Krystyna Cichosz

 

Już tu jestem trzydzieści osiem lat, czyli kawał czasu. Przyjechałam do Koszalina z nakazu pracy z Gdańska. Urodziłam się we Wrocławiu 8 stycznia 1946 roku i całe życie mieszkałam w Gdyni. Tam skończyłam studia - Wyższą Szkołę Pedagogiczną, teraz nazywa się to Uniwersytet Gdański.

Potem zostałam skierowana do pracy w Koszalinie, przyszedł obowiązek odpracować. Koszalina wcale nie znałam, Gdynia jest miastem rodzinnym - bardzo nowoczesnym, portowym, jest to osobliwe miasto. Byłam przerażona Koszalinem, zwłaszcza że znajomi mnie pytali: „Gdzie to jest?”. Odpowiadałam im, że „koło Mielna”. Przyjechałam tu, zaczęłam pracować w Dubois (I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Dubois w Koszalinie) jako nauczyciel fizyki i co tydzień wyjeżdżałam do Gdyni. W liceum pracowałam  dwanaście lat - do 1980 roku. W 1978 roku znalazłam w gazecie krótkie ogłoszenie: „Sprzedam gospodarstwo w Niedalinie”. Miałam daczę pod Grudziądzem i wszystkie moje wakacje spędzałam tam, ale kupiliśmy ten domek, choć cena była wysoka i jeszcze musieliśmy go wyremontować. Byliśmy zawiedzeni, ale ostatecznie w 1978 roku przeprowadziliśmy się tutaj. W 1980 roku urodził się mój syn. Ogólniak jest bardzo wymagającą szkołą -  dużo czasu trzeba było poświęcać pracy. Możliwości dojazdu były straszne, a PKS - zawsze spóźniony. Nie mogłam punktualnie odbierać syna z przedszkola, musiałam więc poszukać innej pracy. We wrześniu 1982 ze szkoły w Niedalinie odeszła pani Zalewska, więc zgłosiłam się do pracy zupełnie nieświadoma, co mnie czeka, bo rozmowa z człowiekiem siedemnastoletnim a siedmioletnim to jest przepaść. Nie było jednak nigdy takiego momentu, że żałowałam pracy w szkole w Niedalinie. Przez rok było mi trudno, ale jestem usatysfakcjonowana. Była szkoła w Niedalinie – klasy 1-4, później zabrano czwartą klasę, była zerówka i do emerytury tak dotrwałam. Po dwóch latach pani dyrektor odeszła na emeryturę i zaproponowała mi stanowisko dyrektora. W roku 1990 byłam radną, a potem przewodniczącą rady, w 2004 roku – jako dyrektor - odeszłam na emeryturę. Później przyszła pani Ewa Magnowska, potem pani Jacewicz, a następnie szkoła została zlikwidowana.

Rozrabiaki małe… Zawsze myślę, że przyczyną ucieczki na wieś było to, że w latach 1972-1977 umarli moi rodzice i ciotka. Był to trudny okres, urodził się mój syn, trzeba było zbierać pieluchy, kaftaniki. Oprócz konia i krowy miałam wszystko!

Mój syn jest dosyć ciekawym mężczyzną, skończył studia w Ameryce. Finansowo było mu ciężko, więc pod czyjąś opieką zaczął obsługiwać organy. Ma w tej chwili uprawnienia mistrza i mieszka w Pruszczu Gdańskim, pracuje z Norwegami lub Niemcami. Niemcy restaurują na Pomeranii organy. Syn ma żonę z Białorusi, mają jednego takiego łobuza… Synowa jest malarką.

Przeskok z Trójmiasta tutaj… Wrocławia już nie pamiętam. Bardzo chorowałam. Podczas studiów byłam w domu, nigdy nie wyjeżdżałam, miałam być blisko i dwadzieścia dwa lata byłam w domu. Ja byłam taką jedynaczką z mamunią… Gdzie ja tu przyjechałam… Dużo pracy było przy gospodarstwie, obejściu, trzeba było to uporządkować, mój mąż mówił, że to „trzymało się na mięśniach korników”. Tu szafka, tam szafka… jak ja zobaczyłam ten grzyb na ścianach, to płakałam.

