Helena Dziemianko

Data urodzenia: 1929 r.
Miejsce urodzenia: Dobryń Duży

 

Wywiad z Heleną Dziemianko.


 

Nazywam się Helena Dziemianko, urodziłam się 5 stycznia 1929 roku w Dobryniu Dużym, to tam aż koło Buga.

Dzieciństwo to tam w centrali było przed wojną, ja nie umiem powiedzieć jakie, no niedobre, no. Mieliśmy małe mieszkanie. U nas wojna, to taka nie bardzo była, bo my blisko Buga, a tam było lotnisko Miłaszewicze i tylko przyjeżdżali samoloty, i bomby rzucali na lotnisko, a na nas nie. Na wieś nie rzucali tych bombów. My tam chowali się do piwnicy, ale tak nie było, żeby na wieś, na wioskę rzucali bomby, tylko na lotnisko. Później oni poszli za Bug, Niemcy przyszli i poszli, potem z powrotem wracali, ja wiem. Ja o polityce to mało wiem. Jakby stryjek był, to by więcej powiedział. A też trochę front był w lesie, nie pamiętam tam, ale Ruskie z Niemcami się bili, a później poszli. Ja poszłam z Tadziem, poszli my na grzyby, bo akurat grzyby byli. On znalazł takie, nie wiem, co to było, że zaczęło mu w rękach piszczeć i on rzucił, i wiesz, to mnie w nogę uderzyło. Ale był tam u nas taki jeden, operacje mi zrobił, powyciągał. Teraz jeszcze na zmianę pogody, to mnie to miejsce mocno boli. Ile ja wtedy mogłam mieć lat? Ze 6? A teraz 80!

Tutaj to myśmy przyjechali z całą rodziną, tak, tam wywozili na zachód, na wschód... O, my małe byliśmy jeszcze! Ile to lat temu, jak my wyjeżdżali stamtąd? Antek miał trzy tygodnie, to był 45. rok. Tam wszyscy, kto chciał, to jechał, i my też z całą gospodarką, jaka tam gospodarka była, tu przyjechaliśmy ze wszystkim, cały wagon. A nas było, cała rodzinka taka, no z Antkiem, to już było nas osiem, ośmioro dzieci nasza mama miała, a on trzy tygodnie miał, taki mały był i jechaliśmy dziesięć dni pociągiem. Do Szczecinka przyjechaliśmy pociągiem, a ze Szczecinka, czy z Czaplinka to tutaj, do Kluczewa, to już wyjechali po nas te tutejsze, co tu mieszkali ludzie. To my do Prosna, bo Kluczewo to była gmina, a zaraz po sąsiedzku była wieś Prosno, teraz Prosino. No i tam zajelim gospodarkę i później gospodarzylim.

Taki warsztat stał i my robilim z takich starych szmat, prześcieradeł chodniki. Nawet dywany – to mama nasza – z wełny, kolorowe, jeszcze gdzieś tam są te dywany, a chodniki też robili. Później szyli płaszcze. To w zimę robili albo na drutach, albo tego, bo tam światła nie było, to tam telewizora ani radia nie było, to musieli coś robić. Przędli wełnę, owce hodowali, tu wełnę obcinali, wieźli do gręplowania, a gręplowanie to było takie czesanie. Takie były gręplarki i później się to przędło na kółkach. To oni sami robili. Przędli, później na motki zwijali, prali albo farbowali i później robili swetry, skarpety, wszystko robili ze swojego. Barwiło się farbami, kupywało się i różne kolory mogły wyjść. Bo ten samodział to też robiło się z tej wełny, też farbowali, później tak tkali na przemian i to taka pepitka, nie pepitka wychodziła. Ja to pamiętam, mała byłam, ale pamiętam ten warsztat. Taki pokoik był nieduży, to jak postawili, to tylko ten warsztat stał. Takie czółna były, nawijało się na czółna i tego.

Wtedy nie można było tak nic za bardzo kupić. Swoje świnie zabijali, ukarmili swojego świniaka, zabili, no i tak. Pierwsze początki, to my do słoików kładli mięso. Ja nie wiem, to tak na tamtej gospodarce. Takie słoiki pod gumkę. No i tak narobili gotowego sosu, czy pulpety, czy kotlety. Wszystko to do słoików i później tylko słoik się rozgrzeje i ziemniaki, i kapustę. A kapustę, to w beczkę kładliśmy. A wie Pani, jeszcze ogórki, to ja nie wiem, kto to wymyślił, to była taka studnia z wodą, na wodę, ale już z niej nie brali wody, bo była brzydka, to beczkę kapusty i ogórki zakisili i do studni wrzucili. Nie wiem, po co oni to robili, ale tak było. No i te ogórki tak z beczki braliśmy. W jednej beczki ogórki, w drugiej kapusta, a w słoikach było mięso różne narobione. A słoninę, to trochę na smalec, a tak to słonina. Trzeba było okrasić coś, jakieś kopytka czy ziemniaki. No a na mleku gotowaliśmy dużo. Na mleku zawsze zupa mleczna na śniadanie, no i tak.

