Alicja Czarnota

Data urodzenia: 1940 r.
Miejsce urodzenia: Ruda Wielka

 

Wywiad z Alicją Czarnotą.


 

Nazywam się Alicja Czarnota, urodziłam się 18 grudnia 1940 rok w Kieleckim, to była Ruda Wielka.

Jak mama mnie urodziła, miała 23 lata, ojciec mnie odrzucił. Gdy mama mi zmarła, zostałam z dziadkami. Ale pamiętam tylko to, że jak weszli Rosjanie do nas do domu, to chcieli, żeby ich przenocować, no i dziadek się zgodził na to, no i później, no na drugi dzień, przenocowali się i pojechali. Z tej wojny, to co tam, mało pamiętam. Mała byłam. U nas to tam był bardziej spokój. Tylko, że ruskie weszły i tyle, i później już wiadomo, jak wojna, to wojna.

***

Jak jeszcze dzieckiem byłam, to jak było troszeczkę pola, to ja musiałam za kosą zbierać. A teraz powiedz, żeby któreś poszło za kosą zbierać, zresztą teraz nie zbiera się już, teraz maszyny są i w ogóle takie kosiarki. Ale przedtem... O Jezu, to ja taka malutka musiałam to wszystko robić, jak dziadek mnie poprosił. Znaczy ja sama się poczuwałam do tego, że się mogę nawet nauczyć czegoś, taka chętna byłam do roboty, nie to, że nie chce mi się i nie pójdę, nie, tak nie było. Te snopki trzeba było układać w takie kopki. Także ja bardzo lubiłam tamtą robotę.

W tamtych czasach dziadek zabierał mnie na kusaki. To jest taka potańcówka, to było przed postem. Tutaj mówią ostatki, a tam było: „Idziemy na kusaki. Kusaki są i idziemy tam, to będzie tak i tak". No to mój dziadek mnie na rękę i już ze mną tańczył. Jak on tańczył, miał takie włosy siwe, ale kochana, jak on tańczył! A wiadomo, jak tańczyli, oberki były, przepiękne były te tańce, szklanka wody by się na pewno utrzymała, tak tańczył równo, a nie tak jak teraz, to wiadomo, bo są inne te tańce. Ale wtedy to były przepiękne, no naprawdę, były przepiękne. A on ze mną. To było tak: zeszła się wioska, na przykład u kogoś czy nawet tam, gdzie była ta remiza. To tam dziadek mnie brał, on mnie kochał chyba, kochał bardzo, ja go bardzo dobrze wspominam i babcię też. „Idziemy, Alunia, idziemy, ja Cię tu wezmę. I ze mną na tańce". To i cóż, ja miałam dwa latka czy trzy.

Pamiętam, że wtedy w kuchni to były te garnki, kotły takie jakieś, coś tam, no to były, właśnie! „Kocioł przynieś!" – tak to nazywali. Potrawy? No to była taka zupa, pamiętam jak gotowaliśmy, zarzucajka taka jakaś. Tak jak mówią, taki kapuśniak, dawali kartofelków trochę, kapustę tam, warzywa. To była taka zarzucajka. Później jakaś kluskowa jeszcze była, jakieś kluski, pyzy, no, ale pyzy to i teraz są.

***

Później już nie miałam gdzie iść. To było w kieleckim, tak jak mówię, Ruda Wielka, a dalsza rodzina koło Radomia, to było blisko, tak jak Koszalin i Dunowo, więc doszłam, stanęłam na ulicy i nie wiem gdzie iść. Ani matki, ani ojca, nie wiem. Później poszłam do chrzestnej, ale ona miała dzieci i nie wzięła mnie. To też trzeba mieć sumienie. Ale w końcu znaleźli dom dziecka w Skarżysku i 4 lata byłam w domu dziecka. Ale mam wspomnienia przepiękne, nie tak jak teraz, że dzieci katują, przecież widać, co się robi. A ja miałam przepiękne życie. Tak, w domu dziecka, nawet w zastępczej rodzinie bym nie miała takiego życia. Bo teraz co w rodzinie zastępczej? Tylko dla pieniędzy biorą, a dzieci co? Katują, no, taka prawda.

Tam, w domu dziecka, z koleżankami ja się bawiłam na przykład, nie, to nie było tak, żebyśmy gdzieś na piwo, no gdzie na piwo, tylko do godziny 12 śpiewaliśmy, później szliśmy pod krzyż na majowe. Majówka była i wszyscy szli, bo to trzeba było przyjść i taka piękna Matka Boska była i wszyscy szli, młodzież szła, a później na zabawę, a ja z nimi. Ale jak na przykład trzeba było litanię czytać, bo będzie Ala czytać. A ja mówię: „Co? A Wy nie umiecie czytać?". Także ja jestem od młodych lat taka wciągnięta. No bo ja, kochana, ja rodziców nie miałam, nie miałam. Nikt mnie ni uczył, ja musiałam sama swoją głową kierować, co robić, gdzie iść i nawet z kim iść, tak. Czy mogę, czy nie mogę. A jak poszłam, to wiadomo, taka wesoła, to umawiałam się, później ktoś mnie przyprowadzał do domu, do widzenia, dziękuję.