Koszaliński okres wspominam fantastycznie.  W 1968 roku przyszłam do pracy, byłam rozpieszczona, najmłodsza. Pamiętam… była jeszcze pani Jelec, starsza pani, ale taka madame, Lechu Żyła, bardzo młody wtedy człowiek. Pierwszym moim dyrektorem był pan Henryk Trząskowski, pracował dwa lata. Przez rok była pani Izabela Mieloch i Lechu Żyła do samego końca. Biedny, potem zmarł. Później była bardzo dobra pani, nauczycielka biologii - Mirosława Sklenarska (pani Ewa Bartnik z telewizji to jej wychowanica). Ludzie, którzy byli u niej, kończyli zawsze weterynarię lub medycynę.

Ja na początku miałam ogólną klasę, później - w korespondencyjnym - klasę 1c, policyjną. Oni mieli około pięćdziesiątki i kto tu kogo uczył? Oni bali się, podlizywali, bo fizyka to coś strasznego. Uczyłam ich i byłam wychowawczynią. Później miałam klasę, w której był jeden chłopiec. Jak te dziewczyny go rozpieszczały!... Następnie okazało się, że ma dziewczynę i pas…  Czesały go, miał takie loki, dopieszczały go te baby. Miał na imię Mietek. Później miałam klasę matematyczno-fizyczną. Dziesięć lat temu było spotkanie nad Hajką z moją byłą klasą, później w restauracji greckiej i na koniec spotkanie z tą ostatnią klasą. 

Pojechaliśmy rowerami nad Rugię, to było śmieszne, byłam odpowiedzialna za lekcje patriotyczne. Przyniesiono mi dokumenty do domu, ze szkoły wzięliśmy porządne rowery i pojechaliśmy. Najpierw do Anklam - Niemcy nas nie puścili, bo jesteśmy rowerami. Przejechaliśmy dopiero w Kołbaskowie, tłukliśmy się przez tę Rugię. Jechały około dwadzieścia cztery osoby. Trenowaliśmy wcześniej, a ja rok chodziłam na niemiecki do Empiku, nikt o tym nie wiedział. Nad Rugię jechał ze mną nauczyciel wychowania fizycznego. Drugi raz nigdy bym tego nie zrobiła! Byliśmy tam co najmniej dziesięć dni. Bardzo sympatycznie… Wpadali do restauracji i tak: „Dopfel Kartofel”, a oni tak patrzyli i prosili o dokładki, wszystkie pieniądze przejedliśmy. Wszyscy takie czajniki z gwizdkiem wieźli, jeden włóczkę dla dziewczyny lub mamy.  Biedni łachmaniarze…

Z ojcem jechałam do Anglii, gdzie miał brata. Był to światowy człowiek, kazał uczyć się angielskiego. Po piętnastu latach dostał zgodę. Jego brat nie wrócił po wojnie, mieszkał w Liverpoolu. W autobusie robiłam wielkie oczy, gdy wjechaliśmy do NRD. Był to szok. Byliśmy w hotelu o 12 w nocy i zaraz wyszliśmy „na miasto”. Pełno ludzi… i taki ekstra samochód jechał, dla mnie ekstra. Nie mogłam patrzeć na ruch. Byłam w Ameryce na wręczeniu dyplomu mojego syna i byłam zachwycona tym krajem. Podobała mi się życzliwość ludzi… bardzo sympatyczni.

