Anna Bihun

Data urodzenia: 1939 r.
Miejsce urodzenia: Leżachów (woj. podkarpackie).
Miejsce długotrwałego zamieszkania: Niedalino (od 1947 r.).
Zawód: rolnik.
Zawody rodziców: rolnicy.
Zawody dziadków: nie wiem.
Kontakty z obcymi językami: rosyjski.

 

 

 

 

Wywiad z Anną Bihun i Zofią Błahutą

 

Zofia: Z tego, co tutaj mówili, co rodzice opowiadali, to tu było więcej wysiedlonych. Wysiedlili i koniec. Dali parę godzin, tam nie wiem, 2 godziny czy ileś tam. I do wywózki. Co niektórych, co mieli co zabrać, to wywozili. Jak w naszym przypadku, to zostało wszystko spalone. No i mama złapała tylko pierzynę z ognia, żeby nas okryć i tak w maju żeśmy się tutaj dostali, takimi pociągami. Jak i wozili na Sybir, tak i nas tutaj wywieźli. Tam nic nie było lepszego, takie same wagony były, tak samo. Razem z krowami, razem ze świńmi, razem ze wszystkim. Bo jak ktoś miał jakiś dobytek, to wszystko miał ze sobą. No i tak z rodziną żeśmy się tutaj znaleźli.

Anna: Przywieźli tu, wysadzili.

Zofia: Bo tatuś niczego nigdzie indziej nie szukał, bo zawsze myślał, że tam się wróci. Bo jak tutaj nas wywozili, to całkiem myśleli, że do Oświęcimia, nie? Ale się okazało, że tutaj, no i tak…

Anna: Ciężko była tam i ciężko było tutaj. A że rodzice byli tacy zaradni…

Zofia: Byli pracowici i troszkę tej ziemi tutaj mieli. Bo jak nam tam zabrali, to nam tutaj dali i się tutaj utrzymywali z tego. Tatuś troszkę do pracy poszedł do młyna.

Anna: Mamusia kupowała tam na rynku. Pojechała, jak to kiedyś mówili, na targ, z jajkami, z masłem, z tym, tamtym. No i wtedy materiały kupiła, bo takich gotowych sukien, to tam nie było. Zawsze coś kupiła. Mama umiała sama uszyć. No to tam nam szyła. Ja nie powiem, ja nie pamiętam, my głodu nie zaznali, dzięki rodzicom – byli pracowici.

Zofia: Była jedna krowa, parę kurek, świniaczek, dorobili się tak. Jajka sprzedali, to za to coś kupili.

Anna: Czy jakąś bułkę, czy tam jakie coś.

Zofia: Nie tam, że dziecko czegoś nie chce i się drze, że nie chce i wyrzuca bułki. Tego nie było. Przywiozła mama i było takie dobre.

Anna: Smak bułki do dzisiaj pozostał.

Zofia: Mamusia piekła w domu chleb, to jak się kupiło chleb czasami w sklepie, bo zabrakło, to był inny. I tak chciałam, żeby zabrakło tego chleba, bo taki był świeżutki, nie? A to raz na tydzień mama piekła, no to był inny.

Anna: A jeśli chodzi o ubiory, to takie normalne mieliśmy, jak zawsze, jak wszędzie. Nie było u nas takiego innego stroju. Nie było spodni, od tego trzeba zacząć, nie jak teraz. Dopiero tutaj. Na pole czasami brali, jak na zboże szli, ale tak to nie. Do kościoła nigdy nie poszło się ubranym w spodniach. Wręcz grzechem to było, krzyczeli rodzice.

Zofia: Mamusia nam szyła i my żeśmy szyły. Później już troszeczkę poszli my do pracy, sobie zarobili. Jak już nie było w domu roboty, tam w polu, to się szło do PGR-u, tam snopy stawiać, czy co tam trzeba było robić. Ciężko żeśmy pracowali.

Anna: Bo tatuś chorował na żołądek, to my musiałyśmy robić często gęsto. I kosę brać do ręki i… Tatuś miał wrzody.

