Mieczysława Ciemnoczołowska

 

Fragment wywiadu z Mieczysławą Ciemnoczołowską.

 

 

Jestem Mieczysława Ciemnoczołowska. Tak naprawdę pochodzę z samego serca Puszczy Białowieskiej. Kiedy przyjechaliśmy na zachód, zamieszkaliśmy w Szczecinku. Takie małe miasteczko, ale bardzo urokliwe, między dwoma jeziorami. Tam się wychowywałam, tam zdobyłam pierwsze wykształcenie i wykonywałam pierwszą pracę. Pracowałam m.in. w Powiatowym Domu Kultury w Szczecinku jako instruktor ds. oświaty. Tak się złożyło, że byłam słuchaczem Studium Kultury Oświaty Dorosłych. To taki twór, który podlegał bezpośrednio pod COUK, czyli Centralny Ośrodek Upowszechniania Kultury. Dojeżdżałam na zajęcia zaoczne. W pewnym momencie znalazłam się na takim zakręcie, jak to bywa w życiu. Bardzo zależało mi na tym, żeby zmienić pracę, zmienić miejsce zamieszkania. Wtedy to nawet chętnie zmieniłabym nazwisko, żeby zupełnie odciąć się od Szczecinka.

            Pomógł mi pan Wojciech Grzeląska. To był pracownik Wojewódzkiego Domu Kultury, bezpośredni opiekun mojej pracy dyplomowej. On mnie prowadził, żeby ta praca miała ręce i nogi. Zwierzyłam się jemu, że bardzo chętnie zmienię miejsce pracy. Dał mi 8 propozycji. To studium, które kończyłam, kształciło przyszłych dyrektorów, kierowników i instruktorów gminnych ośrodków kultury, powstających wówczas jak grzyby po deszczu.. Między innymi taki ośrodek kultury powstał tutaj, w Świeszynie. Wśród propozycji był m.in. Świdwin, ale jak zobaczyłam ten zamek, gdzie miał być mój lokal mieszkalny, to strach mnie obleciał, że ja miałabym tam sama z ośmioletnim synkiem zamieszkać. Te lochy, to zamczysko takie ponure, wysokie. Powiedziałam sobie, że nie, to nie było dla mnie.

            Przyjechałam na zajęcia do Koszalina, była niedziela. Pomyślałam, że skoro jestem tak blisko, to odwiedzę Świeszyno. Chciałam przyjechać 9-tką, ale po prostu szliśmy grupą z innymi słuchaczami, bo też chcieli zobaczyć ten dom kultury. Szliśmy szosą od przystanku do przystanku. Byliśmy bardzo zmęczeni. Pięknie zboża po jednej i po drugiej stronie, tak pachniało to wszystko. Powiedziałam sobie tak: „Obojętnie, jaki to będzie dom kultury, obojętnie gdzie będzie mieszkanie – chcę mieszkać tutaj wśród tych zbóż”. Muszę dodać, że zawsze było moim marzeniem zamieszkać na wsi. Pierwszym miejscem, w którym żeśmy się zatrzymali, to tam, gdzie stoi teraz słup ogłoszeniowy. Tam był wtedy rożen, gdzie kiełbaski sprzedawali i napoje. Oczywiście nasza grupa obległa to stoisko. No i tak dobyłam do tego Świeszyna. Cały dom kultury był w remoncie. Tylko mieszkanie było przygotowane na moje przyjście. Na przyjście instruktora, bo wtedy nie wiedzieli jeszcze dokładnie, kto tu przyjdzie i kto zajmie to lokum. Wchodziłam przez okno, bo przecież była niedziela, Urząd Gminy nieczynny. Ale pani Michalska powiedziała, że tam wszystko otwarte, powiedziała nawet, które okno pchnąć. Całą gromadą weszliśmy tu do tego GOK-u, obejrzeliśmy mieszkanie. Bez łazienki, tylko toaleta. Ale ja całe życie chowałam się bez łazienki i dobrze było, to uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Bo bieżąca woda była.

            Postanowiłam, że zostanę tutaj. Moja przeprowadzka nawet nie była zaplanowana. Nie załatwiłam sobie transportu. Wyszłam na drogę, gdzie się jedzie do Koszalina, jechał jakiś taki samochód towarowy, więc go zatrzymałam. Mówię do kierowcy:

            – Gdzie pan jedzie?

            – No do Koszalina.