Zawsze czułam się tu dobrze, znałam wszystkich dookoła, generalnie byłam dobrze traktowana. Później to się zmieniło. Może to moja wina… jak tu przyszliśmy, to każdy siebie odwiedzał, a u mnie biegały psy, były luzem, trzeba było zadzwonić, żeby nas odwiedzić. Z babcią Radka [Żmudzińskiego] dobrze mi się rozmawiało, bardzo się lubiłyśmy… Dużo ludzi znam i mogę na nich liczyć. Pani Janeczka Sarnowska to była najlepsza sołtyska, jaką znam. Ma fantastyczną pamięć, nie ma żadnej sklerozy, choć ma niemal dziewięćdziesiątkę! Pracowała w GS, robiła zastrzyki – i psom, i koniom, i ludziom. Jest tu od 1949 roku. Fantastyczna kobieta. Taka miejscowa kopalnia wiedzy.

Później był pan Hackbarth, świętej pamięci, to był autochton, bardzo ciekawy człowiek. Mieliśmy z nim spotkanie, w szkole, z dziećmi. Może dzieci wszystkiego nie zrozumiały, ale ja wszystko! Niedalino było bardzo niezależną samowystarczalną wioską. Były tu piekarnia, rzeźnik i wszystko, co potrzebne,  podobno nawet dentysta, a teraz nie ma nic. Był młyn, tartak, poczta była, szkoła, która zniknęła. Dziś - po prostu grajdołek. Tyle, że mamy świeże powietrze i kawał lasu.

Inaczej było w czasach, gdy były PGR. Potem, ku rozpaczy wielu ludzi a mojemu niesmakowi, nie dano ludziom szansy stanąć na nogi, tylko wszystko się rozpadło. Że musiało się rozwalić to jest niewątpliwe. Natomiast byli ludzie mądrzy, byli ludzie tacy, którzy mogli w mniejszym zakresie sobie poradzić, a tu bieda. Ciężko pracujący ludzie dostali odprawy i do widzenia! Reszta została sprzedana, pieniądze rozdane. Mój sąsiad za te trzy tysiące odprawy, które dostał, kupił sobie wideo…  To było straszne trudne. Jak był majątek, to było lżej, dlatego że kury latały, kaczki, świniaki gdzieś ktoś chował, a później nagle to wszystko się skończyło, ręce wszystkim opadły.

Młyn jest przepiękny w środku. Jak żałuję, że jest prywatny i tego się nie wykorzystuje! Byłam tam tylko raz, ale to przepiękna rzecz, zabytek!

Towarzysz mojego życia jest muzykiem, skończył dyrygenturę i kompozycję w Krakowie, wychował rzeszę ludzi, którzy grają w Koszalinie, w filharmonii. Na dyplomowy egzamin trafił do Gdańska, do Andrzeja Cwojdzińskiego, dyrygenta, kompozytora, który go później zatrudnił. Jak zaczął pracę, to Cwojdziński go zwolnił, choć nie miał prawa. Dość długo pracował w PKS, prowadził zespół muzyczny, aż do wybuchu (w 1971 roku), gdzie wszystko zostało zniszczone. Trochę pracował w Rosnowie, w klubie oficerskim. Później Rosnowo też się rozpadło.

