Zdzisława Czarnecka

 

Fragment wywiadu ze Zdzisławą Czarnecką.

 

 

            Nazywam się Zdzisława Czarnecka. Urodziłam się 24 czerwca 1950 w Szczecinku. Z zawodu jestem nauczycielem, obecnie emerytowanym. Rodzice przybyli na te tereny spod Wilna. Mama mieszkała w Baranowiczach, a  tato w Wasiliszkach, tam gdzie Niemen. Tato jeszcze żyje, mama już nie. Tato znał Niemena, pokazywał zdjęcia. Wasiliszki są takie jak Golice. Właściwie było tam kilka chałup, wszyscy się znali, wszyscy byli rodziną. Pomagali sobie, w ogóle takie było środowisko fajne. Mama opowiadała, że ciągle mieszkali w leśniczówkach. Dziadek był nauczycielem. Tak więc bryczką jeździł z tych leśniczówek do szkoły, spotykali się tam, takie zdjęcia też mam piękne. Lata 20. to jest coś tak romantycznego i pięknego. Tato z kolei cały czas opowiadał o wojnie. Przeżycia z tej II Wojny Światowej, to takie zrobiły na nim wrażenie, że po prostu wszystko dokładnie pamięta. Miał wtedy 16 lat. Znaczy tam też oszustwa takie małe były, bo musiał wiek zmieniać, żeby się zaciągnąć. Ale ma wspomnienia bardzo trudne, takie właśnie wojenne. Tutaj przyjechał pociągiem ze swoją tam jakąś tam drużyną. Na stacji wysiadł, bo jakieś jedzenie mieli mieć. Zawołał go ktoś i się zdziwił, że ktoś „Janek” woła. A to był jakiś kolega. Mówi:

–                    Co? Przyjechałeś do swoich rodziców?

–                    Nie. Mieli jechać w ogóle gdzieś do Stanów – odpowiedział tato.

–                    Nie, nie, nie, naprawdę, tu są twoi rodzice.

I został. Okazało się, że rzeczywiście babcia i dziadek tutaj mieszkali. Trochę dalej, na innej ulicy. Jakimś cudem po prostu się spotkali. To był cud, że on wysiadł szukać tego jedzenia dla swojej drużyny. Tak to by po prostu pojechał i koniec.

            A dziadek mój właśnie, Ciechanowicz, założył pierwszą szkołę po wojnie w Szczecinku. Szkołę Podstawową nr 1. Ona do dzisiaj tam istnieje, do dzisiaj są tam jakieś takie rocznicowe rzeczy. Pamiętam, że zawsze mamę prosili na takie uroczystości.

Zatrudniłam się jakoś we wrześniu w Dalęcinie. To była fantastyczna historia, bo taka szkółka była, 3 klasy. W ogóle domek taki jednorodzinny, 3 klasy, mieszkanie dyrektora i mieszkanie dla nauczyciela. Tam trzeba było w piecu palić. Już był listopad, a tak było, że trzeba konspekty zrobić do szkoły, w szkole jeszcze zajęcia jakieś pozalekcyjne, jakieś kółka i tak dalej. Przychodziłam wieczorem do domu i nie chciało mi się już rozpalać. Także w tym listopadzie to już po prostu zimno było. Potem zwolniło się miejsce w Wierzchowie. Wierzchowo już miało większą szkołę, 8-klasową. Trochę się cieszyłam, bo tam moja taka specjalizacja od razu była – plastyka i ZPT. Było też fajne mieszkanie w ośrodku zdrowia. Tak sobie pomyślałam kiedyś, że koło tak się zamyka. Zaczęłam pracować, gdzie był ośrodek zdrowia i w nim mieszkałam, a teraz mieszkam też w ośrodku zdrowia. Tak to właśnie się stało, że dziadek miał kolegę, nazywał się Kuzion. To był dyrektor szkoły właśnie w Wierzchowie. Potem dyrektorką została jego córka, Zych. Bardzo mile sobie wspominam pracę z tą panią.

            Następnie było Zegrze. W 1974 roku prowadziłam WP i ZPP, bo wtedy to były takie przedmioty, tak się nazywały. Potem oczywiście w międzyczasie robiłam studia takie zaoczne, bo ciągle się coś zmieniało. Potem osobno plastyka i muzyka, a był też czas, że uczyłam WF-u.

Potem zrobiło się tak, że nie mogła istnieć sama plastyka, tylko musiał być specjalista od plastyki i od muzyki. Kto miał tylko plastykę, to niestety musiał stracić pracę. Mi się na szczęście tak fajnie ułożyło, bo ta muzyka mi pomogła przetrwać. Potem zrobiła się jedność i zrobiła się sztuka, czyli muzyka i plastyka. W jednym semestrze była muzyka, potem plastyka, Także dzięki właśnie tej muzyce zostałam do końca.