            – Proszę pana, ja się muszę przeprowadzić, natychmiast. Zawiezie mnie pan za Koszalin?

            – No zawiozę. A ile pani zapłaci?

            – No tyle i tyle.

Zgodził się. Zawróciliśmy do mnie. Poprosiłam chłopaków, kolegów z okolicy, żeby pomogli wszystko załadować. No i tak ten pan mnie przywiózł tutaj i tak znalazłam się w Świeszynie.

            Na początku nie miałam co robić. Zaangażowałam się w remont. A to nie były łatwe czasy. Żeby kupić krzesło, to takie problemy były... O jakie przyzwolenia się trzeba było starać, żeby stolik kupić i 4 krzesełka do niego! A tutaj trzeba było kilkanaście stolików, kilkadziesiąt krzeseł. To było coś niemożliwego, przez co trzeba było przejść. A jeszcze miałam takiego księgowego, który tak pieniądze trzymał, że u niego wyrwać 2, 3 złote to była naprawdę okropna rzecz. Okropna.

            Ale wreszcie skończył się remont, wyposażyliśmy ten Gminny Ośrodek Kultury i już mogłam zacząć działać, bo miałam gdzie. Chociaż właściwie zaczęłam trochę wcześniej. Przychodziła młodzież, opracowywaliśmy takie widowiska słowno-muzyczne. Dla mnie to miała być taka forma poznawania tej młodzieży i zaprzyjaźniania się z nimi. Wszystko to się odbywało w moich pomieszczeniach, które zajmowałam prywatnie. Fajne to były czasy, do dziś wspominają, jak piekłam placki, oni mi pomagali, była herbatka z samowaru, który mam do dzisiaj.

            Kiedy dom kultury był już przygotowany, nawiązałam kontakt z nauczycielkami. Szczególnie chyba trzeba panią Kawecką wyróżnić, bo to była nauczycielka, do której pierwszej się zwróciłam. Była wychowawcą młodszych klas, a mi chodziło o pozyskanie tych najmłodszych dzieciaków, bo dla nich nic tutaj nie było. Poza jakimiś tam zajęciami z nauczycielkami, kółko geograficzne, biologiczne. Zaczęłam od zajęć z recytacji, bo to najprostsza forma. Jeszcze nie miałam ani materiałów, ani narzędzi, ani maszyn. Ale prędko nam się znudziło. Ciągle tylko wiersze.

            Szybko okazało się, że placówka nasza wyskoczyła na najwyższy poziom w województwie i co ciekawsze, że będąc kierownikiem prowadziłam trzy zespoły teatralne, kukiełkowe. Tak dużo dzieci miałam, że musiałam podzielić na grupy wiekowe. „Patataj”, to była grupa najstarszych członków zespołu, od 4. klasy wzwyż. Młodsze to były „Kropeczki”, a najmłodsze, takie maluszki, wiek przedszkolny i 1 klasa, to były „Łątki”. To moje takie skarbusie, bardzo lubiłam z tymi maluszkami pracować, takie wdzięczne dzieciaczki. Takie ładne bajeczki można z nimi było robić. One tak się angażowały, naprawdę wyjątkowe dzieci. Wszystkie dzieci się angażowały, wszystkie. Była rzetelna praca, to i wyniki dobre zaczęliśmy zdobywać. Braliśmy udział w konkursach, przeglądach, festiwalach.

            Była jedna taka sztuka, „Guligudka”. To była śpiewogra na kaszubską nutę pani Natalii Gołębskiej z Gdańska. Była to śliczna rzecz. Przy czytaniu bardzo mi się spodobała i stwierdziłam, że to zrobimy. Nasza pierwsza bajka, debiut zespołu, premiera i od razu wskoczyliśmy na pierwszą nagrodę w wojewódzkim przeglądzie. Zakwalifikowaliśmy się do Kielc, to był Festiwal Młodzieży Szkolnej i Harcerskiej. Przywieźliśmy stamtąd niebywałą rzecz, Złotą Jodłę. Nikt do tamtej pory w województwie tej nagrody nie przywiózł. Jechaliśmy trzema autobusami. Dekoracje, czyli scenografia malowana w nocy przed festiwalem schła po prostu w autokarach, jeszcze mokra była. Jakie było zdziwienie, jak rzeczywiście myśmy zdobyli Złotą Jodłę. Byliśmy tam dwa tygodnie, każdy zespół miał swoje warsztaty teatralne. Do naszej sali ćwiczeń komisja weszła tylko raz.  Do wszystkich chodzili, a do nas nie. I moje dziewczyny mówią, żeby pójść, poprosić, żeby nam pomogli troszkę. Więc poszłam. A facet mówi tak:

            – Ale wy nie potrzebujecie. Jak my tam się wtrącimy, to zepsujemy wam wszystko. Nawet nie zapraszajcie, bo nie ma mowy, żeby wtrącił się ktoś w waszą pracę.