Ojciec - Pomorzak, dziadek na małej harmoszce grał, po kaszubsku śpiewał i mówił, był właścicielem cegielni pod Grudziądzem, ale go upaństwowili oczywiście. Mamy rodzice - tata był chyba Niemcem, miał rzeźnię. On został w Polsce, a jego siostry wyjechały do Niemiec. Mama bardzo dobrze mówiła po niemiecku. Oboje przyjechali w latach dwudziestych XX wieku, kiedy Gdynia była budowana. Mama była z rocznika 1913, przyjechała w 1920 roku. Ojciec był krótko kelnerem, a później pływał, między innymi na „Piłsudskim”, a potem na „Batorym”. Był wachmistrzem, miał klucze od wszystkiego… Taką jedynaczkę wypieścili… potem oddali na wieś i już… Śmialiśmy się, że ojciec chciał mieszkać na wsi, chciał mieć mercedesa, a ja miałam wszystko, czego on chciał. Jak była dewaluacja, ojciec kupił gospodarstwo, ale mama nie chciała tam mieszkać, bo choć była z małej miejscowości, to mieszkała w Gdyni, a to było coś, więc nie było mowy, by wyprowadzić się pod Grudziądz na gospodarstwo! Wobec tego gospodarzyli tam mamy brat i mamy macocha. W związku z tym byłam tam w każde wakacje, w każde ferie. Jak mnie zabierali do domu, to trzeba było mnie opatrzyć, wymyć, bo tam był luz-blues, babcia pozwalała nam na wszystko. Ja też teraz swojemu wnukowi pozwalam na wszystko, choć za bardzo się nie wtrącam. Starzy mają chować, a dziadkowie mają rozpieszczać. Charakterek to mój wnuk ma. Chyba po mamie, bo mój syn nie był taki, był grzeczny, może dlatego, że miałam dla niego mało czasu. Szkoła była, do gminy biegałam, tu gdzieś, tam gdzieś i gospodarstwo - tu kury latały, kaczek mąż mi sześćdziesiąt kupił, a potem mówił, że nie będzie ich zabijał, bo się brzydzi. W każdym razie miałam dużo pracy. Syn był dość samodzielny i tak jak ja zapracowany, bo chodził do „Elektronika”, a po południu do „Muzyka”. Ciężko było. Powiedział, że jego syn taki nie będzie, chyba że sam będzie chciał tak żyć. Ale on na razie chce tańczyć.

Kultura w Niedalinie... Jak ja tu przybyłam, to działał taki piękny zespół składający się z kobiet i pan Wojtek grał tam na akordeonie. Zespół „Jagody” – z piętnaście kobiet, ale panie się starzały i powiem - no trudno, może dostanę po uszach - po prostu nie bardzo umiały, czy nie chciały zachęcać młodych ludzi, a to jest naprawdę fantastyczna rzecz, którą należało pielęgnować. Kobiety, które stworzyły zespół, to były matki tych kobiet, które są w nim teraz i te mamy nauczyły je śpiewać, wciągnęły do zespołu i powinno to trwać, bo to jest wielka sprawa! W Europie niewiele jest takich zespołów folklorystycznych. Natomiast panie były trochę hermetyczne. Przyszedł moment, że przyjęły do zespołu młode dziewczyny, jednak starsze panie ćwiczyły w jednym pomieszczeniu, młodsze – w drugim… Później każda z tych kobiet albo się rozchorowała, albo zestarzała, albo zmarła i zostały ich trzy. Panie są w moim wieku albo i trochę starsze… Pani Zosia ma jeszcze silny głos, pani Hanka słabo śpiewa, a pani Basia ma dziwnie ustawiony falset i jest jak jest.

