Mikołaj Cyngiel

Data urodzenia: 25.03.1916 r.
Miejsce urodzenia: Charki (Białoruś), gm. Horodeczno.
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Świeszyno
Zawód: rolnik
Zawody rodziców: rolnicy
Zawody dziadków: rolnicy
Kontakty z obcymi językami: rosyjski, niemiecki.

 

Ja urodziłem się w 1900… faktycznie w 15 roku. Jak ja urodził się, to wtedy rewolucja była w Rosji, a Polskę podzielili na trzy części. Rosjanie wzięli. To znaczy Katarzyna II była, wzięła wtedy. Rosja wzięła po Warszawę, Austria wzięła swoje tereny też, no i Niemcy. I Polski nie ma. I o! A ja zapisany w 1916 roku, bo jak to mówi się, wtedy rewolucja była. Wtedy księdzów nie było, ganiali ich, popów nie było, to aż ochrzcili na drugi rok, gdzieś u marcu. Ojciec powiedział: „A, chłopak, to dłużej do wojska nie pójdzie, tego, tego”. A żeby akurat zapisał faktycznie w 15 roku, to ja prędzej z wojny zwolniłbyś i prędzej rentę dostałby. Bo od 25 marca zapisana metryka.

Na Białorusi, to była miejscowość Charki, woj. poleskie, powiat Prużana, gmina Horodeczno. Bo to kiedyś miała Litwa te tereny aż po Czarne Morze, ale to odbili i wygnali Litwinów. Jak stąd front odchodził, to car Mikołaj odsuwał ludzi swoich, do tyłu, to nas zawieźli do Samary, pod Moskwę, a później aż na Syberię zawieźli. My aż na Syberii byli. Z całą rodziną wysiedlali.

My przyjechali w 21 roku, bo nasze budynki stali. Bo jakby spalone byli, bo cała wieś była spalona, to by nie przyjechali. I tam można żyć było. Później jeszcze raz była Syberia. Byłem powołany do wojska polskiego. Służyłem w balonach pod Warszawą, w Legionowie. 2 lata tam służyło się. 17 dni zostało się do cywila, przyszła wojna i poszedł na wojnę. Poszedł na wojnę i 17 września dostał się do niewoli, do Niemców. Wywieźli nas, wywieźli mnie na Prusy Wschodnie. No i tam nas było dziesięciu. Póki robota była, to jeszcze siako tako. Jak robota skończyła się, do lasu trochę chodzili, to samą brukiew dawali żółtą do jedzenia. A margaryny, to taka kostka jak cukru. No i bardzo kiepsko karmili. My mówili: „Uciekniemy”. A jeszcze mnie Niemiec uderzył w twarz, bo przyjechał na urlop i upił się, przyszedł pijany, wygnał nas na podwórzo, ustawił szereg i ja odezwał się coś, a on nie rozumiał po polsku. I co? I chcemy do sztabu iść niemieckiego i niech nas prześlą w inne miejsce. No i ten wachman musiał nas prowadzić, a to Lidzbark miasteczko było. Zachodzimy tam, a Niemców... Pokazuje, puk, puk, zaraz was postrzelają. My nie umieli po niemiecku, a ten jeden umiał i mówi: „My chcemy robić, tylko nam nie daje odpocząć właściciel, bije nas”. Nie mówili, że kiepsko karmi, tylko że bije nas, żeby ten sztab przysłał nas w inne miejsce do jakiegoś Niemca, taki starsze Niemcy byli. Dali nam chleba: „Idźcie z powrotem i jak będzie znów tak robił, to zabierzem was”. No i tego, my mówimy, że my uciekniemy. Ale w zimę nie będziemy uciekać, bo pomarzniem. Na wiosnę. I na wiosnę 17 dni szli. Przez Prusy Wschodnie, to nocami szli, a ja ich prowadził po gwiazdach. Ja chodził do szkoły, to nas nauczycielka uczyła po gwiazdach, jak iść w nocy. I ja ich prowadził, a oni za mną chodzili jak cielaki. No i przyszli. I akurat na ruskie Wielkanoc. Dwa i pół dnia był w domu. Sołtys przylatuje i mówi: „Musisz iść pan do powiatu, żebyś zameldować się, bo ja będę odpowiadać”. Ja mówię: „Daj odpocząć trochę”. No i dzień odpocząłem i poszedłem. I mnie wtedy aresztowali te Ruski. Mówię, że byłem w czynnej służbie. A czy ja czasem nie szpieg jaki? Czynne służbę, mówię, odsłużyłem, była wojna, poszedł na wojnę, popadł do niewoli i z niewoli uciekłem teraz. No i mówi: „To idź i rób spokojnie sobie do domu”. No i ja już przyszedł do domu, patrzę, jakieś komunisty jadą. Jadą kogoś zabierać. Tam takie ludzie zastraszone byli. Jak zobaczyli, że NKW-dzisty jadą, to już strach. Patrzę, zajeżdżają do nas, zajechała karetka na podwórzo. Wchodzą: „Mikołaj Cyngiel. Jest tu takoj?”. Ja mówię: „Jest, ja”. Zaraz do szuflady, do stoła. Patrzeli, czy w dokumentach nie ma. No tam nic nie znaleźli, ale tak sobie leci. Jak powieźli, ja myślałem, że to do sołtysa, a oni do powiatu i do więzienia. Do więzienia zawieźli, rozebrali mnie do naga i tam, gdzie więźniów sadzają, karcer. A ten karcer to taki był, wyciągnąć się nie można, tylko na kuczkach siedzieć. Przyjechał: „A czego ty paszoł?” – czego ty przyszedł. Ja mówię: „Przyszedł do matki swojej, do swojego domu”. „Tak ty duraczka nie stroj” – głupiego, mówi, nie rób. Patrzył mnie i w uszy, i w nos. No i wszędzie, i do tyłka zaglądał. No i nic, nic nie znalazł. No i do celi, a tam jak wpuścił mnie do celi, to tam było ze 28 czy 30 ludzi. I tylko w nocy badali, wtedy przychodził, zabierał i na badanie. I tam przesiedziałem dwa i pół miesiąca w więzieniu. Dostali wyrok – 3 lata mam za przejście granicy. Nielegalnie granicę przeszedł. A ja mówię: „Za co mnie sądzicie? Dajecie 3 lata, że ja do matki przyszedł, dom swój?”. To jeden powiedział, że u nas takie prawo, a drugi powiedział: „Nie rozgawariac” – nie gadać. Wysłali do Mołdawii, Mołdawska Republika. Tam byłem półtora roku. No i za jakiś czas puszczają przez radia, głośniki. Radio nie było, tylko głośniki. Gadali, że wszystkich Polaków wypuścić. Który gdzieś w głównych miejscach byli, to tych nie chcieli bardzo puszczać, a w łagrach to puszczali. No i ja półtora roku przesiedział. Przychodzą rano. Ja tak wstał, tak siedzę, myślę, czy to prawda, czy nie. A to było gdzieś w sierpniu, tak było. Jutro na tiepłuszkę. Tiepłuszka, jeden wagon jest, tam parowóz szedł z jednym wagonem.

