Irena Bożyk

Data urodzenia: 4.06.1930 r.
Płeć: kobieta.
Miejsce urodzenia: Kamionka Strumiłowa (obwód lwowski).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Dunowo (od marca 1945 r.).
Zawód: krawcowa.
Zawód rodziców: ojciec – młynarz, matka – krawcowa.
Zawód dziadków: nie wiem.
Kontakty z innymi językami: niemiecki, ukraiński.

 

 

Niemcy najpierw wywieźli całą naszą rodzinę do obozu pracy niedaleko Królewca. Obóz nazywał się Stablack Nord. Była zima, marzec 1944 roku. Kiedy już nas tam dowieźli, wyrzucili nas z wagonu i zapędzili do komory, w której wszyscy zostali wykąpani i ostrzyżeni. Po kąpieli wszyscy musieliśmy iść na mrozie jeszcze 2 kilometry do lagru. To, co tam zobaczyliśmy było straszne. Wszędzie pluskwy, wszy i pełno trupów poprzednich jeńców. Pod wpływem tego widoku mój tatuś dostał bzika i został przez Niemców zamknięty na jakiś czas.

W grudniu 1944 Niemcy wycofywali się i wywieźli nas nad Zalew Wiślany. Przed samymi świętami zostaliśmy wyrzuceni na mróz bez jedzenia i żadnych środków do życia. Mój najmłodszy brat miał wtedy tylko 4 latka.

Zatoka była bardzo zamarznięta, dlatego wiele osób szło po lodzie. Kiedy rozpoczęły się bombardowania zginęła tam masa ludzi. Ojciec w ostatniej chwili uratował przed utonięciem moją młodszą siostrę, która jechała na wozie. Pomalutku dotarliśmy do brzegu i od tej pory szliśmy tylko brzegiem.

Bardzo chciało nam się jeść, ale mieliśmy tylko po jednej kostce cukru. Nic więcej.

Dotarliśmy do elbląskich lasów i ukryliśmy się na strychu domu. W tym czasie zgubiła się moja mama, bo poszła po zupę dla nas. Spotkaliśmy się dopiero po 30 latach. Napisałam list do koleżanek, które zostały w Kamionce i w odpowiedzi dostałam wiadomość, że tam jest nasza mama. Okazało się, że jak się zgubiła, to wróciła tam i tyle lat czekała na nas. Zbudowała nawet dla nas dom, ale kiedy się odnaleźliśmy, przyjechała do nas.

Kolejnym transportem dojechaliśmy do Gdańska. Nocowaliśmy w kościele. Prawdopodobnie mama była w szkole, ale nikt nic nie wiedział.

Niemcy dalej nas pędzili. Pomagał nam pewien jeniec, pan Janek. Ukrył nas na wozie i przykrył plandeką. Byliśmy bardzo głodni. Narwał gałęzi wiśni i ugotował z nich herbatę.

Zapędzili nas aż pod Kołobrzeg. Tato też gdzieś się zgubił, pan Janek powiedział, że idzie do partyzantki. Zostałam sama z trójką młodszego rodzeństwa. Dotarliśmy do Kładna (gm. Będzino – dop. M.S.). Byłam już taka głodna, zmęczona i nie wiem skąd, pojawił się nasz tato. To chyba anioł stróż przyprowadził go z nieba. Pobiegłam wtedy do obory, napiłam się mleka od krowy i usnęłam.

Niedaleko było polskie wojsko. Wtenczas znalazłyśmy z siostrą trochę starego chleba i pobiegłyśmy dać tym dziadkom, żeby się trochę pożywili. Ale powiedzieli, że mają zakaz brać cokolwiek, bo wszystko może być zatrute.

Kiedy wróciłyśmy okazało się, że w piwnicy tego majątku ukryli się gestapowcy. Złapał ich ruski wywiad, a ja miałam być tłumaczką. Do dziś pamiętam córkę tego Niemca. Śliczna dziewczynka, niebieskooka, miała taki wełniany sweterek i brązowe, sznurowane buciki do kolan. Ruscy odcięli jej paluszek, bo nie mogli zdjąć pierścionka. Wtedy Niemiec postanowił uciec, złapał dzieci i pobiegł aż do latarni w Gąskach. Dostałam jakiegoś szoku i w tym amoku pobiegłam za nimi, jakieś 1,5 km. Leciałam, leciałam i nie wiedziałam, dokąd lecę. Dobiegłam do morza. Zobaczyłam tylko, że Niemiec zastrzelił całą swoją rodzinę, a na końcu siebie. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Modliłam się, żeby udało mi się wrócić do mojej rodziny. Wróciłam tą samą drogą i znalazłam tatę i rodzeństwo.

Po jakimś tygodniu, Rosjanie wysiedlili nas z Kładna do Dunowa.