            W Zegrzu było mieszkanie, tam mieszkała taka nauczycielka polonistka, Stasia Staniszewska jakoś się nazywała. Teraz tam jest przedszkole, ale nic się nie zmieniło. Od razu po lewej stronie była moja pracownia ZPT. To było jedno z najlepiej wyposażonych miejsc do ZPT w okolicy. Były stoły stolarskie, maszyny, tokarka była. Robiliśmy nawet ule dla pszczół, domki dla ptaków. Takie w ogóle z drewna rzeczy fajnie robiły dzieci.

Po Zegrzu przyszło Dunowo, ponieważ tam wybudowano szkołę i było mieszkanie dla nauczyciela. Wtedy pan Zduński mi tak zaproponował, jeśli nie chcę dojeżdżać do Zegrza. Wtedy jakiś ekwiwalent się płaciło też. To wyszło bardzo fajnie, ponieważ poznałam fantastycznych ludzi, Ornatków. Cudowni ludzie, naprawdę cudowni. 25 lat w Dunowie, tak że jak się stamtąd wyprowadzałam, to ciężko było. Taki sentyment, płakać się chciało po prostu. Jeszcze taki moment był okropny, bo trzeba było opuścić to mieszkanie, bo zerówki wprowadzili i trzeba się było rozstać z mieszkaniem, w którym właściwie się dzieci wychowały. To był bardzo trudny czas. To był 1999 rok, kiedy straciłam pracę, straciłam mieszkanie i również rozstałam się z moim mężem. Pamiętam, że na traktorze nas tu przywieźli do Świeszyna.

Ogólnie to nauczyciel uczy 30 lat, ale ja uczyłam 36. Zaczęłam w Zegrzu właśnie, chociaż pierwsza praca taka krótka była w Wierzchowie koło Szczecinka, ale krótko tam byłam. W naszej gminie to było Zegrze, Dunowo, Konikowo, Świeszyno. Czyli w każdej miejscowości, gdzie jest szkoła. Mieszkałam tam, to też uczyłam.

            Jeśli chodzi o wspomnienia, historie, to była taka jedna przykra, ale skończyła się fantastycznie. Po prostu zostałam wyprowadzona z równowagi. A to się tak rzadko zdarza, że po prostu to był ewenement. No i zachowałam się nie tak, jak sobie życzyłam. Ten ktoś za 2 tygodnie przyszedł do szkoły z takim bukietem kwiatów i mnie przepraszał, że on się zachował nie tak, jak trzeba. A to nie on, tylko ja właściwie. Nazywał się Sylwek Zalewski ze Strzekęcina. Do dzisiaj pamiętam. To było jeszcze tak, że potem on został w szkole, a my pojechaliśmy na wycieczkę, po tygodniu wróciliśmy i on właśnie z tymi kwiatami przyszedł. To było takie niesamowite.

            Jak po raz pierwszy przyszłam do Świeszyna, w ósmej klasie był taki Drab. On się nazywał Drab, ale był taki pod 2 metry, a ja jestem osobą niewysoką. Jak oni stali takim szpalerem, to ja czułam się normalnie jakbym weszła gdzieś w jakąś puszczę, czy coś. Po prostu to wszystko było gdzieś wysoko, a ja tam tak przemykałam.

            20 lat temu prowadziłam pierwszą socjoterapię w Dunowie właśnie, bo tam mieszkałam w szkole. Skierowała mnie gmina na kurs i tak mi się to spodobało, że po prostu zaczęłam robić 3 semestry psychologii w tym kierunku. Potem zaczęłam robić warsztaty w TPD, w sumie 6 zrobiłam po kolei takich różnych. Praca z dziećmi autystycznymi, z nadpobudliwymi itd. Te wszystkie takie rzeczy. Były jakieś tam wyjazdy jeszcze. Właśnie tak pomału w to wszystko się wkręcałam, wkręcałam, wkręcałam, aż w końcu odczułam, że to jest właśnie to. I teraz plastyka odeszła na bok całkiem. Już nic nie maluję, już nic nie rysuję. Teraz się zajmuje tym i to nie jest moja praca, to jest moja przyjemność. Ja bym chciała, żeby każdy miał taką pracę. Żeby jechał do niej i wiedział, że to jest jego hobby, przyjemność, że to jest coś, co właściwie pomaga mu żyć. Ja czerpię tak dużo i tyle wiadomości, i tyle umiejętności, i tyle pięknych słów, że po prostu nie da się inaczej żyć.

            Ogólnie muszę powiedzieć, że nie ma młodzieży, dzieci, z którymi się gorzej pracuje, lepiej, czy jakoś. Natomiast najgorzej mi się pracuje z dorosłymi. Nie wiem, jaka to jest zależność. Dzieci i młodzież to jest mój świat. Nie wnikam, co kto o mnie myśli. Kiedyś się zastanawiałam nawet. Patrzyłam na nauczycielki, sobie myślę, że one chyba uważają, że ja to jestem jakiś taki dziwny człowieczek, który coś tam sobie robi na tych świetlicach, nie wiadomo co, a tyle wkoło kurzu. Nie zajmuję się tym w ogóle. Po prostu jestem w tym świecie z młodzieżą i to jest najpiękniejsze. Muszę powiedzieć, że w Niedalinie był taki mały, przychodził na świetlicę. Lat temu może z 10, miał 5 lat. On jeszcze nie mówił „r”, a już tak pięknie przeklinał, że po prostu rozwalał świetlicę. Potem przychodził jak był już wielki, całował mnie w rękę i mówi:

            – Pani Zdzisiu, ja pamiętam wszystko.

