Filomena Ciołek

Data urodzenia: 1931 r.
Miejsce urodzenia: Ostrów Nadrybski

 

Wywiad z Filomeną Ciołek.


 

Nazywam się Filomena Ciołek, urodziłam się 22 października 1931 r. w Ostrowie Nadrybskim.

W Dunowie mieszkam od około 1965 roku. Z zawodu jestem rolnikiem, doiłam krowy, obrabiałam kury. Moi rodzice też byli rolnikami, tatuś pracował na małym gospodarstwie. W te rejony przyjechałam, jak to mówią, za chlebem. No, tam byliśmy, mieszkaliśmy, a później mamusia zmarła, a ja miałam jedenasty rok, jak mamusia zmarła, a siostra była całkiem mała, no i to tak ciężko było. Najpierw ciocia przyjechała tu, mamusi siostra, i później tatusia namówiła, i tak mówi: „Gdzie będziesz się sam z tymi dziećmi męczył?". Tu trochę lepiej było i tak żeśmy przyjechali. Najpierw przyjechaliśmy do Rarwina za Białogardem, a później stamtąd byliśmy jeszcze w Żydowie, Wielawinie, Kisielicach, Białogardzie. No i tak żeśmy tu przyszli i tak jesteśmy. Z Kisielic.

Tam to ciężko się żyło, bo mamusia zmarła. Ja miałam jedenasty rok, siostra miała rok. I tak żeśmy z tatusiem, tatuś nas tak chował sam. Ja miałam siostrę i brata, a jedna siostra zmarła. Ja najstarsza z dziewczyn. Była starsza, ale zmarła. Miała osiemnasty rok, jak zmarła na tyfus. Siostra zmarła 11 stycznia, a mamusia 24. To w jednym miesiącu było. Ciężkie przeżycia były. I to w jednym pokoju było. Jeden pokój, kuchnia. Tak się żyło, jak się dało. Jak tu przyjechaliśmy, no to było lepiej, bo tu było lżej. Tatuś poszedł do pracy, kawałek ziemi był, to trzeba było konia obrobić i w polu zrobić, a najgorzej to było, że siostra mała była. Ciężko było, a tutaj już się poprawiło. My z tatusiem żeśmy pracowali, siostra była w domu, no bo ona 6 lat miała. A ja w polu normalnie pracowałam. I przy żniwach, i przy wykopkach, gdzie się dało. To takie rolnicze sprawy. A już jak wyszłam za mąż, to znów przyszły dzieci. Za mąż w Rarwinie wyszłam. Później to pracowałam w oborze przeważnie, od dzieci było ciężko odejść, a pracować trzeba było. Jak pracowałam w oborze, to zawsze było blisko domu, to się zajrzało i tak się męczyło jak się dało. Dzieci miałam pięcioro, teraz jest dwoje.

***

Z mebli, sprzętów, które kiedyś się używało, to były kołowrotki, żarna. Z potraw to jadło się to samo, co teraz: barszcze, kapustę, pierogi pieczone. Pierogi pieczone to były z fasolą. To fasolę się gotowało i z makiem, i z cukrem, ciasto było drożdżowe, no i piekli to ciasto w piecu. To było bardzo smaczne. I z marchwi piekli, i z kapusty bardzo dobre. Grzybów, to u nas nie było, bo lasów nie było, to i grzybów. To tylko kapusta przyprawiona. Masło było swoje, bo mieliśmy krowę, to masło było. Olej to sami robili, dziadek robił, ale jak później była wojna, to było ciężko, bo Niemcy nie dali, nie popuścili. Na olejarni robił. Później wujek Pietrzak tak se po cichu zrobił sam sobie w domu. Kierak był i tym kierakiem mielili i mak, i len, i rzepak, no z tego, o, jest olej. Kiedyś to jedliśmy chleb z olejem, taki pyszny był. My tu nie jemy już. Bo tu nie ma takiego oleju. Taki olej jak zrobili z lnu, z tego siemienia lnianego, to był smaczny. Pamiętam tam na talerz wlał, solą posypał i chleb maczał w tym i jadło się. Nie tak, jak dzisiaj, nie wiedzą, co jeść. Bo lniany olej to jest najzdrowszy. Leczniczy, nawet jak się poparzył kiedyś, to lnianym olejem leczyli. Lepiej się goiło, taką lnianą szmatkę moczył, czy smarował i lnianym olejem.

Z ubrań to buty pantofle, kozaczków nie było takich, ale to były jakieś dłuższe, z cholewką. Tak w przybliżeniu to samo się nosiło. No to tak, jak mówię, specjalnego nic innego nie było. To słownictwo to prawie to samo było, jak teraz. Gotowanie to samo, no i normalne życie to samo. Jako dziecko to nie tak, jak dzisiaj, bo dzisiaj malutkie dzieci jeżdżą po świecie, a kiedyś to nie. Tym bardziej jak ja nie miałam mamy, tylko ojciec sam. Do miasta było daleko, to było województwo chełmskie.

Z wag to funty jeszcze były, ale nie pamiętam, ile to było. Przezmian to była taka waga, tak żeśmy nazywali. To taki był ciężarek na końcu i kij, no i tam numerki były.
A z zabaw, to przeważnie jak tylko zrobili tam na wiosce, to była świetlica strażacka i tam robili zabawy. Jak człowiek młodszy, to się poszło, czemu nie. Z gier, to jak chłopcy fajerkę wziął i pchał między, zrobił se taki hak z gwoździa, czy z czegoś i leciał z tym. A to w piłkę. A dziewczynki, to tam lalki kręciły, ale ja nie miałam czasu na nic, bo nie. Jak było się trochę starszym, to trza było pomagać ojcu przy dzieciach, a później, jak już dzieci poszły, to ja zostałam znów z dziećmi i tak się kręciło.