Jak szedł ten, co mnie prowadził, coś tam do kieszeni chował i moje dokumenty wypadli. Z karabinem, bagnet na karabinie. Ja widziałem, jak ten dokument wypadł i ja już nie odzywał się. A nas dwóch prowadził i jeszcze jeden jakiś na słobodę, na wolność szedł. Podchodzimy tam, gdzie ten pociąg podchodzi. „Dokumenty”. Ten daje dokumenta, a ten nie ma. I 5 minut tam stał, zabrał się i pojechał. Mnie prowadzi znów do łagru. Idziemy z powrotem, patrzymy, leży ten dokument. Biegiem do tego pociągu, no ale już nie ma, pojechał, jutro. No jutro. No i znów na trzecią godzinę poszedł i za mnie zdał, a tam był taki punkt zbiorczy i zbierali się wszystkie. Pytają się mnie: „Kuda chociesz jechać?”. „Chcę jechać do domu”. A to jeszcze Niemcy w Polsce byli. „Wybieraj miejscowość tu na Syberii, gdzieś tu na terytorium rosyjskim”. Północny Kazachstan. To za Uralem, bo za Uralem, to już liczy się Syberia. No i wysłali mnie na Syberię. Dali mnie cztery kila śledziów, nie było co, to śledziów. To oni liczyli, ile ja będę jechać, no i wysłali mnie na Sybir. Przez Ural przejeżdżał. Tam tylko jedna droga była przez Ural. To tak widać sarny latali tam. No i tam był rok.