Naprzeciw mojego domu była świetlica. Jak ja tu się sprowadziłam, był to horror. Co sobotę tu była dyskoteka i muzyka grała prosto w moje okna! Nie chodzi o to, że mi muzyka przeszkadzała, tylko drażniła mnie ta automatyczna perkusja, bo dochodziło tylko to „umpa – umpa”, muzyki to tam nie ma, nie słychać. W dodatku chłopaczyska upite piwskiem, okna pootwierane, trzecia nad ranem… Pewnego razu wchodzę do środka, a tu jeden śpi na ławce, a poza tym nikogo nie ma, dyskoteka trwa, a tutaj trzeba rano do pracy wstać! Prawdę mówiąc, jestem szczęśliwa, że świetlicy nie ma, bo nie było komu ją prowadzić. Później przyszedł pan Nijak z biblioteki koszalińskiej i pytał, czy można tu zorganizować bibliotekę. Bardzo mi się to spodobało i udało się to zrobić – powstała filia biblioteki świeszyńskiej w Niedalinie. Przyszła tu pani Iwona Szcześniak, która była kierowniczką w Świeszynie, ale to była niewykorzystana szansa. Świetlicę pozwolono prowadzić pani Hani, bo były dobre układy z panią Iwoną, a pani Hania niewiele miała wspólnego z literaturą jako taką, w związku z czym nikt tu nie przychodził! Chociaż biblioteka była dobrze zaopatrzona, często przychodziłam tu z dziećmi ze szkoły, mimo że trzeba było się umawiać, bo nigdy do południa nie była czynna. Niestety pani nie umiała przeprowadzić lekcji bibliotecznej, ani w inny sposób zachęcić do odwiedzania biblioteki. Jeśli szkoła musiała upaść, to dobrym pomysłem było umieszczenie biblioteki właśnie tam. Jest wspaniale – z książek korzysta nasza garstka młodzieży, pracuje tam wspaniała kobieta - Daria, bardzo utalentowana dziewczyna. Jest też grupka starszych, którzy biegają po książki, bo dostępne są nowości, jest bardzo dużo książek! Moja synowa korzysta z biblioteki w Pruszczu i okazuje się, że tam są starocie, a tutaj jest bardzo dobre zaopatrzenie, najnowsze, ciekawe książki. Z kolei Świeszyno… to jest poezja, jest wspaniale, ale bardzo mi brakuje w Świeszynie pani Arlety Rogalskiej, bo to jest ciekawy człowiek. Żałuję też pani Ciemnoczołowskiej. Z nią miałam jeden z pierwszych kontaktów po przyjeździe tutaj. To była taka kobieta, która ogarniała gromadę dzieci, prowadząc zespół kukiełkowy i potrafiła to robić świetnie w przeciwieństwie do Darka Magnowskiego, który był dyrektorem, a w rzeczywistości nie robił niczego. Z kolei jeden człowiek domu kultury nie poprowadzi, choćby nie wiem jak chciał. Więc byli tylko Darek i Ewa Magnowska, która mu robiła plakaty. To było naprawdę wszystko. Nie dogadywali się z panią Ciemnoczołowską i ta się zniechęciła.

Druga osoba, której żałuję, to Arleta Rogalska. Bardzo interesująca dziewczyna. Jej dzieci zawsze brały udział w różnych konkursach, między innymi recytatorskich. Arleta potrafiła niesamowicie przyciągać, wciągać do tej biblioteki. Jak przychodziłam po książki i szukałam czegoś dla siebie, zawsze potrafiła mi doradzić dobrą książkę, wiedziała, co podać.

Za Iwonki Szcześniak był ciągle bałagan. Te stosy książek, ciągły remont.  

W Radzie Gminy najpierw byłam wiceprzewodniczącą, Wacek Chrząszcz był drugim wicedyrektorem, a Franek Szczepanik - przewodniczącym. Byliśmy w bliskiej współpracy - trzech radnych z jednej wsi, Gienek Łotysz, Szłod i ja. Liczba radnych zmniejszała się, w tej chwili z Niedalina jest tylko jeden. W tamtym okresie były początki, było trudno, musiałam zrywać się ze szkoły, dziewczyny ze szkoły miały ciężko, ale dzięki  temu szkoła została wyremontowana. Jak przyszłam do pracy w 1982 roku, to były trzy umywalki, a za starą szkołą - wychodki, sławojki. Było koszmarnie… bałagan, piece kaflowe, które od czasu do czasu wybuchały… Wszyscy tulili się do pieca. Okien lepiej było nie otwierać, żeby nie wypadły. Ręce opadały…

Jeszcze za wójta Henryka Łądkowskiego próbowałam szukać pieniędzy na szkołę. Radni zgodzili się i dali jakieś środki. Była duża, stara, pawilon… Nikt nie przyznawał się do tej szkoły: ani kuratorium, choć pod nie szkoły podlegały, ani gmina, bo to nie ich własność. Raz była pani z kuratorium i pytała, gdzie jest węzeł sanitarny, a my pokazujemy, że za szkołą są sławojki. Potem nastąpił duży remont, skończył się chyba w 1992 roku. Założono centralne ogrzewanie, podłączono gaz, wymieniono okna, dach został naprawiony i tak pomału, pomału, ale musieliśmy się o te remonty bardzo wykłócać…