            Na koniec były występy, w tym amfiteatrze, w Kadzielni. Nasz zespół też wystąpił. A potem  zakończenie całego festiwalu. Stały wszystkie zespoły. Olbrzymi amfiteatr, piękny, naturalny, górami otoczony. Ja siedziałam na widowni. I nagle słyszę, jak wyczytują: „Zespół Patataj, Złota Jodła”. I jak widziałam te moje dzieciaki stojące na scenie, tak ich nagle nie ma, zniknęli. A oni wszyscy tam po prostu kucnęli, płakali, szczypali się, śmieli się, tarzali się. Ja też oniemiałam. No i tak przywieźliśmy tę Złotą Jodłę.

            Zespół już miał renomę. Do tego stopnia doszłyśmy, że zespół Patataj został zaproszony na Festiwal Teatrów Lalkowych, takich profesjonalnych w Bielsku Białej. To była rzecz niebywała, że się znaleźliśmy wśród tych profesjonalnych zespołów. Ze sztuką „Krotochwila makulaturowa”. Rzecz się działa na wysypisku śmieci. Nie śmietnik, ale jak gdyby skup makulatury.  Bardzo fajna sztuka to była, nietypowa i też miała bardzo wysokie notowanie, pierwsze miejsca w konkursach zajmowała. Dlatego też żeśmy się tam znaleźli.

            Nasze zespoły liczyły do 15 osób. Z większą grupą nieciekawie się pracuje. Bo to nie tylko, że się zrobi lalki, że się napisze scenariusz, że się przeprowadzi próby. To mało. Jeszcze trzeba eliminować wady wymowy. Trzeba wyłapywać, które dziecko, z czym ma problemy. Albo ktoś jest nieśmiały, nie potrafi się otworzyć. A jak już na scenę wejdzie, to w ogóle cisza absolutna, potrafi się tak zatkać. Trzeba umieć wyrzucić tę tremę z tego dziecka. Ono musi się bawić. Trzeba zostawić bardzo dużą przestrzeń na improwizację, żeby on mógł w takiej sytuacji, kiedy go zatka, zapomni tekstu, wymyślić sobie, jak tę lukę zapełnić. A często bywa tak, że to zapełnienie luki jest ciekawsze od wyuczonego tekstu. Powstają nieoczekiwane, wspaniałe  gagi w tym momencie. Lepsze od tekstu.

            Szczerze mówiąc, ja nie miałam żadnego przygotowania teatralnego. Byłam instruktorem ds. kultury i oświaty dorosłych, taką specjalność uzyskałam w studium. Potem dopiero zaczęłam się tym interesować. Ale żadne wyższe studia teatralne mnie nie interesowały, chociaż była przymiarka, żeby mnie wysłać na zaoczne. Ja wolałam kurs, każdy kurs coś daje. Studia to jest tylko teoria, ogólna wiedza, której mi nie brakowało, bo samo zainteresowanie już powodowało, że ja dochodziłam do wielu technik teatralnych, lalkowych. Zdecydowanie wolałam warsztaty. Na przykład warsztaty z panią Hanin. To było coś cudownego. Z takimi nazwiskami naprawdę znanymi w dziedzinie teatru. Najczęściej łączyłam żywy plan z pracą na lalkach. No i tak zakochałam się w bajkach. W lalkach się kochałam od dziecka.

