Józef Ciućka

Data urodzenia: 1.01.1940 r.
Miejsce urodzenia: Juszczyn (woj. małopolskie, Beskidy).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Strzekęcino (od 1960r.).
Zawód: inżynier rolnik.
Zawody rodziców: ojciec – remontował drogi, matka – rolnik.
Zawody dziadków: nie wiem.
Kontakty z obcymi językami: rosyjski.

 

 

 

Skończyłem Technikum Rolnicze koło Żywca. A że tam w naszym rejonie, w Beskidach, rolnictwo to nie jest na tą skalę, jak tu na ziemiach zachodnich, wiec zdecydowałem, żeby przyjechać tu na zachód, żeby kontynuować pracę w wybranym kierunku. Bo tam można było pracować w centralach nasiennych, gdzieś tam. Ale takiego konkretnego rolnictwa wielkoobszarowego w naszym rejonie nie było. Stąd moja wyprawa „za chlebem”. Koło Złotowa byłem rok na stażu i po tym roku, 1 lipca 60 r., zostałem przyjęty tutaj do pracy.

I tak od tej pory tu. Odbyłem służbę wojskową, zaocznie skończyłem Akademię Rolniczą w Szczecinie i tak to się aż do emerytury. No oczywiście poznałem małżonkę, też niedaleko, w Świeszynie. Nie musiałem daleko chodzić, tyle że wtedy trzeba było na piechotę, nie było takiej komunikacji. Od początku praca w Dziale Hodowli Ziemniaka, który to dział istnieje do dnia dzisiejszego w Pomorsko-Mazurskiej Hodowli Ziemniaka.

Byłem kierownikiem zakładu, no i tam degradacja taka różna była, i specjalista starszy, młodszy. I tam przy tych ziemniakach do końca. Zarobki były takie, jakie były w owych czasach, ale mnie ta przyroda tutaj… Ja to wolałem nawet te 100 zł miesięcznie stracić z pensji, ale mieć to otoczenie, jakie mamy tutaj. A poza tym warunki mieszkaniowe były dobre, mieszkanie miałem.

* * *

Jak zabieraliśmy się na odwiedziny stron rodzinnych, to ja się przekwalifikowałem zupełnie na język nasz góralski i dla mnie to nie było problemem z komunikowaniem się tam z tymi ludźmi. Natomiast dla moich dzieci nie, czasem robią wielkie oczy: „Co ta babcia tam mówi?”. Bo mówi takie: nie „połóż się”, tylko „se lagnij”.

* * *

Kiedyś lata jeszcze 60., 70., to po tych łąkach tylko kosy chodzili, dzisiaj chodzą ciągniki i to jest ta różnica, zmiana tych prac na bardziej zmechanizowane. To naprawdę nie da się porównać, te lata 70. do lat dzisiejszych tam na południu, jeśli chodzi o pracę na roli. To jest duży postęp. A u nas, to już w ogóle, nie możemy porównywać się w sprzęcie, jakim dysponowaliśmy do lat 80., a teraz, które widzę po polach, bo chodzę często. To ten sprzęt to jest niebo a ziemia.

* * *

Tradycyjnie tam, z naszych lat młodości, to jednym z podstawowych dań jest zupa kwaśnica. Kapusta z fazolą. A kwaśnica, to jest taki jeden z podstawowych, na świńskim ryju.

Imprezy, które były to Festiwal Zespołów Ziem Górskich, a dzisiaj to już jest na skalę światową ta impreza. Ja sam osobiście, nie chwaląc się, w Technikum Rolniczym tańczyłem. Występowaliśmy w całym regionie. I na przykład była gunia, serdak, portki, no, to spodnie. Do tego stroju góralskiego, to tam kierpce były podstawowe, kapelusz z kućką. Chcieli na 1 maja, żeby nasz zespół pojechał na pochód pierwszomajowy. Nasz dyrektor tego zespołu, to był taki Józef Szczotka z Milówki, tam gdzie Golce są. To on był naszym kierownikiem i on nie zgodził się, żebyśmy pojechali, bo po bruku się kierpce będą psuły. Ze spodu też jest skóra w tych kierpcach. I nie pozwolił. Ale miał odwagę w owych czasach powiedzieć, że nie wyśle tego zespołu, bo kierpce sie mogą zepsuć.

* * *

Odległości, no to tak kiedyś, nie wiem czy to prawda, że zamki budowali w takiej odległości, żeby koń w ciągu dnia mógł to pokonać, tą odległość. Też nie na kilometry, 40 czy 50 kilometrów, a tak, żeby koń mógł przejść to.

* * *

„Chodzi lisek koło drogi”, to pamiętam, „nie ma ręki ani nogi. Kogo kitą przyodzieje ten się nawet nie spodzieje”. Coś takiego było. Nas czterech, no, nas w sumie było dziesięcioro, no to tam jakieś zabawy… „Mam chusteczkę haftowaną wszystkie cztery rogi. Tej nie lubię, tej nie kocham” i se upatrzyłem, każdy se upatrzył wcześniej, „a tobie rzucam pod nogi”. I ona się schylała i znowuż. Nie było komputerów i te dzieci musiały sobie wymyślać takie. No to tam w klasy, to już bardziej taka była bliższa naszym czasom, klasy.