W domu dziecka była taka Jadzia i kuchareczki nasze, Jadzia i Gienia, i przez tydzień to mieliśmy takie dyżury, bo takie malutkie dzieciaczki, może po 2 latka, były też, a myśmy je musieli umyć, tam podać. I jeszcze im usługiwałam przy tych dzieciaczkach. A jak byłam gdzie, to na kuchni, a na kuchni kto? A Ala. I Ala, wszędzie Ala. Ja byłam taka, nie, ja się nie chwalę, ale jak ja jestem taka miła dla ludzi, więc tak samo i ktoś do mnie. Także te kuchareczki tylko „Ala i Ala", jak trzeba było posprzątać, to Ala posprzątała, pozmywała wszystko.

Taka Marysia z Końskich była też. Po prześcieradle ją prowadzaliśmy, po prześcieradle. Najadłyśmy się i poszłyśmy spać. Pamiętam raz tak. Dom dziecka, to dom dziecka, brama była i trzeba wiedzieć, o którejś musisz przyjść i koniec, bo bramę wtedy zamkną i rób sobie, co chcesz. To nie było jak w domu, że o której przyjdziesz, to przyjdziesz. I zamknęli te bramy. To my prześcieradło, bo to było pierwsze piętro i po prześcieradle żeśmy ją, Marysię, wciągnęli. Ja mówię: „Więcej tego nie rób".
Tak, byłam w domu dziecka 4 lata, do 18 lat tam trzymali tylko, bo teraz jak jest, to nie wiem. Później jeszcze do szkoły chodziłam, bo miałam opóźnioną z tą podstawówką, także jeszcze chodziłam do szkoły w Skarżysku do wieczorówki, tam już skończyłam i później jeszcze chodziłam do tej ogrodniczej, ale to były lata wiadomo jakie, bałagan i nic więcej.

***

Później, jak wyprowadziłam się już stamtąd, to też nie wiedziałam, co robić, bo pracy nie miałam. Wyprowadziłam się do Radomia. I później zapoznałam męża, wiadomo. A mój mąż był z Radomia i później jakoś mnie tam wciągnęli, to takie robótki robiłam na taśmie. Kleiłam buty. W Radoskórze pracowałam i mój mąż też. On był na montażu, a ja na tej taśmie. Ale nie mieliśmy gdzie mieszkać, no bo siostra męża była, to taki pokój był jak tu, może troszkę większy i teście, no i siostra wyszła za mąż i też nie miała gdzie. Zapisała się do spółdzielni, ale to trzeba było czekać. To nie było jak teraz, że wpłacisz kaucję i masz. A to też trzeba mieć tysiące. No to jedna wyprowadziła się, bo dostała mieszkanie, a druga została. A my gdzie? I w końcu brat cioteczny, też w kieleckim mieszkał, w Radomsku, ale sprowadził się tu, do PGR-u. No i on nas właśnie tutaj ściągnął.
Za Słupskiem mieszkałam w Gardnie Wielkiej. Tam lekarz był na miejscu, wszystko fajnie. No przepięknie tam. Też tam cioteczna siostra mieszkała, już zmarła. Także przepięknie też tam jest i bliziutko, do Słupska 70 kilometrów i 20 chyba do Gardna. Jak się sprowadziliśmy, to ja nie miałam ani grosza. Chciałam pożyczyć od sąsiada, on miał emeryturę taką z Francji czy coś, nie wiem. On powiedział, że nie oddam, to mi nie pożyczy. A ja mówiłam: „Niech pożyczy, wie pan, teraz mąż dopiero zaczął pracować. No ten miesiąc musi przepracować. Rodziny blisko nie mam, żeby mi pomogli". Ale, są ludzie i ludziska. No, ja nie miałam pieniędzy, to nagotowałam takiego kotła kartoflanych klusek. Jola była mała w wózeczku. No to ja nie miałam pieniążków, ja miałam taką biedę, że naprawdę. A ja długo nie mogłam iść do pracy, bo przecież nie miałam rodziców przy sobie. Dopiero jak córka moja poszła do szkoły, to żeśmy się przeprowadzili do Domachowa, a później do Bukowa, tam była szkoła. Więc poszła do szkoły, a do przedszkola poszedł mój Mirek. Bo już jak jedna szła do szkoły do 1 klasy, druga do drugiej, więc dopiero ja poszłam do pracy. Bo z kim ja miałam zostawić? A Mirek mój poszedł do przedszkola. Także nie miałam żadnych warunków, żeby z kim zostawić. Naprawdę nie miałam. No, ale jakoś sobie dawałam radę. Nie wiem, jak ja se wtedy dawałam radę...

No i w końcu jak żeśmy się tutaj do Dunowa przeprowadzili, to żem tu mieszkała 40 lat. Od 1975 roku. Wychowałam dzieci, no ale cóż, mój syn mi się samochodem w wypadku samochodowym uderzył, jechali tam na festyn, tam gdzie lotnisko, w Zegrzu. Walnęli w drzewo. On (drugi chłopak – dop. MS) miał 27, a mój 19 i tak poszło. Oj, Boże, tera już 20 lat, w czerwcu, 17 czerwca, jak nie żyje. W Koszalinie pochowany, mąż też, syn, a synowa w Świeszynie 5, tak, już ich nie ma. Także ja już przeszłam swoje. Teraz już jestem na emeryturze. Nie za duża ta emerytura, bo za 30 lat pracy, kochana, w tych oborach, a co ja za kobita jestem? Malutka, drobniutka i 30 weź krów dój prawie, 27 miałam, to jest nie do opowiedzenia. Nic dziwnego, że teraz stare stopy, wszystko boli, kręgosłup, no, ale dziękuję Bogu, że jeszcze żyję, że jeszcze latam, że jestem jeszcze taka, że jestem czym starsza, to więcej energii mam skądś, nie wiem...