Na święta, to przeważnie zabijali świniaka. Jak zabili, to kaszanki narobili, kiełbasy, bigosu nagotowali. A jeszcze co, chleb piekliśmy w piecu! To był piec. Trzeba było w takim korycie na noc rozczynić, mąka żytnia, rano się zamiesiło, a to rosło. W piecu trzeba było napalić drzewem, no i później na blaszki nakłaść. Jak już się w piecu napaliło, to się do pieca pokładziło. A to raz na tydzień piekło się. Nie bardzo byli zadowoleni niektórzy, bo to cały tydzień trzeba było jeść ten chleb. A jak już chleba nie było, no to co, to bliny. To jeden, który to, Janek, on nie lubiał tych blinów. I mówił: „I znowu te bliny!". A to w sobotę najczęściej piekli, bo na sobotę, to już chleba zabrakło, a jak nie zabrakło, to na niedzielę trzeba było już upiec świeży. A jak nie było, teraz to poszli kupili, a wtedy, to bliny jakieś tam. A to bliny, to są zza Buga, takie ziemniaczane. To ziemniaki się tarło, a do tego co dodawali? Sodę i zsiadłe mleko, i maślankę, i trochę mąkę. I to takie duże placki, tak na całą patelnię. No i do tego jakieś maczanie, żeby można było. Podawane to było na słono, bo to na skwarkach albo na cebuli, coś takiego na słono się je. Bo to podobne do placka po węgiersku, ale soda dodana i zsiadłe mleko albo coś, i ziemniaki, i takie placki się smaży. I do tego sos, kiedyś to słoninę smażyli i w tłuszczu to maczali.

***

Później się tam z tymi Dziemiankami pożenili. Za Bugiem, to my jeździli odwiedzać ich. Tam jeszcze są, bo tam oni nie w Rosji, tylko na Białorusi. Tam było kilku tych stryjów, mojego męża ojciec, on też tam został. Ale oni byli wywiezieni do Niemiec do pracy i już nie pojechali za Bug, zostali tu i tu się pożenili, i tu przeżyli. I teścia sprowadzili, bo był sam. Tam zabierali całe rodziny. Tam był Czesiek, Schola, Tomek. No a starszych nie brali. I oni w Niemczech pracowali, a później trzeba było wrócić do domu. Jechali za Bug, a tam wszystko było zniszczone, spalone, z powrotem do Niemiec. A to było poniemieckie. No i tak się przeżyło.

To moja siostra wyszła za jednego brata, a później jeszcze namówili mnie na drugiego brata, bo ich dwóch było i siostra jeszcze była, a siostra wyjechała sobie do Szczecina. Oba tak gospodarzyli, później dzieci. Siostra moja rodziła, ja tylko pilnowałam, bo ja nie miałam swoich i póki młodsze byli, bo najstarszy Rysiek, a ta była młodsza, do Koszalina dojeżdżali do szkoły. Póki w internacie, to jeszcze, a później nie mieli gdzie mieszkać, no to mój mąż zaczął koło Koszalina szukać gospodarki, żeby bliżej uczyć dzieci. Bo tam nie było światła i ziemia była byle jaka. No i przebraliśmy się tu w 1968 roku i tak siedzimy do tej pory.

Tutaj na zachodzie, to na gospodarce robiłam. Też dziesięć razy w sanatorium byliśmy, oba z mężem. No i to jakoś tu załatwiali, że to nie trzeba było płacić. A to wszędzie, od razu w Połczynie, później..., no wszędzie dookoła, nawet raz, to koło Warszawy, w Nałęczowie. Ale tak było, że do Koszalina do pociągu to nas zawieźli, a tam dalej do Nałęczowa pociągiem, to nawet za pociąg zwrócili pieniądze. Tak, dziesięć razy.

Jak było dwóch braci, to mówili stryjek, na mnie mówili wszyscy stryjenka, a na stryjka stryjek, bo tak mówili u nas. Ja nie wiem, czy to wszędzie tak mówią, czy tylko tutaj.