Zofia: To były czasy, kiedy nie można było sobie dać z tym rady.

Anna: I trzeba było czasami pługiem trochę pomóc, pojeździć, bo to wszystko przecież było koniem robione. Ale taki był zwyczaj. Teraz jak się wyjeżdża na pole, to wszystko z nerwami. A jak tatuś wyjeżdżał w pole, to cały zagon trzeba było... Batem robił krzyż i wio wtedy.

Zofia: Się orało, bronowało. I też tą samą ziemię końmi robił.

Anna: Tą samą i końmi. I na czas było zrobione, i w porę było zasiane, i zorane w porę. Wszystko według jakiegoś schematu, według jakiejś normy.

* * *

Anna: Z takich dawnych rzeczy mamusia zawsze gotowała, jak była serwatka w domu, to taką kwaśną zupę na tej serwatce.

Zofia: Kwaśna zupa. To na serwatce gotowała i dorzucała ryż i ten ryż się tam gotował. Żeby nie było za gęste, to nie mogło być gęste, nie tak dużo tego ryżu.

Anna: Potem się dawało śmietanę, potem tego twarożku, który był ogrzany, bo to na tej świeżej serwatce.

Zofia: Dawało się razem. Na gorąco.

* * *

Zofia: Przedtem w każdym domu były krowy, świnie, kury, kaczki, gęsi i tak jakoś się żyło. Wesoło było. Ludzie się spotykali. Jak na przykład teraz, mówili przednówek, to brak było i zboża u niektórych, brak było ziemniaków, to chodzili, żeby zwierzęta były najedzone. To ziemniaków się nazbierało trochę, pokrzywy nacięło, ze śrutem dało się świniakom i tak rosło to.

Anna: Myśmy mieli krowę, to już głodu nie było całkowicie, bo już wiadomo. A tak, póki nie było tej krowy, to mama chodziła do Świeszyna do gospodarzy, bo tam pracowała, coś w polu robiła, to przynosiła mleko.

* * *

Zofia: Troje dzieci, no weź to teraz pilnuj. Oponę od traktoru położyłam, koc w środek, łyżeczek narzucałam, tam czego, koszulkę z tyłu zawiązałam. Związana się tam bawiła, a ja z boku na tarze prałam. Jak ja prałam, w domu się ktoś pojawił, mamusia tam przyszła z pola, czy co tam, to już z tymi dziećmi była, a ja z wiaderkami na rower i rzeki do Radwy. I tak wypłukałam to raz, wypłukałam… A dzisiaj wygoda, co dzień idzie automat.

Anna: Tu się całą młodość spędzało, tutaj cała wieś się schodziła. I śpiewy, i tańce, bo kiedyś potańcówki, teraz dyskoteki. Się zmówili: „Ano słuchajcie, wtedy a wtedy będzie trzeba zrobić jakimś czynem” (w ramach czynu społecznego – dop. MS). A kto to płacił? A kto to co dawał? Zebrali się tam chłopcy i dziewczyny i śmiech był, i wszystko, i wesoło, te grabki i to, i tamto. Wygrabione, wyczyszczone, powycinane.

Zofia: Farbę kupili, płotek pomalowali.

Anna: I było fajnie, wesoło. A teraz tak patrzę, bo rodzice działaczami byli. My też tak w to wrośli. Żeby coś było, żeby coś dla wsi.

Zofia: Jak myśmy się schodzili, to i tłumy się schodzili do nas, bo mamusia nie była przeciwna nigdy, pozwalała. To zawsze przyszło pięć chłopców, dziewczyn może z osiem. A to tego pomidora, fanty takie tam. Fanty to trzeba było wykupić. Było wesoło, śmiech, radość. Na przykład była taka kara – idź na podwórko i trzy razy masz powiedzieć: „Robić mi się nie chce, żenić mi się chce”. Wykupienie jakichś fantów albo jakiegoś całowania trzeba było tam. Albo takie, o, mi się teraz przypomniało, ptaszki karmić. Zapałka, tylko łepek ułamany, no do buzi i tak z ust do ust, z ust do ust. Jak chłopak cwany, to i pocałował przy okazji.