Miejscowość nazywała się Siewier Granskaia obłast, powiat Mamlyutka. I tam byłem rok i dwa miesiące. Później Anders szykował armie swoje. I przyjechał tam jeden sierżant z armii Andersa. Ja mówię, pójdę, zapytam, jak tam u Andersa. Bo do Andersa armii pójdę. A on mówi: „A siedzimy na ściepach takich, zimno, po namiotach”. A jak on powiedział po namiotach, to ja już wiedziałem. Bo w wojsku uczyli, w namiotach spali my. Myślę sobie, to ja pójdę tam i znów tam był pod dyscypliną. A tu mnie nieźle jeszcze, no i nie poszedł. Później zaczęła formować się pierwsza armia Kościuszkowska. No i wtedy dawaj formować nas. I wtedy, czy chciał, czy nie chciał, to musiał iść do armii. No i poszedł. Jeszcze na Syberię tam wysłał, bo było rozporządzenie, że paczki może z frontu wysłać, bo ludzie skarżyli się, te żołnierze i oficerowie, że nasze rodziny w Polsce, nędza, głodują. No to powiedzieli, żeby gdzieś wojsku, pierwszej dywizji, żeby paczkę wysłać. No i do matki wysłał, matka jeszcze żyła, ale więcej nie, tylko raz było można i to raptownie. I dostali te paczkę. No i później Wanda Wasilewska przyjechała do nas i nas wzięła na przeszkolenie do Sielc, tam Sielce nad Oką były. No i tam ćwiczyli się ze 3 miesiące i później na front nas wieźli. Wieźli pociągiem nas, a później szli piechotą. To strasznie dużo kilometrów, nie pamiętam. Bardzo ciężko. No przyszli na Leninie. Dali nam żelazne porcje, po 20 deko boczku, słoniny. To znaczy się, jak w razie gdzieś popadniem w takie miejsce, że nie można do kuchni dojść, to te porcje, żeby zjadać. Myślę sobie, zabiją cholery, nawet porcji nie zjem, to i zjadłem. To pod Lenino było. To już była Białoruś, od Smoleńska niedaleko. I tak my stoczyli pierwszy bój.

Bo szli na piechoto tu, przez Polskę. Dojechali do Dęblina forsować Wisłę, a to w zimę było, pod wiosnę trochę. Niemcy byli w Warszawie, a AK-owcy, co byli, dały Warszawę odbić. A gdzie oni odbiją Warszawę? Nasi saperzy to przez Wisłę jechali kajakami. Niemcy podpuścili bliżej, raz z tego, z cekaemu, przebili kajak i kajak poszedł na dno. A Stalin wstrzymał wojsko swoje, nie poszedł, a niech oni wojują, niech AK-owcy wezmą Warszawę. Tych AK-owców wybił Hitler. U nas to byli armaty, czołgi. A oni z karabinkiem i z cekaemem. No i zatrzymał, że I Dywizja Kościuszkowska – zatrzymać, nie puścić. I wstrzymali nas. I wybili tych AK-owców. Jak wybili AK-owców, wtedy Ruskie swoje wojsko puścili i nas. To Hitler w strachu, że nic nie da rady, i dał odstępować.

No i później przyszli już aż tu, na ten teren pod Jabłonną, na Bydgoszcz szli my. Doszli do Bydgoszczy, nocowali w koszarach. Znaleźli walonki: „Oo, walonki, walonki, dawaj, dawaj, brać walonki, a zrzucać buty”. A ja nie zrzucałem butów. Myślę, kto jego wie, jakie walonki. A Ruskie byli u Bydgoszczy, mokre byli, zwalili do magazynu, to też te dratew poprzenikała, poprzegniwała te dratew. Pozakładali, przeszli z kilometr, patrzymy, a podchodzą. Co tu robić, żeby butów szukać?

No i później na Bydgoszcz szli, i na Berlin, tu na Szczecinek szli. Ruski, gdzie lepsze tereny, to samolotami i sami szli. A nas w takie dziury pchali. No ale jakoś przeszło się. I my przyszli tu. Jak przez Koszalin my szli, ja widziałem, że tereny tu możliwe. I szli, i doszli nad morze. Na Kołobrzeg. I tam trybuna już była zrobiona, i szef sztabu nasz z drugiego pułku narzucił pierścień złoty. Zaślubiny z morzem były. I szli na Bydgoszcz, później na Szczecinek, no i na Wałcz, i na Berlin. To nasz pułk był w Berlinie, drugi pułk. A więcej nie było, tylko nasz pułk.

Dalej już jak wojna zakończyła się, przyjechali do Siedlec. Później z Siedlec przesłali do Modlina. A tam w Modlinie twierdza. W zimę my zimowali w twierdzy w Modlinie. I tam w Modlinie zaczęli zwalniać nas. To ja nawet żonę z Modlina miałem. Teraz mi umarła – 4 lata... No i ja te tereny znał, że to tereny dobre. No i tu wróciłem. Jak zwalniali z wojska nas w 46 roku, do domu nie chciałem jechać. Napisałem do domu, jeszcze matka żyła, czy przyjechać. A ona mówi: „To, synku, ja już jakoś do śmierci dożyję”. No i ja tu przyjechał w 46 roku. I wziął kolegów.

 

 

Słownictwo:

dratew / dratwa – nić konopna lub lniana, używana przez szewców i rymarzy.

karcer – cela karna pozbawiona okien i pryczy.

tiepłuszka – ros. wagon towarowy przystosowany do przewożenia ludzi w dość prymitywnych warunkach.

wachman – w okresie okupacji hitlerowskiej: strażnik więzienny lub obozowy.

walonki – ciepłe buty z grubego filcu z cholewką.