Bo te potańcówki były popularne takie, dzisiaj to się nazywa dyskoteka. I tu w Świeszynie pamiętam takie, dziewczyny pod jedną ścianą, chłopaki pod drugą ścianą, orkiestra tam zaczyna grać i każdy dopatrując tamtą którąś szoruje przez salę i tańczy. I żeśmy się poznali, bo ja zaczynałem w 62 r. studia, chciałem zaocznie. Potrzebna mi była książka „Botanika” Tołpy i Radomskiego. I tak z jedną dziewczyną tańczę i szukam tej książki, która mogłaby mi czy sprzedać, czy znaleźć, czy skombinować. Jedna nie, druga nie. Trafiłem na tą dziewczynę: „Dobra, nie ma sprawy”. Zorganizuje mi tą książkę. No i w poniedziałek, czy tam w tygodniu tą książkę zorganizowała i od tej książki się zaczęło. I tak trwa to już parę ładnych książek. Dokładnie w styczniu będzie 50 lat. Kursy prowadziłem na temat rolnictwa, hodowli, wychowu prosiąt, tam jeszcze inne. W Konikowie w szkole, w Świeszynie w strażnicy chyba. To sobie pojechałem do kina Adrii. Tam wynająłem odpowiedni film rolniczy na dany temat, gmina miała projektor filmowy, tam włączyłem, chłopy pooglądali na ten temat dany. Ja parę słów tam wstawiłem na początek i tak tę oświatę rolniczą żeśmy wprowadzali tu w latach 60., 70. na terenie gminy.

* * *

Z rozrywek takie były bardzo często w owych czasach spartakiady gminne, powiatowe. W Konikowie na boisku były, pamiętam tam, w rzucie dyskiem. Pytam się, w jakich konkurencjach najlepsze nagrody są. Mówi: „W rzucie dyskiem są rękawice na motor”. Dobra, to startuję, to się tam trzeba było zapisać. No i w tym dysku taki chłop Kirszak tutaj ze Strzekęcina przede mną, no też się zapisał. A to ja nie mam szans. No dobra, ale staniemy. Tamten wziął ten dysk, jakby kamień w ręce. Jakoś tam rzucił i tam niewiele tego, nie miał żadnego pojęcia, jak to się rzuca dyskiem. No to ja już tam nie ma, rękawice są moje. W technikum żeśmy pod tym względem byli wyszkoleni, pamiętam, dysk, kula, skok wzwyż, biegi lekkoatletyczne, zawody. Puściłem sobie ten dysk elegancko, nie było dyskusji, że to 1. miejsce zdobyłem. A w owych czasach rękawice kosztowały, były drogie. Później tutaj na to boisko, co mamy w Strzekęcinie, walczyłem o ziemię, osobiście w latach 60. To należało do naszej stacji, do Stacji Ochrony Roślin Strzekęcin. I tam rosły ziemniaki akurat w tym czasie, a innego kawałka tutaj równego w miarę nie było. No i taki dyrektor Szambowski tu w tym czasie był, no i tak nudziłem, nudziłem i rada zakładowa, i tak dalej. Tu jeszcze pomagał taki z rady zakładowej, tam mieli wpływ na dyrektora tacy działacze z rad zakładowych, no i przekonaliśmy tego Szambowskiego, żeby nam odstąpił ten kawałek ziemi. I rzeczywiście pozwolił nam to tutaj zająć i wymierzyłem proporcje, żeby długość do szerokości pasowała i tak do dnia dzisiejszego ten kwadrat jest taki, jaki jest. I tu żeśmy sobie grali rozgrywki. Zegrze, Strzekęcin, Dunowo, Niedalino. Tutaj mieliśmy drużynę dosyć taką mocną, Nemeton Strzekęcin. Później przeszedł w siatkówkę. Tak nasza młodzież przed tymi komputerowcami miała zajęcie, miała, co robić. Po prostu trzeba było koło tego bardziej… więcej zorganizowania i ktoś się tam musiał tym zajmować, żeby to zorganizować.

* * *

I te potańcówki, po naszemu mówiąc, przy fortepianie. Musieliśmy się zachowywać odpowiednio, że trzeba było pójść, ukłonić się, poprosić do tańca, że później odprowadzić trzeba było i też jeszcze z pokłonem. Więc tak ta procedura wzięcia tej dziewczyny była, no, na odpowiednim poziomie. I to się tak człowiekowi udzieliło.

 

 

Słownictwo:

gunia – kurtka góralska z wełnianego samodziału.

kierpce – płytkie buty góralskie szyte z jednego kawałka skóry.

klasy – gra w klasy – zabawa polega na narysowaniu kredą na chodniku lub innym miejscu betonowym prostokątów, po których trzeba przeskakiwać na jednej nodze .

kućka – tasiemka, którą obszyty był dookoła góralski kapelusz.

potańcówka – zabawa taneczna.

portki – pot. spodnie.

serdak – ciepła kamizelka, zwykle z kożucha.

znowuż – znowu, po raz kolejny.