Od razu osiedliliśmy się w tym domu. Wszędzie byli Rosjanie, lubili młode dziewczyny. Mieliśmy na górze taki duży pokój i tato pozwalał się tam ukrywać młodym Niemkom. Kiedy Rosjanie dowiedzieli się, że ukrywają się u nas Niemcy, chcieli rozstrzelać tatę. Ale był bardzo dobrym fachowcem, zakładał światło we wszystkich okolicznych miejscowościach. Za to miał u nich dobre oko.

Później wszystko się uspokoiło. Mój tatuś dostał nawet order od oficerów za to, że był dobrym pracownikiem. Poszłam z nim wtedy na bal do pałacu w Strzekęcinie. To było coś pięknego.

Mieliśmy raz z tatusiem taką przygodę, że poszliśmy kupować pantofelki. Ale u nas nie mówiło się pantofle, tylko meszty. I sprzedawca nie wiedział, co to jest, więc tata tłumaczył, że to na nogi.

Tak zaczęło się nasze życie tutaj. Poszłam później do szkoły do Koszalina. Ale miałam problemy z polską mową. Tam uczyłam się po ukraińsku, znałam też niemiecki. Dlatego w metryce mam zabrany jeden rok. Urodziłam się w 1930, a mam wpisany 1931, bo nie chcieli mnie przyjąć do szkoły. Ponieważ nie miałam mamy, zaopiekowała się mną pewna profesorka. Zamieszałam w internacie. Nie było samochodów, nie miałam roweru, więc co tydzień przychodziłam na pieszo z Koszalina do Dunowa, do rodziny. Latem na boso, a zimową porą – na nartach.

Nie skończyłam całego gimnazjum, bo musiałam pójść do pracy. Na początku w swoim zawodzie jako krawcowa. Byłam przodownicą pracy, miałam 300% normy.

Potem poszłam do pracy w SP – Służba Polsce. Przez 6 miesięcy byłam na kursie księgowym w Sępólnie Krajeńskim. Na zlot w Warszawie byłam zobowiązana przygotować całe umundurowanie – buty, pasy, szynele (szynel – rodzaj sowieckiego płaszcza dopasowanego do figury – dop. M.S.), furażereczki (furażerka – rodzaj miękkiej czapki bez daszka, o podłużnym kształcie – dop. M.S.).

Później pracowałam też w Czerwonym Krzyżu jako intendentka. Otrzymywaliśmy paczki z „Cioci Unry” (UNRRA – organizacja międzynarodowa utworzona w 1943, w Waszyngtonie z inicjatywy USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Chin w celu udzielenia pomocy obszarom wyzwolonym w Europie oraz Azji po zakończeniu II wojny światowej – dop. M.S.) i rozdawaliśmy je biednym ludziom.

Jeszcze zanim poszłam tam do pracy, pojechałam do Szczecina, bo chciałam zostać lekarzem. Chodziłam już na praktyki, ale musiałam napisać życiorys. Napisałam tam, że mój tato miał młyn. I dlatego nie zostałam przyjęta jako „kapitalistyczna córka”. Było mi tak smutno, bo to było moje marzenie.

W swoim życiu pracowałam też jako księgowa w zakładach mechanizacyjnych, jako sprzedawca w GS-ie (Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” – zakłady produkcyjno-handlowo-usługowe istniejące w większości gmin, utworzone w okresie PRL – dop. M.S.). Stamtąd pewien ubowiec (funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa – dop. M.S.) zabrał mnie do pracy w ZBoWiD-ie (Związek Bojowników o Wolność i Demokrację – organizacja kombatancka podporządkowana PZPR – dop. M.S.). Dostałam tam bardzo dobrą pensję, ale pracowałam pod presją, bałam się ubowców. Kiedy dostałam zawał, odeszłam z tej pracy. I zajęłam się wychowaniem wnuka. Później aż do emerytury pracowałam jako kasjerka w Saturnie. Tak zakończyło się moje zawodowe życie.

 

 

Słownictwo:

Ciocia Unra – UNRRA (ang. United Nations Relief and Rehabilitation Administration) <Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy>: UNRRA pomagała krajom najbardziej zniszczonym podczas wojny.

furażerka – miękka czapka bez daszka, o podłużnym kształcie.

lagier – niemiecki obóz koncentracyjny.

meszt, meszta – daw. miękki, lekki pantofel.

pożywić się – zjeść coś.

przodownik pracy – w PRL: pracownik mający najlepsze wyniki w pracy.

szynel – płaszcz dopasowany do figury, noszony dawniej przez rosyjskich wojskowych, a także przez niektórych urzędników i uczniów w carskiej Rosji.

ubowiec – funkcjonariusz UB (Urzędu Bezpieczeństwa), organu bezpieczeństwa państwa funkcjonującego w Polsce w okresie stalinizmu.

wtenczas – pot. wtedy, w tym czasie.