Młodzież jest naprawdę zdolna, mądra, taka poszukująca, kreatywna, wyjątkowa. Wszyscy narzekają, że to jest trudne. Może w takiej dużej ilości, bo jest zawsze taka zasada, że grupa jest siłą, a indywidualnie to już tak nie bardzo. Być może to tak wygląda, że są problemy jakieś wychowawcze. To jest piękne, że jestem świadkiem tego, jak one się rozwijają, jak mądrzeją, jakie są piękne zainteresowania, talenty. One są same z siebie zadowolone, że takie odkrycia są. To jest piękne. Poza tym, właśnie taka nauka przez zabawę, to jest piękna rzecz, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to jest ich ciężka praca.

Mam takie motto, które mnie bardzo wspiera i cały czas o tym myślę: „Gdy mówisz, powtarzasz jedynie to, co już wiesz. Gdy zaś słuchasz, masz szanse nauczyć się czegoś nowego”. Dalajlama, też jego książki mam. Powiedziałabym, że to jest taka moja osobowość też. Ja należę do tych ludzi, którzy wolą słuchać niż mówić. Wolą pracować niż mówić. Miałam obawy, bo ja nie należę to takich krasomówców, co tak pięknie będą mówić, wody takie. Dla mnie istotne jest bardziej słuchanie. Cały czas taki jakiś los nade mną czuwa, ponieważ moje 45 minut lekcji to było 15 minut mówienia i 30 minut dzieci rysują, malują. To nie polski, czy tam angielski, geografia, czy tam co.

Muzyka była ze mną już od samego dzieciństwa, ponieważ w 1. klasie szkoły podstawowej uczyłam się w Szkole Muzycznej w Szczecinku. Skończyłam szkołę muzyczną pierwszego stopnia. To ze mną zostało do dzisiaj. Gram na pianinie, mam w domu. Występów nie miałam, ponieważ jakoś to mnie kosztuje emocjonalnie za dużo. Natomiast córki obie się uczyły. We wszystkie święta to jest tak, że trzeba kolędy grać, trzeba śpiewać. Teraz wnuczka jak przyjeżdża z Niemiec, to też się uczy. Już jednym palcem tam sobie gra fajnie.

Miałam dwie wystawy plastyczne – jedną tkaninę artystyczną w Niemczech, a drugą w naszym województwie, w Szczecinku. To było malarstwo olejne i akrylowe i szkice takie poplenerowe. Te prace, które właśnie w Niemczech były wystawiane, to są u córki w Niemczech. We trzy wystawiałyśmy tam. Starsza Arleta wystawiała malarstwo, Kinga fotografie artystyczną, a ja tkaninę.

            Tak cały czas właśnie myślę, że jak skończę pracować, to zacznę malować, rysować i tak w tym kierunku. Ceramika mnie jeszcze kręci i już nawet robiłam takie podchody. Dowiedziałam się, gdzie jest piec ceramiczny, nad morzem, mam zapisaną tą miejscowość i tam pani ma jakiś właśnie piec. Chciałabym zrobić jeszcze takie rzeczy jakieś z gliny. W wolnym czasie lubię czytać, lubię krzyżówki. A w ogóle uwielbiam ciszę. To jest po prostu coś pięknego. No i muzyka. Wchodzę do domu, od razu musi być radio już wybrane moje. Jazz to jest moja muzyka, ale muzyka poważna też. Chopin jest po prostu ciągle, ale jazz, no i chillout mnie tak uspokaja. Jeszcze jest taki kompozytor, Erik Satie. Coś niebywałego. Fantastyczne utwory, takie plumkanie na klawiaturze. Tak uspokaja, takie jest wyciszające, super. Natomiast jeśli chodzi o książki, to właściwie psychologiczne. Teraz poszłam na psychologię i tak cały czas psychologia mnie kręci. Jacek Santorski, Wojciech, ciągle nie wiem jak on się nazywa, bo to jest takie długie nazwisko. Uwielbiam tych ludzi i ich książki. Janusz Wiśniewski też. Bardzo lubię taką trochę mroczną powieść, Zafona bardzo lubię – „Cień wiatru”. Trzy razy już ją czytałam. „Oskar i pani Róża” Schmidta. To jest jak „Mały książę” dla mnie. I Paulo Coelho, taki podróżnik, hiszpański pisarz, który bardzo psychologicznie podchodzi do takich rzeczywistych spraw. Takie połączenie jednego z drugim.