***

Ojca mieliśmy bardzo dobrego. On się nie ożenił, tylko sam chował. W nocy butelkę grzał, karmił. Bardzo, ojca to mieliśmy dobrego. Dzisiaj to nie wiem, czy takiego by się spotkało. No, musiał się zająć, ale niektórzy byli też, co by musieli, ale nie chcieli, nie? Ożenił się, wziął sobie drugą, przyszła tam, mściła się nad tymi dziećmi, różnie było. Ja nie mogę narzekać, bo ja tego nie miałam.

***

Wojna u nas, to było ciężko, przecież za Niemca, to wiadomo, że było ciężko. Zboża zabierali, żeby tego chleba jak najmniej dać ludziom. To tak chowali te zboże, gdzie mogli, nawet te żarna jak były, to tak ścigali za to Niemcy, jak nie wiem. Ale mieliśmy takich Niemców u nas rodowitych, co się tam porodziły. Tam był sołtys Niemiec, to on jak coś, to zaraz przyleciał, z tatusiem bardzo dobrze żył: „Sąsiad, chowaj żarna, bo dzisiaj będzie łapanka". Albo jak do Niemiec łapali, to tak samo. Siostra, brat i tatuś, no tatuś, to tak nie bardzo, ale przeważnie oni uciekali w krzaki na noc, bo przyjeżdżali w nocy, łapali i zabierali do Niemiec. To przyszedł sąsiad: „Dzieci zabierać i uciekać".

Tak, przeżyć to było ciężko, dzisiaj to tylko se przypomni człowiek, ale było ciężko i trza było jakoś żyć. Od nas na robotach, to nikt nie był z rodziny, jakoś tam się ocaliło. Ale od sąsiadów był syn w Niemczech też na robotach. Dużo, dużo, no bo tak się zdarzało, że przyjechali pod kościół w niedzielę i pod kościołem łapankę zrobili. No, tam to tak, w tych Niemczech, to zależy, do kogo popadł. Jak niektóry popadł do dobrego gospodarza, to mu tam źle nie było, ale inni opowiadali, że nie mieli co jeść. Nie mieli, bo chowali Niemcy wszystko. To tam, gdzie jak kury co w gniazdach, po stodołach. A nawet i słyszałam, że psy zabijali i jedli, bo jak nie miał, co się czepić, to coś musiał. W czasie wojny, to partyzantka była i bandy. Prawdziwe partyzanty, to oni tam krzywdy nie zrobili, a te drugie to i okradli, i różnie było.

***

Ludzie zwracali się do siebie, to tak, jak i dzisiaj. Te starsze, to różnie do siebie mówili, a to sąsiad, a to kum, a to taki. U nas była zgoda, sąsiadów mieliśmy dobrych. Wszyscy jakoś żyli w zgodzie, jeden drugiemu pomagał tam, jak coś było trzeba. W rodzinie, to żyli wszyscy w zgodzie, wszyscy jakoś sobie dawali radę i jeden drugiemu pomagał, i tak było. W rodzinie to też stryj, wujenka się mówiło. Bo stryjek, to taty brat, a żona była stryjenka. Moje dzieci, to nie wołali wujenka, normalnie ciocia, wujek, ale w Żydowie, to wołali, niedaleko za Białogardem. Na chrzestnego, to nie powie wujek, tylko chrzestny, bo oni tak wołają. No bo chrzestny, to był jak rodzina, to było kiedyś święte. No tak, bo kiedyś obcych się dawało. Kiedyś nie poszedł byle kto za chrzestnego i za chrzestną. Musiał być wierzący i zaufany. Bo dzisiaj, to chrzestnych dla pieniędzy biorą. Kiedyś szedł do I Komunii, to albo coś dostał, albo nic. Na przykład ja podczas wojny byłam, to ja tylko tyle, że nauczycielka nas uczyła katechizmu. Później tylko ksiądz, bo mieliśmy 9 km do swojej parafii, to było daleko, nie było możliwe, żeby tak chodzić, to nauczycielka nas uczyła katechizmu, a ksiądz nas później tylko przeegzaminował i już. I tak pojechaliśmy końmi tam, się pozbierały w furmankę, te dzieci wsiadały, a po wszystkim herbatę wypiły i było wszystko. A dzisiaj to są uroczystości. Do Komunii, to miałam różową sukienkę, bo to była szyta, to tam materiał kupili i nie wiem, czy to ciocia Pietrzakowa szyła, czy coś. Nie pamiętam. Taki bledziutki róż pamiętam. W czym miał, w tym poszedł.

Kiedyś to co dziecko było w domu, to nie dało rady nie robić coś. Ale to krowy paśli, a nie do miasta. Kto tam kiedyś do miasta, dziecko, Boże Święty! W czym by go wzięli? Na rękę i nosić? Jak pojechał, to za swoją sprawą, żeby załatwić, żeby kupić. Ale na przykład tak jak u nas, to mówię do miasta było daleko. Do Łęczny, to na jarmark taki jeździli, to było 18 km chyba. Ale ja nie wiem, co tam było, bo nie byłam. Na odpuście, jak był odpust, to Puchaczów była parafia nasza, to chodziliśmy. Były tam takie to korale, to rozmaite gwizdki. Były gry, tam grali, to co wygrał, to cukierka. Takie loterie, fanty.

***

Tyle przeżyła, ale ciężko to sobie teraz poukładać wszystko. No to ja mówię, to takie przeżycia były dziecinne. Ciężkie życie i tyle. Nie chce się do tego wracać. Nie daj Boże nikomu.