode mnie chce. Mówi: „Ja nie wiem, co pani chce”. Ja mówię: „No szneki, z glancem mogą być”. Jeszcze głupiej. Sobie myślę, Boże, czerwona się zrobiłam. Matko Święta, o co jej chodzi. A potem pokazałam jej, więc ona mówi do mnie: „U nas, to się proszę panią, nazywają drożdżówki”. Tak sobie to wbiłam w pamięć, że już wiedziałam, że drożdżówki.

* * *

Teodor: Pamiętam, jak bikiniarze z tych innych byli. Takie krótkie spodnie.

Lidia: A bikiniarzy też pamiętam. Wąskie spodnie, skarpetki w paski, spodnie takie przed kostki były wąziutkie. Pamiętam, że moi koledzy zawsze się licytowali, ile to tych centymetrów mają. To jak było 19 czy 18, to już tak było w sam raz. A to prawie było takie obcisłe. I były skarpetki w paski.

Teodor: Poniżej kostek też tak były.

Lidia: Ale tak, musiały być krótsze. Tak, że te skarpety w paski było widać. I to się nazywali właśnie bikiniarze. I to była elita wśród młodzieży.

* * *

Lidia: Modraki, właśnie modry. U nas mówiono na nie modraki. Bo tak prawidłowo to chabry. Robiło się nawet winko z tych modraków.

* * *

Teodor: Na 50 kg – centnar.

Lidia: Tak, centnar. Tak to się mówiło. 2 cetnary to było 100 kg, to był kwintal. Albo garniec. To był litr chyba, czy coś takiego. No i oczywiście ćwiartka.

* * *

Lidia: Dyfteryt był. Ja miałam nawet koleżankę, co zmarła na ten dyfteryt. Bo w tamtych czasach, to była rzecz bardzo trudna do wyleczenia. To jest choroba gardła. Po prostu ona miała chyba 14 lat, jak zmarła, zachorowała na to. Jeszcze w dodatku była jedynaczką. Straszne, pamiętam jak żeśmy to wszyscy przeżyli. Właśnie na ten dyfteryt.

* * *

Teodor: W chowanego chyba też do dzisiaj. Ale nie wiem, czy jest dzisiaj taka gra, to się nazywa klipa. Kółko zrobione i z jednej strony kółko, z drugiej robiło się kreski. Tu było napisane 100 punktów, tu 50 i był taki patyk, no kij i taki odcinek też kija z zaostrzonymi końcami i to się nazywało klipa. Ten, który stał w kole, tą klipę podrzucał i tym kijem wybijał. To była jedna taka gra. No i cymbergaj tak zwany.

Lidia: No, ten cymbergaj, tym grzebieniem. No i w skakankę się grało, czy tam piłką. Teraz tego nie robią, ale kiedyś, to piłką się grało. I główki, i brzuszki, i jakieś tego, i łokcie, i kolanka.

 

 

Słownictwo:

ancug (ajncug) – niem. ubranie.

baldach– typ kwiatostanu groniastego.

bikiniarz– przedstawiciel pol- skiej subkultury młodzieżowej z lat pięćdziesiątych XX w., odrzucający obowiązujące wówczas normy społeczno-obyczajowe. Jego znaki rozpoznawcze, to bardzo obcisłe spodnie przed kostkę i kolorowe skarpetki w paski.

bufet – niski, długi kredens; też: szafki kuchenne ze wspólnym blatem.

bułki parowe – pyzy na parze

centnar – daw. jednostka masy równa stu lub — w niektórych krajach (np. w Ameryce, Anglii, Danii) — około pięćdziesięciu kilogramom.

cymbergaj – dawna gra polegająca na odbijaniu po stole guzików lub monet za pomocą grzebienia lub linijki.

czernina – zupa z krwi kaczej lub gęsiej.

dyfteryt / błonica – ostra choroba zakaźna występująca najczęściej u dzieci.

garniec – dawna polska miara objętości cieczy i ciał sypkich.

kerzanka / kierzanka – drewniane naczynie do ubijania śmietany na masło.

klipa – gra chłopięca polegająca na umiejętnym podbijaniu kijkiem drewienka zaostrzonego klinowato po obu końcach.

kwintal – jednostka masy stosowana w obrocie płodami rolnymi, równa 100 kg.

makliby – tradycyjna potrawa, ciasto drożdżowe przekładane makiem, miodem, rodzynkami, bakaliami, zalewane słodką śmietaną, podobne do kutii.

modraki – chabry, nazwa od niebieskiego koloru kwiatów.

nadarzyć się – o czymś pomyślnym: przytrafić się, zdarzyć się niespodziewanie, przypadkiem.

okółek – koliste ustawienie na jednym poziomie części kwiatu.

przepalanka / karmelówka – wódka produkowana domowym sposobem ze spirytusu z dodatkiem karmelu.

stołownia – jadalnia.

szneki z glancem – drożdżówki z lukrem.

wsio – pot. wszystko.

wtenczas – pot. wtedy, w tym czasie.