Anna: Na przykład jak była potańcówka, to nigdy nie było tak, że na potańcówce nie było rodziców. Ławki były w koło, mieliśmy stawiać. Ile tam tych ławek pod ścianą stało, tam rodzice siedzieli.

Zofia: I sami potańczyli czasami.

Anna: Nie było tak, że tylko młodzież i do widzenia, zamykają drzwi, bo tam nikt nie ma prawa. Rodzice przychodziły, siadały i tak razem żeśmy.

* * *

Zofia: Tatuś, zaczym się z mamusią pobrali, to mówił, że najpierw dom budowali, a potem tatuś zrobił tam, ja nie wiem z jakiego drzewa, ale zrobił dwie miski, dwie łyżki i tak zaczynali.

Anna: Na przykład teraz nie ma jak to kiedyś wersalki, były takie komody, nie komody, to różne takie przepiękne obrazy, przepiękne żyrandole. Raczej się dbało o to, z czego się żyje.

* * *

Anna: U nas, to my takie normalne. Ale jak ja byłam na Ukrainie, to tam znowu rodowo jakoś. Na przykład, jak ja byłam po bracie, to pomimo że starsza ode mnie Marysia była, to ona mi nie mówiła po imieniu, Hania, tylko przez „wy”, „wy Hania”. Nigdy nie powiedziała: „Hania, chodź”, tylko „chodźcie”, tak przez liczbę mnogą. Ja pytam się: „Czemu ty mnie tak tytułujesz?”. „A, bo ty jesteś z rodu starsza, bo ty jesteś po wujku”.

Zofia: Też do tych starszych ludzi, którzy poumierali już, to się tak mówiło „wy”.

Anna: Nigdy się nie tolerowało nikogo na „ty” ze starszych.

Zofia: Pani się nie mówiło. Albo „wy” albo „ciotka”.

Anna: On był sołtysem. Rodzina mówiła na niego „dziadek”. I my, cała praktycznie wieś, wiedzieli, że do „dziadka sołtysa”, nigdy nie powiedzieli, że „do sołtysa”, tylko do „dziadka sołtysa”.

Zofia: A jego syna nazwali „wujek Leon”. Ale to nie jest żadna rodzina, tak jest przyjęte i tak się mówi. Nie można było wykorzenić do końca, żeby tak powiedzieć „pani”. My do dziś mamy, że jesteśmy ciotkami.

* * *

Zofia: My jesteśmy z zespołu Jagody, a cappella śpiewamy.

Anna: Byliśmy przecież w Czechosłowacji. W Pradze żeśmy w zeszłym roku śpiewali. W Pradze to było międzynarodowe. Warszawa – na Uniwersytecie Warszawskim żeśmy śpiewali. Dużo… Szczecin, to już się nie mówi, kilka razy. Pyrzyce od osiemdziesiątego któregoś roku. Też nie wiemy, kto nas wysłał, kto nas wytypował. Zaproszenie przyszło, pojechali. Dwa lata temu w Bydgoszczy dostaliśmy drugie miejsce.

Zofia: My może już byśmy nie śpiewali tak, bo już wiekowo i wszystko, i mało nas zostało. Ale to przyjdzie ci zaproszenie...

Anna: To jak to tak? Oni nas tak wychwalają i tak nas chcą bardzo, bardzo, a my nie? I dzwonią po kilka razy. No to trzeba jechać.

 

 

Słownictwo:

pomidor – gra w pomidora, biorą w niej udział przynajmniej dwie osoby. Polega na tym, by na każde pytanie odpowiedzieć pomidor. Gra kończy się, gdy osobę pytaną uda się rozśmieszyć lub gdy osoba pytana pomyli się. Na koniec wszyscy wykupują swoje fanty.

przednówek – okres przed nowymi zbiorami do pierwszych żniw.

zaczym – gw. zanim.

zagon – wąski, długi pas ziemi uprawnej, ograniczony bruzdami.