W drugiej kadencji rady było dość agresywnie, między innymi pojawiła się pani z Zegrza, która chciała mieć salę gimnastyczną, a to dużo kosztowało, była świętej pamięci pani dyrektor przedszkola w Strzekęcinie, która chciała koniecznie ocalić ten swój budyneczek, a on też wymagał remontu, przedszkole w Bardzlinie - stary poniemiecki budynek też proszący o remont… To my wymyśliliśmy, że ten sklep pani Maderowej w Świeszynie, trochę śmieszny, bo taki kiszkowaty jest, ale zdecydowaliśmy, by tam było przedszkole gminne! Ta sama ekipa remontowała to przedszkole i szkołę w Niedalinie. Zrobili to bardzo ładnie. Tyle się działo! Szkoda tych przedszkoli, bo z Zegrza do przedszkola to kawał drogi, a w Zegrzu też piękny budyneczek był, też przedwojenny, też wymagał pieniędzy…

Czasami męczyliśmy strażaków, żeby nam zimą wodę wylali na boisku, byśmy mieli lodowisko, a tu zimy jak nie było, tak nie było – jeden dzień lód, a potem już tylko woda.

Tu gdzie teraz jest dzieciniec (plac zabaw) - chyba nie tylko ja mam uwagi do tego dziecińca - tu był bardzo piękny sad dzierżawiony przez pana, który mieszkał nad świetlicą. Ten pan bardzo pielęgnował drzewa, sadził nowe, to wszystko było bardzo zadbane, ale nasza rada sołecka wymyśliła, że odbierze temu panu to miejsce. Skutek jest taki, że wycięto drzewa, niczego nie posprzątano, od strony drogi kościelnej wbito słupy do ogrodzenia, bo miało tam być jakieś boisko. Dla małych dzieci boisko było nad rzeką - ja bym swojego dziecka tam nie puściła bez opieki. Dzieciaki grają trochę na placu, trochę koło szkoły, trochę jeżdżą do Strzekęcina. Boisko w Strzekęcinie - nie rozumiem, czemu nie istnieje… Do czego dążę? Ta działka z sadem odebrana mieszkańcom jest taka duża, bywały tu stoły i ławeczki, było ogrodzenie, ale wszystko się rozpada, tam dalej chaszcze… Plac zabaw został usadowiony tak blisko drogi! W dodatku w sąsiedztwie zatoczki dla autobusów! Nie należało tych sprzętów dla dzieci umieszczać tuż przy drodze! Przecież można było na środku czy choć z dziesięć metrów dalej!

Zawsze będę wspominała naszą panią sołtys, panią Sarnowską. Przyjechaliśmy tutaj z mężem – kawałek siatki, szopa, bałagan nie z tej ziemi, wychodek na zewnątrz, tak jak wszędzie, po prostu koszmar! Sołtysowa chodziła po terenie, bo zawsze sprawdzała porządki we wsi, i mówi, że za płotem są chaszcze, trzeba to posprzątać! Taka była, naprawdę jest wspaniała. W momencie, kiedy ludzie zaczęli przywozić kosiarki z NRD, zrobiło się porządnie. Nawet mój mąż zbierał złom, nie wiem, co chciał tu budować. Pan Leszczyk namówił go, żeby zasadził jakieś bambusy – pień pusty, ogromne liście i prawie pod dom podeszły! Zanim się uporałam z tym, zanim wyczyściłam...  Syn kiedyś wywiózł stąd ten złom, który mąż zbierał, a ten był później zły, że ktoś mu to wywiózł…