            Ale co to byłoby za życie, które należało by poświęcić tylko jednej dziedzinie? Ja chyba do tych ludzi należę, co się potrafią zafascynować różną dziedziną, nie tylko kulturą. I zafascynuję się do tego stopnia, że na jakiś czas rzucam wszystko, odsuwam wszystko na bok, a zajmuję się czymś. Jeżeli poznam to do tego stopnia, że sama ocenię, że już uzyskałam w tej dziedzinie wiedzę taką, która dla mnie jest dostateczna, to czymś innym się zaczynam fascynować. Lalek do dziś nie zarzuciłam. Mam w domu mały parawanik i całe mieszkanie jest podporządkowane różnym robótkom. No i rower, i las kochany, no i grzyby. Grzybami to do tego stopnia się zafascynowałam, że poszłam na 3-miesięczny kurs mykologiczny do Poznania. Tak bym powiedziała, że 60% swojego wolnego czasu poświęcam na bieganie po lesie. Sama kiedyś powiedziałam, że ja to jestem taka leśna baba. Mnie z lasu bardzo ciężko wyciągnąć i tak już zostało. Napisałam nawet sztukę „Skąd się wzięły leśne baby?”.  Taka rozmowa moja z Bogiem w lesie. Bo dla mnie Boga w lesie jest bardzo dużo. Tak dużo, że Jego bardzo trudno jest tam ominąć. Wszystko, na co się nie spojrzy, czego się nie dotknie, to jakbym Boga dotykała bezpośrednio. Dla mnie to jest bardzo ważne, dla mnie las jest jak świątynia.

            13 lat pracowałam jako ten kierownik w Świeszynie. Później na kolejne 13 lat przeniosłam się do Lęborka. Moja decyzja przychodzi bardzo szybko. Jeżeli coś zadecyduję, to dzień, dwa i już musi być dokonane. Tak stało się i tutaj. PZPR chciał zawładnąć naszą salą prób, zrobić Gminny Ośrodek Pracy Ideowo-Wychowawczej. I weszli bezczelnie. Poszłam ze skargą do naczelnika, ale oni już byli ugadani. No i pokłóciliśmy się, prosta sprawa. Postanowiłam odejść. Była taka pani bibliotekarka tutaj. Jej mąż miał w Lęborku mieszkanie po rodzicach i chcieli zamienić na Koszalin. Zapytałam, czy poszliby na moje.

            – Pewnie – mówi.

            – To chodź, zamieniamy się.

I od razu, jak żeśmy siedziały, napisałam pismo do Urzędu Gminy o przeniesienie. Złapałam za telefon, zadzwoniłam do Słupska do takiej koleżanki z pytaniem, czy znajdzie się dla mnie praca w Lęborku. Powiedziała, żebym się nie martwiła, że jest dla mnie miejsce. I było.

            Zespół w Świeszynie, niestety, się rozpadł, chociaż wydawało mi się, że oddałam w dobre ręce. Jak już byłam w Lęborku, taki chłopczyk przyniósł mi gazetę i powiedział, że piszą o mnie. Rzeczywiście pisali, że z chwilą mojego odejścia ruch teatralny lalkowy w województwie koszalińskim upadł do zera. Tak to ja prowadziłam te lalkowe kursy teatralne w różnych miejscowościach, w Mielnie, w Dąbkach. I to wszystko upadło.

            Tu w Świeszynie mieliśmy też dorosłą grupę, zespół śpiewaczy „Magdusie”, prekursorki „Jarzębin”. Sporo osób należało. Działała sekcja fotograficzna nawet, ale to już nie ja prowadziłam. Prowadziła moja koleżanka Rozalina.

            W domu do tej pory lalki robię, lubię komuś prezent sprawić z wykonanej kukiełki. Marzy mi się taki maleńki parawanik, żebym mogła do Domu Samotnej Matki pojechać i tam dać występ, żeby do hospicjum się wybrać i przy łóżku bardzo chorego dziecka coś wystawić i zobaczyć ten uśmiech na twarzy. 

            Ja to muszę robić. Siedzi we mnie coś takiego, co mnie zmusza do tego. To jest uzależnienie chyba. Tak samo jak las, muszę jechać. Jedno, czego żałuję, to że w swojej młodości nie poszłam na kierunek, w którym czułabym się najlepiej, bo nie przyjmowali dziewcząt – szkoła leśnicza. Byłabym leśnikiem i to dobrym. Nie takim, który drzewa wycina, czyli skazuje na zagładę, nie. Ja bym chciała chronić te drzewa, opiekować się zwierzętami, drzewami. To było moje marzenie. Pochodzę z leśniczej rodziny, może to dlatego. Może też dlatego, że mama mnie urodziła w lesie. 18 października poszła na rydze do lasu. A wróciła nie z koszem rydzów, ale z „Leśną babą”, czyli ze mną.